Od kilku tygodni spotykałam się z Grześkiem. Był uroczy, troskliwy i bardzo rodzinny. Często opowiadał o swoich bliskich, o tym, jak ważne są dla niego tradycje i szacunek do starszych. Chciałam mu zaimponować, pokazać, że też mam takie wartości. Zbliżał się listopad, a wraz z nim Wszystkich Świętych. Pomyślałam, że to idealna okazja, by zabłysnąć.
WIDEO…
Próbowałam wypaść jak najlepiej
– Wiesz, w ten weekend muszę jechać na cmentarz – rzuciłam pewnego wieczoru, gdy piliśmy herbatę w mojej kuchni. – Grób mojej ciotki Jadwigi od lat stoi trochę zaniedbany, reszta rodziny rzadko tam zagląda. Ktoś musi o to zadbać.
– To bardzo ładnie z twojej strony, Dominika – powiedział Grzesiek, uśmiechając się ciepło. – Mogę ci pomóc, jeśli chcesz. Mam duży samochód, weźmiemy szczotki, wodę, znicze. Razem pójdzie szybciej.
Zgodziłam się z entuzjazmem. Plan wydawał się idealny. Pokażę mu, jaka jestem zaradna, opiekuńcza i zorganizowana. Problem polegał na tym, że na cmentarzu, gdzie leżała ciotka Jadwiga, byłam ostatni raz chyba z pięć lat temu. Pamiętałam tylko, że to był sektor C, gdzieś blisko dużej brzozy. „Ale przecież cmentarz to nie labirynt”, pomyślałam. Na pewno znajdę.
Przygotowania zaczęłam już w środę. Wypytałam mamę, czy ktoś z rodziny wybiera się na grób ciotki. Odpowiedziała, że raczej nie, bo wszyscy są zajęci, a ona sama nie ma już siły na długie spacery po cmentarzu. Wzięłam więc na siebie odpowiedzialność za całą tę akcję. Przez kolejne dni planowałam, co kupić, żeby wszystko wypadło jak najlepiej. Najpierw odwiedziłam kwiaciarnię, gdzie wybrałam piękne chryzantemy i wrzosy. Potem zaopatrzyłam się w specjalne płyny do czyszczenia nagrobków i świeże gąbki. Wieczorem w domu wypolerowałam stare wazoniki i zapakowałam je do torby, żeby o niczym nie zapomnieć.
Zaczęło się wielkie sprzątanie
W sobotę rano zapakowaliśmy bagażnik Grześka wiadrami, płynami do mycia pomników i całą siatką zniczy. Pogoda była typowo jesienna – mglista i chłodna, ale nie padało. Po drodze żartowaliśmy, że będziemy mieć lepszy trening niż na siłowni przez to dźwiganie, i schylanie, i szorowanie. Grzesiek śmiał się, że jeśli ktoś nas zobaczy, to uzna, że startujemy w konkursie na najczystszy pomnik roku.
Po przyjeździe na miejsce, pewnym krokiem ruszyłam w stronę sektora C. Grzesiek niósł ciężkie wiadra, a ja rozglądałam się za brzozą. W głowie miałam mgliste wspomnienie – duże drzewo, trochę na uboczu, przy alejce prowadzącej w stronę kaplicy.
– To chyba tu – powiedziałam, zatrzymując się przed starym, lastrykowym nagrobkiem, który faktycznie był mocno zaniedbany. Obok rosła spora brzoza. Litery na tablicy były zatarte, ledwo widoczne pod warstwą mchu i brudu. – Tak, to na pewno ten. Biedna ciocia Jadwiga, nikt o niej nie pamięta.
Zabraliśmy się do pracy. Grzesiek szorował płytę z takim zapałem, że aż miło było patrzeć. Ja czyściłam wazony i wyrywałam chwasty, które obrosły krawędzie. Spędziliśmy tam dobrą godzinę. Nagrobek lśnił, wazony były pełne świeżych kwiatów, a dookoła płonęły znicze. Byłam z siebie dumna. Grzesiek patrzył na mnie z podziwem, a ja czułam, że zdobywam u niego kolejne punkty.
– No, teraz wygląda godnie – powiedział, ocierając pot z czoła. – Dobra robota, Dominika.
– Dziękuję, że mi pomogłeś – uśmiechnęłam się, poprawiając jeden ze zniczy. – Ciocia na pewno byłaby wdzięczna.
Usiedliśmy na pobliskiej ławce, żeby chwilę odpocząć. Przez moment poczułam się jak prawdziwa dorosła, odpowiedzialna kobieta. Z jednej strony miałam poczucie spełnionego obowiązku, z drugiej – czułam dumę, że Grzesiek widzi we mnie kogoś, komu można zaufać. Rozmawialiśmy o rodzinnych tradycjach, wspominaliśmy bliskich, którzy już odeszli. Grzesiek opowiadał o swoim dziadku, który zawsze dbał o rodzinę i nigdy nie zapominał o żadnej rocznicy.
Kto naprawdę tu leży?
Wtedy zza sąsiedniego grobu wyłoniła się starsza kobieta w grubym, wełnianym płaszczu. Szła powoli, podpierając się laską. Towarzyszył jej mężczyzna w średnim wieku, prawdopodobnie syn. Zatrzymali się przed „naszym” grobem i wpatrywali się w nas z otwartymi ustami.
– Przepraszam... – zaczęła kobieta, mrużąc oczy za grubymi szkłami okularów. – A państwo to z jakiej racji sprzątają grób mojego męża?
Zmroziło mnie. Spojrzałam na Grześka, który wyglądał na równie zdezorientowanego.
– Jakiego męża? – wydukałam. – Przecież to grób mojej ciotki, Jadwigi Nowak.
Mężczyzna obok starszej pani westchnął ciężko i pokręcił głową.
– Proszę pani, to jest grób Mariana Nowaka – powiedział stanowczo, wskazując na tablicę, która teraz, po umyciu, faktycznie pozwalała odczytać fragmenty liter. – Mój ojciec tu leży od dwudziestu lat. Myśmy przyjechali specjalnie z drugiego końca Polski, żeby posprzątać, a tu... niespodzianka.
Poczułam, jak twarz oblewa mi gorący rumieniec. Chciałam zapaść się pod ziemię, najlepiej od razu do jakiegoś wolnego grobowca. Grzesiek odchrząknął nerwowo.
– Bardzo przepraszamy – powiedział, starając się zachować powagę, choć widziałam, że kąciki ust mu drżą. – Moja partnerka najwyraźniej pomyliła kwatery. To był czysty przypadek.
Starsza pani nagle się uśmiechnęła, choć jej syn wciąż patrzył na nas podejrzliwie.
– No cóż, Marian za życia lubił, jak było czysto – zachichotała. – Dziękujemy za wyręczenie nas z roboty. Ale znicze to bym jednak wolała swoje postawić.
Zrobiło mi się gorąco, chociaż wokół panowała jesienna wilgoć. Marzyłam, żeby cofnąć czas, zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. Zaczęłam chaotycznie zbierać nasze rzeczy, nie patrząc nikomu w oczy. Grzesiek próbował przeprosić jeszcze raz, ale syn starszej pani już tylko machnął ręką.
Znalazłam właściwy grób
Odeszliśmy szybko, próbując nie zwracać na siebie więcej uwagi. Przez dłuższą chwilę chodziliśmy po cmentarzu w milczeniu. W końcu odważyłam się rzucić:
– Może... Może spróbujemy jeszcze raz? Tylko tym razem sprawdzę dokładnie nazwisko.
Grzesiek skinął głową, choć widziałam, że z trudem powstrzymuje śmiech. W końcu, po kilku minutach błądzenia między alejkami, odnalazłam właściwy grób ciotki Jadwigi. Okazało się, że był faktycznie w sektorze C, ale przy innej brzozie, kilka alejek dalej. I wcale nie wyglądał tak źle, jak się spodziewałam – świeże kwiaty, zagrabiony żwir, nawet znicze stały równo.
Byłam zaskoczona, że ktoś jednak się nim zajął. Przez chwilę poczułam lekkie ukłucie żalu – może nie jestem aż tak troskliwa, jak chciałam wypaść przed Grześkiem? Może przesadziłam z tą całą akcją?
– No to co, Dominika? – zapytał Grzesiek, próbując rozładować napięcie. – Sprzątamy, czy czekamy na kolejną wdowę?
Uśmiechnęłam się z wysiłkiem.
– Sprzątamy, ale tym razem bardzo, bardzo ostrożnie.
Czyszczenie tego nagrobka poszło nam znacznie szybciej, głównie dlatego, że robiliśmy to w niemal całkowitym milczeniu. Ja umierałam ze wstydu, a Grzesiek wyraźnie walczył ze sobą, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Po wszystkim zapaliliśmy znicze, zostawiliśmy kwiaty i po raz ostatni rozejrzałam się wokół. Może to już nigdy nie będzie dla mnie tylko formalność, może następnym razem lepiej się przygotuję.
Został mi wstyd i śmiech
Kiedy w końcu wsiedliśmy do samochodu, cisza stała się nie do zniesienia. Patrzyłam przez okno, udając, że podziwiam jesienne drzewa.
– Możesz się śmiać – rzuciłam, nie patrząc na Grześka.
Wtedy on nie wytrzymał. Śmiał się tak długo, aż po policzkach popłynęły mu łzy. Po chwili ja też zaczęłam się śmiać, choć w głębi duszy wciąż czułam palący wstyd. Chciałam zaimponować chłopakowi, a wyszłam na osobę, która nawet nie wie, gdzie leży jej własna rodzina.
W drodze powrotnej Grzesiek próbował mnie pocieszyć.
– Wiesz, Dominika, to się zdarza każdemu. Ja też kiedyś pomyliłem grób dziadka z jakimś sąsiadem. Dopiero po kilku minutach się zorientowałem, że coś nie gra. Zresztą, pomyśl, ile ludzi dzięki tobie ma dziś czyściej na cmentarzu!
Zaśmiałam się przez łzy.
– Być może powinnam założyć firmę sprzątającą. Chociaż nie wiem, czy wdowy i ich synowie byliby zachwyceni.
– Może nie, ale ja na pewno będę miał co wspominać – odpowiedział, posyłając mi zaczepny uśmiech.
Od tamtej pory minęło kilka tygodni. Grzesiek nadal się ze mną spotyka, ale za każdym razem, gdy mijamy sklep ze zniczami, posyła mi kpiący uśmieszek. Wspólne wizyty na cmentarzu stały się naszym żartem, a znajomi śmieją się, że tylko ja potrafię zabłysnąć w tak nietypowych sytuacjach.
Nie wiem, czy kiedykolwiek zapomnę minę tej starszej pani i całość mojego upokorzenia. Jedno jest pewne – już nigdy nie pójdę bez dokładnej mapy na cmentarz, a Grzesiek na pewno nie pozwoli mi o tym zapomnieć jeszcze przez długi czas. Ale może właśnie takie historie najbardziej nas do siebie zbliżają?
Dominika, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W październiku postawiłam na grobie teścia dynię, a teściowa zrobiła się bordowa. Miałam w tym geście swój ukryty cel”
- „W Zaduszki skarciłam dzieci bratowej za złe zachowanie na cmentarzu. Teraz wiem, że jabłko od jabłoni daleko nie pada”
- „Babcia nazwała mnie grzesznicą, bo nie poszłam na cmentarz we Wszystkich Świętych. Ze spadku teraz pewnie nici”