Stałam pośrodku naszego małego, wynajmowanego mieszkania i poprawiałam pluszowego misia na półce. Pokój dla dziecka był właściwie skończony. Białe łóżeczko, komoda z przewijakiem, jasne zasłony w oknach. Wszystko pachniało nowością i moim oczekiwaniem. Zostało mi zaledwie kilka tygodni do terminu porodu. Czułam się ciężka, zmęczona, ale jednocześnie przepełniona tą dziwną, spokojną radością.

WIDEO…

player placeholder

Mój chłopak był przytłoczony

Robert wszedł do domu wyjątkowo cicho. Zazwyczaj od progu rzucał klucze na szafkę, wołał mnie i pytał, co na obiad. Tym razem usłyszałam tylko ciche trzaśnięcie drzwi i kroki w przedpokoju. Wyszłam mu na spotkanie, opierając dłoń na ogromnym brzuchu.

– Cześć, kochanie – powiedziałam, uśmiechając się do niego. – Ułożyłam już w szafie wszystkie ubranka.

Zobacz także:

Spojrzał na mnie, ale jego wzrok był jakiś pusty. Nie odwzajemnił uśmiechu. Stał w kurtce, chociaż w mieszkaniu było ciepło, i patrzył gdzieś w bok.

– Zuzia, musimy porozmawiać – powiedział głosem tak wypranym z emocji, że poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła.

– Co się stało? – Zrobiłam krok w jego stronę, ale on odruchowo się cofnął. To zabolało bardziej niż jego ton.

– Ja… nie daję rady – zaczął, gapiąc się na swoje buty. – To wszystko… to dla mnie za dużo.

Nie rozumiałam, o czym on mówi. Przecież razem planowaliśmy to dziecko. Razem cieszyliśmy się z dwóch kresek na teście, razem wybieraliśmy łóżeczko i imię. Co nagle było za dużo?

– O czym ty mówisz, Robert? Może jesteś zmęczony pracą. Zrobisz sobie wolne po porodzie, ogarniemy to razem.

Pokręcił głową, a jego twarz wykrzywił grymas, jakby miał zaraz się rozpłakać, albo jakby fizycznie go coś bolało.

Powiedział, że go to przerasta

– Nie rozumiesz. Ja w ogóle nie daję rady z tą całą sytuacją. Z tym, że zaraz tu będzie dziecko. Z odpowiedzialnością. Przerasta mnie to, Zuzia. Ja… ja się duszę.

Słowa docierały do mnie jak przez ścianę. Dusi się? Z odpowiedzialnością? Przecież to on jeszcze miesiąc temu mówił, że nie może się doczekać, aż weźmie małą na ręce.

– Co ty wygadujesz? – Mój głos drżał. – Przecież ja za chwilę rodzę!

– Ja nie mogę… Muszę wyjechać…

– Gdzie ty chcesz wyjechać? – zapytałam, a do oczu napłynęły mi łzy.

– Jadę do rodziców – powiedział nagle, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem. – Muszę to przemyśleć. Muszę mieć przestrzeń.

Przestrzeń. Słowo zawisło w powietrzu, ciężkie i absurdalne. Ja nie miałam przestrzeni nawet we własnym ciele, bo każdy mój organ był ściśnięty przez rosnące życie, a on potrzebował przestrzeni w głowie.

– Zostawiasz mnie? Teraz? – zapytałam piskliwym głosem. – Na trzy tygodnie przed terminem?

– Ja nie mówię, że na zawsze. Ja po prostu potrzebuję przerwy. Muszę to poukładać. Przepraszam, Zuzia.

Zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej, odwrócił się, nacisnął klamkę i wyszedł. Zostałam sama w przedpokoju, wpatrując się w zamknięte drzwi.

Zostałam zupełnie sama

Pierwsze dni były jak senny koszmar. Chodziłam po mieszkaniu z kąta w kąt, nie potrafiąc sobie znaleźć miejsca. Co chwilę zerkałam na telefon, czekając, aż zadzwoni, napisze, że to był głupi żart, że przeprasza, że wraca. Ale telefon milczał.

Zadzwoniłam do jego matki. Odebrała po kilku sygnałach, jej głos był chłodny, zdystansowany.

– Pani Tereso, czy Robert tam jest? Co się dzieje?

– Zuzanno, Robert musi odpocząć – powiedziała spokojnie. – Zrozum go, on ma bardzo stresującą pracę. Nie możesz go tak osaczać.

Osaczać? Ja go osaczam? Nosząc jego dziecko i prosząc, żeby nie zostawiał mnie tuż przed porodem? Zakończyłam rozmowę, nie mając siły na kłótnie.

Wieczorami lęk stawał się nie do zniesienia. Kładłam się w naszym łóżku, które teraz wydawało się ogromne i zimne, i wyobrażałam sobie najgorsze scenariusze. Co jeśli zacznę rodzić w nocy? Kto mnie zawiezie do szpitala? Jak ja sobie poradzę sama z noworodkiem. Jak w ogóle poradzę sobie sama z jedną pensją bez nikogo bliskiego?

Płakałam w poduszkę, głaszcząc brzuch i szepcząc do małej, że wszystko będzie dobrze, chociaż sama w to nie wierzyłam.

Przyjaciółka okazała mi wsparcie

Minął tydzień, potem drugi. Zrozumiałam, że muszę wziąć się w garść. Zadzwoniłam do przyjaciółki, Kaśki. Kiedy jej wszystko opowiedziałam, przyjechała w pół godziny, obładowana siatkami z jedzeniem i z furią w oczach.

– Zabiłabym gnojka – wycedziła, rozpakowując zakupy w mojej kuchni. – Po prostu bym go udusiła gołymi rękami. Jak on mógł ci to zrobić?

– Nie wiem, Kaśka. Po prostu powiedział, że potrzebuje przestrzeni i poszedł.

– Tchórz. Zwykły, żałosny tchórz. Ale nie martw się, ja z tobą pojadę na porodówkę. Będę pod telefonem całą dobę. Nie jesteś sama, słyszysz?

Jej słowa trochę mnie uspokoiły, ale nadal cierpiałam. Zamiast cieszyć się ostatnimi chwilami spokoju przed porodem, obsesyjnie przeliczałam oszczędności, zastanawiałam się, z czego zrezygnować, jak przeżyć najbliższe miesiące. Wynajem mieszkania pochłaniał większość moich środków. Robert przelał swoją część za czynsz z lakonicznym tytułem „opłaty”, ale ani razu nie zadzwonił i nie zapytał, jak się czuję.

Zaczęłam pakować torbę do szpitala. Kiedy wkładałam do niej maleńkie ubranka, znowu się popłakałam. To miało być nasze wspólne święto, nasz wspólny czas. A teraz czułam się jak porzucona rzecz, niepotrzebny balast, z którym on nie chciał mieć nic wspólnego.

Kiedy odeszły mi wody, był środek nocy. Zadzwoniłam do Kaśki, która przyjechała najszybciej jak mogła i zawiozła mnie na izbę przyjęć. Poród był długi i bolesny. Nie miałam obok siebie Roberta, który trzymałby mnie za rękę, kto ocierałby mi pot z czoła. Miałam tylko Kaśkę i świadomość, że muszę to zrobić sama.

Córeczka jest moim szczęściem

Kiedy w końcu usłyszałam krzyk mojej córeczki i poczułam jej ciepłe ciałko na swojej piersi, świat na chwilę przestał istnieć. Była idealna. Była wszystkim, czego potrzebowałam.

Wysłałam Robertowi krótką wiadomość: „Urodziła się. Jesteśmy zdrowe”.

Odpisał po dwóch godzinach: „Gratuluję. Przyjadę was zobaczyć, jak wyjdziecie”.

Nic o tym, że kocha, nic o tym, że żałuje. Tylko suche „gratuluję”.

Wróciłyśmy do mieszkania. Było cicho. Położyłam małą w łóżeczku, tym samym, które jeszcze niedawno było symbolem naszej wspólnej przyszłości, a teraz stało się symbolem mojego samotnego macierzyństwa.

Robert przyjechał dwa dni później. Wszedł, niepewnie rozglądając się po przedpokoju. Przyniósł kwiaty i jakąś drogą zabawkę, która dla noworodka była zupełnie bezużyteczna.

Spojrzał na śpiącą w łóżeczku córkę, ale nie podszedł blisko.

– Ładna jest – powiedział cicho.

– Tak – odpowiedziałam, patrząc na niego bez emocji. Wtedy poczułam to po raz pierwszy. Nie czułam już do niego żalu, nie czułam złości. Czułam tylko ogromne zmęczenie i coś w rodzaju politowania. Ten facet stojący przede mną był mi zupełnie obcy.

– Zuzia, ja… ja wiem, że zachowałem się jak palant. Ale ja naprawdę się bałem. Teraz, jak już jest po wszystkim… może moglibyśmy spróbować jeszcze raz?

Popatrzyłam na niego, wyglądał jak zbity pies. Wtedy zrozumiałam. Był zupełnie niedojrzałym facetem.

– Nie, Robert – powiedziałam spokojnie. – Nie ma już żadnego „my”. Możesz ją odwiedzać, ustalimy to przez prawnika. Ale tutaj nie ma już dla ciebie miejsca.

Chciał coś powiedzieć, otworzył usta, ale widząc wyraz mojej twarzy, po prostu zrezygnował. Wyszedł z mieszkania szybciej, niż wszedł. Zostałam sama z córką. I chociaż wiedziałam, że będzie ciężko, że czekają mnie nieprzespane noce i finansowe zmartwienia, to czułam ulgę. Bo najgorsze miałam już za sobą, a obok mnie spał mój cały świat, o który muszę zadbać sama.

Zuzanna, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: