POLECAMY

Jazda na rowerze - samotnie czy w tłoku?

Mało co zmienia charakter podróży tak bardzo, jak liczba uczestników wyprawy. Zupełnie inaczej jedzie się samemu niż w większej grupie. Ludzie na trasie nie traktują tak samo samotnego rowerzysty jak na przykład sześciu podróżujących.
Jazda na rowerze - samotnie czy w tłoku? fot. fot. Fotolia

Samotnie

Jeżeli macie ochotę na podróż „tylko dla siebie”, to najlepiej wybrać się samemu. Po pierwsze: z nikim nie trzeba niczego ustalać, o nic pytać i niczego dogadywać. Można wtedy łatwo bić wszelkie rekordy, często i łatwo zmieniać trasę, po prostu nie trzeba pytać innych o zdanie. Po drugie: łatwiej spotkać pomocnych ludzi. Łatwiej o zaproszenie do domu lub choćby na herbatę. Samotny rowerzysta często wzbudza „litość”.

Jedynym minusem samotnego podróżowania są sytuacje, w których macie poważne problemy. Wtedy też musicie przez wszystko przejść sami i nie ma kogo zapytać o radę czy o pomoc. Gdy się już jednak pokona te wszelkie trudy i przeciwności, rośnie się w siłę jeszcze bardziej.

Samemu – bo czasem nie ma z kim.

Dlaczego by nie pojechać samemu? Oczywiście że za pierwszym razem niemal każdy się trochę boi, ale tak naprawdę nie ma czego. Podróż rowerowa jest bardzo prosta. Wystarczy wsiąść na rower, zacząć pedałować i… już. Właśnie się zaczęło, a kiedy i jak się skończy, to się dopiero okaże. Nie warto wybiegać za daleko naprzód. Nie warto być myślami dalej niż rowerem. Rower powinien być szybszy od nas i od naszych myśli, a nie odwrotnie.

We dwoje

Podróż we dwoje może być największą przygodą życia, ale może być też końcem niejednego związku. Podróż we dwoje często bywa próbą. Nagle, bez ostrzeżenia spędza się ze sobą kilka tygodni w obcym kraju. To jest oczywiście czarny scenariusz, bo szczęśliwych, radosnych par rowerowych jest mimo wszystko o wiele więcej, niż tych zmęczonych sobą.

Podróż razem może być – tak jak pisaliśmy wcześniej – czymś wspaniałym i utrwalającym związek. Niejedna para zdecydowała się na rowerową podróż poślubną, a niektórzy, na przykład my, w trakcie rowerowej podróży postanowili się pobrać. Gdy się jest we dwoje, można zawsze na kogoś liczyć, można przeżywać wspólnie wspaniałe zachody słońca i razem przeczekiwać gwałtowne burze w ukryciu w namiocie. Na szczęście jazda na dwóch rowerach pozwala jechać razem, ale niekoniecznie obok siebie i zawsze można zrobić sobie przerwę od siebie.

W krajach, które odwiedziliśmy, to Ania była łącznikiem między nami a lokalnymi rodzinami. W Iranie, Syrii czy Pakistanie to kobiety zagadywały Anię i zapraszały nas do domu. Gdybym jechał sam, pewnie nie udałoby mi się aż tak głęboko wejść do ich domów. Obcemu mężczyźnie często nie wolno tego robić, więc Ania była naszym ambasadorem. To Ania przynosiła historie zza drzwi, których mnie nie wolno było przekroczyć.

Tandemem po kraju kiwi – Agnieszka i Jacek Stanisławscy

 „Rower może być, ale nie dwa osobne” – zgadzam się na tandem :). Pierwsze dni jazdy były mieszanką radości i zgrzytów. Skoro jechałam z tyłu, wychodziłam z założenia, że czasem mogę delikatnie zdjąć nogi z pedałów i dać Jackowi w całości spożytkować energię na podjazdy na wzgórza, których zdecydowanie Nowej Zelandii nie brakuje. Niestety, jeśli ktokolwiek chciałby robić to samo co ja, od razu mówię – nie ma szans. Wystarczyło, że trochę podniosłam nogę, a już słyszałam: „Ale, tył, pedałujemy!”. To jest jedna rzecz, którą odradzam.

Na tandemie przygodom nie ma końca. Jedzie się we dwoje, co niektórych może drażnić, bo nie ma chwili wytchnienia, ale trzeba pamiętać, że ten pierwszy jest zawsze plecami do ciebie, co możemy uznać za małe pocieszenie.

Najważniejsza jest jednak radość ze wspólnej jazdy. Na tandemie przejechaliśmy wspólnie kilkaset kilometrów. Były kilkudziesięciokilometrowe podjazdy, takiej samej długości odcinki płaskie i na koniec zjazdy. Wszystkie pokonaliśmy wspólnie, raz w lepszych, raz w gorszych humorach. Przez większość czasu cieszyliśmy się, że możemy swobodnie rozmawiać, nie krzycząc do siebie z odległości kilku metrów.

Oczywiście, były momenty kryzysowe, bo aż sama sobie się dziwię, ile można widzieć w tylnym kole: ósemka, rozszywająca się opona, pęknięta dętka, a kończąc na zwieńczeniu wszystkiego, czyli ramie, która wiła się, tworząc płynne esy ‑floresy. Jednak przygoda z tandemem w roli głównej dała nam obojgu niesamowitą frajdę i niezapomniane wrażenia! Z mojej (tylnej) perspektywy: jeśli miałabym ponownie wybierać tandem czy dwa osobne rowery, odpowiedź jest tylko jedna – TANDEM!

Zobacz także: Panie pilocie, rower w samolocie

We troje

Trzech kolegów czy też trzy koleżanki to zupełnie inna podróż niż jazda typu para i jeden/jedna. Ten ostatni wariant to nie jest najlepszy pomysł. Można próbować oszukiwać się, że w takiej grupie i tak wszyscy są równi, a życie i tak pokaże, że para jest mimo wszystko silniejsza. Przeczytajcie jeszcze raz akapit o problemach, jakie para może mieć w podróży, i wyobraźcie sobie, że jesteście „tym trzecim”. Na pewno chcecie tego próbować?

Raz podróżowaliśmy z naszym bardzo dobrym kolegą. Po kilku tygodniach stwierdził, że kiedy patrzył na nas jako parę, bardziej do niego docierało, że jedzie sam. Okazało się, że pomimo naszych starań „czuł się bardziej samotny, niż gdyby jechał zupełnie sam”.

W większej grupie

W większej grupie niemal zawsze chodzi o grupę jako taką. Wszyscy się mniej lub bardziej znają, jadą razem na rowerach, a mimo różnic w stylu i jazdy, i celu wciąż dobrze się bawią. Ceną za to są dłuższe postoje, dłuższe szukanie noclegów, dłuższe rozmowy o tym, co chce się robić następnego dnia. Wiadomo – im więcej ludzi, tym więcej opinii. Jedynym rozwiązaniem jest wybór „kierownika ekspedycji” i zrzucenie na niego lub na nią ciężaru podejmowania decyzji oraz ciężaru niezadowolenia innych.

Problemy logistyczne dużej grupy – Czesław i Gosia

Wiele razy słyszeliśmy, że nasza grupa jest wyjątkowa pod względem stabilności tak licznego składu w czasie różnych rowerowych podróży i stopnia wewnętrznej integracji.  Nie chodzi tylko o to, że znamy się od dawna i jeździmy razem na wyprawy, ale na tych wyprawach zawsze działamy kolektywnie.

Wozimy ze sobą wielki namiot „imprezowy”, w którym, w zależności od potrzeb, może się zmieścić oprócz sześciu osób jeszcze sześć rowerów albo przestronna kuchnia z jadalnią, gdzie wygodnie można posiedzieć przy ursusie i popatrzeć, jak paruje gotujący się w wielkim garze makaron. Wielki gar to kolejny nieodłączny element naszych podróży – wożony zwykle na sakwach któregoś z nas, wystający spomiędzy suszącego się prania, upodabnia naszą grupę do cygańskiego taboru.

Wspólnie też gospodarujemy pieniędzmi. Niezastąpiony skarbnik Tomstein trzyma w osobnym portfelu „wspólną kasę”, na którą regularnie się składamy i którą przeznaczamy na zakup jedzenia, co znacznie ułatwia rozliczanie się, zwłaszcza kiedy podczas podróży używamy kilku walut.

Oczywiście kolektywizacja przynosi też pewne niedogodności. Dyskusje przy sklepach: „Czy tym razem kupić arbuza, czy trzy litry lodów, czy tutaj, czy w następnej wsi, a może i tu, i tam?” albo postoje przed noclegiem, kiedy musimy napełnić kilkanaście butelek wodą ze studni, znacznie ograniczają tempo jazdy. Jednak dla nas właśnie radość tych chwil jest ważna, więc tak ustalamy trasę, aby była wykonalna przy naszym stylu jazdy, choćbyśmy mieli przejeżdżać tylko 60 km dziennie.

Jeśli jemy i kupujemy razem, to razem też jedziemy. Nie dzielimy się, nikogo nie zostawiamy z tyłu.

Gdy nadchodziła pora noclegu, tzn. zaczynało się ściemniać, rozpoczynał się codzienny „obrzęd” poszukiwania właściwego miejsca na rozbicie naszego ogromnego, niebiesko‑pomarańczowego, sześcioosobowego namiotu. Pogodzenie właściwego miejsca do noclegu z chęcią biwakowania było nie lada wyzwaniem przy tak licznej grupie. A znalezienie fragmentu ziemi, który umożliwiłby schowanie się w środku pustkowia lub na szczycie gór, graniczyło z cudem.

Sprawdź: Co i jak jeść na urlopie?

Fragment pochodzi z książki Podręcznik przygody rowerowej , Ani i Roberta Robba Maciągów (Septem, 2012). Tytuł, lid, śródtytuły oraz skróty zostały wprowadzone przez redakcję.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/4 lata temu
Pokonuje krótkie i długie trasy samotnie rowerem bo mogę poruszać się we własnym rytmie. No i ogólnie jestem samotnikiem...