Reklama

Wielokrotnie słyszałam, że w obecnych czasach kobiety mają dokładnie takie same możliwości jak mężczyźni: studia, kierownicze stanowiska, zakładanie własnych firm, dysponowanie środkami finansowymi. To prawda, sytuacja kobiet uległa znacznej poprawie, ale wciąż ponoszą koszty, których statystycznie mężczyźni nie mają. Od wydatków związanych z menstruacją, przez droższe produkty i usługi, aż po finansowe konsekwencje macierzyństwa i "niewidzialną pracę" wykonywaną każdego dnia w domu.

W życiu codziennym bardzo często pomijamy te koszty, wydają się nam one naturalne, ale te setki drobnych obciążeń przez lata składają się na realną nierówność. Kobiety startują z tego samego miejsca, co mężczyźni, ale droga do finansowego bezpieczeństwa bywa dla nich znacznie trudniejsza.

Czym jest "podatek od bycia kobietą"?

Rzecz jasna nie jest to żaden oficjalny podatek. Potraktuj to jako metaforę, która opisuje dodatkowe koszty finansowe i społeczne, które ponosimy jako kobiety.

Nie są to tylko kwestie związane z pieniędzmi, chociaż na tym chciałabym się skupić w głównej mierze. To także utracone dochody, przerwy w karierze, niższa emerytura, niewidzialna praca, którą wykonujemy po godzinach biurowych oraz społeczna presja, którą się na nas nakłada.

Zanim przejdę do sedna, chciałabym zaznaczyć jedną rzecz: to nie jest próba udowodnienia, że "mężczyźni mają łatwiej". Wszystkie zdajemy sobie sprawę z tego, że również oni odczuwają presję społeczną, pracodawcy wobec nich także mają oczekiwania i mierzą się z kosztami życia. Problem polega jednak na tym, że kobiety ponoszą dodatkowe obciążenia, które przez lata pozostawały niewidoczne albo były traktowane jako coś "naturalnego".

Menstruacja to koszt, którego nie da się uniknąć

Miesiączka to nie wybór. To biologiczna konieczność, z którą mierzy się każda kobieta przez kilkadziesiąt lat życia i generuje ona ogromne wydatki. Zacznijmy od podstawy, czyli środków higienicznych. Podpaski, tampony, wkładki – to wszystko generuje koszt, który średnio może wynosić do około 50 zł miesięcznie.

Pamiętam, że kiedyś prowadziłam naprawdę zaognioną rozmowę na ten temat z moimi znajomymi – także kobietami. Było to w momencie, w którym w mediach społecznościowych zaczęto więcej mówić o ubóstwie menstruacyjnym. Oczywiście, można sobie radzić. Jak zawsze. Wybierać najtańsze podpaski, zrezygnować z tamponów, kupować w promocyjnych cenach. Zainwestować w kubeczek menstruacyjny – chociaż tutaj warto nadmienić, że nie każda kobieta z łatwością dobierze dla siebie odpowiedni, co będzie generowało koszty. Dodatkowo w niektórych miesiącach można nie być w stanie stosować kubeczka (np. w trakcie infekcji, stanu zapalnego czy w trakcie połogu). Pamiętajmy również o tym, że zwyczajnie każda z nas jest inna. To, że jednej kobiecie miesięcznie wystarczy paczka podpasek za 8 zł, nie oznacza, że druga będzie mieć tak samo. Dlatego właśnie tworzy się uśrednione dane statystyczne, a te są bezlitosne.

Doliczając do tego koszty poboczne, jak dodatkowe produkty higieniczne, antykoncepcję czy okazjonalne środki przeciwbólowe, w skali lat robi się tego nawet kilkanaście tysięcy złotych. Które wydajemy wyłącznie dlatego, że nasze ciała funkcjonują w taki, a nie inny sposób.

Często pojawia się kontrargument, że "mężczyźni też mają swoje biologiczne wydatki". To prawda. Różnica polega jednak na tym, że menstruacja jest kosztem regularnym, nieuniknionym i dotyczącym ogromnej części społeczeństwa przez znaczną część życia.

"Pink tax" w praktyce. Dlaczego kobiece produkty są droższe?

Od lat mówi się o zjawisku "pink tax", czyli różowym podatku. Chodzi o sytuację, w której produkty lub usługi kierowane do kobiet kosztują więcej niż bardzo podobne odpowiedniki dla mężczyzn. Przykłady można znaleźć niemal wszędzie: maszynki do golenia, dezodoranty, perfumy, ubrania, produkty pielęgnacyjne czy chociażby usługi fryzjerskie. Nierzadko jedyną różnicą między produktami jest kolor opakowania albo marketing skierowany do kobiet.

Problem nie kończy się jednak na samych cenach. Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni są oceniane przez pryzmat wyglądu. Atrakcyjność wpływa na to, jak postrzegane są ich kompetencje, profesjonalizm czy wiarygodność. Kobieta, która nie nosi makijażu, nie dba o włosy czy paznokcie, bywa oceniana dużo ostrzej niż mężczyzna o podobnym poziomie "niedbałości". W wielu środowiskach zadbany wygląd nie jest dodatkiem, ale nieformalnym wymogiem.

To właśnie dlatego wiele kobiet regularnie wydaje pieniądze na makijaż, pielęgnację czy manicure. Oczywiście formalnie są to "indywidualne wybory", ale trudno zignorować cały społeczny kontekst tych decyzji.

Często można usłyszeć, że przecież nikt nie zmusza kobiet do robienia paznokci. Teoretycznie – to prawda. W praktyce poddawanie nas ciągłej presji społecznej i tak wymusza w nas poczucie konieczności "bycia reprezentatywną", co w dzisiejszej narracji przekłada się na: umalowaną, wypielęgnowaną i dobrze ubraną.

Coraz więcej mężczyzn również inwestuje dziś w wygląd, jednak społeczna kara za niespełnianie standardów estetycznych nadal znacznie silniej dotyka kobiet.

Macierzyństwo a sytuacja finansowa kobiet

Największe nierówności ekonomiczne często pojawiają się po narodzinach pierwszego dziecka. Choć o rodzicielstwie zwykle mówi się w kategoriach emocjonalnych i rodzinnych, rzadziej porusza się temat jego finansowych konsekwencji. Tymczasem to właśnie kobiety najczęściej ponoszą ich największy ciężar.

W badaniach udostępnionych przez Ministerstwo Finansów (Marcin Pałka, "Rodzicielstwo i rynek pracy: child penalty w Polsce") możemy przeczytać, że po narodzinach dziecka dochody kobiet spadają w roku porodu o niemal 20%. Rok później są już o ponad 35% niższe, a nawet po 10 latach pozostają przeciętnie o 27,8% niższe niż gdyby dziecka nie było.
To zjawisko specjaliści określają mianem "motherhood penalty", czyli kary za macierzyństwo.

Warto także wspomnieć, że mężczyźni na tych samych stanowiskach i z podobnym zakresem obowiązków nadal potrafią zarabiać więcej. Chociaż pod tym względem sytuacja kobiet jest coraz lepsza, to zjawisko nadal istnieje. Dodatkowo pamiętajmy również o tym, że ojcowie bywają postrzegani jako bardziej "stabilni" i odpowiedzialni pracownicy, a w przypadku kobiet często uznaje się je za mniej dyspozycyjne.

Kobiety znacznie częściej zostają z chorym dzieckiem, organizują opiekę, rezygnują z nadgodzin i dostosowują swój grafik do życia rodzinnego. Efekt? Czekają je długofalowe konsekwencje. Niższa emerytura, mniejsze oszczędności, niższa zdolność kredytowa, większa zależność finansowa i większe ryzyko ubóstwa po rozwodzie.

Rodzicielstwo to decyzja dwóch osób, a kobiety bardzo często nadal zostają postawione w sytuacji, w której ponoszą większy koszt za urodzenie dziecka.

Drugi etat bez wypłaty

Przyjrzyjmy się również zagadnieniu "niewidzialnej pracy". W wielu domach kobiety po zakończeniu wymagającego dnia pracy rozpoczynają kolejną "zmianę" – tym razem nieodpłatną. Mówimy tu o obowiązkach domowych: gotowaniu, sprzątaniu, robieniu zakupów, organizowaniu życia rodzinnego, opiece nad dziećmi, pamiętaniu o wizytach lekarskich, planowaniu świąt i uroczystości.

Coraz częściej słyszy się o "mental load", czyli psychicznym obciążeniu związanym z zarządzaniem domem. Kobiety nie tylko wykonują obowiązki, ale często także pamiętają o wszystkim i organizują funkcjonowanie całej rodziny.

Oczywiście istnieje wiele partnerskich związków, w których obowiązki są dzielone po równo. I warto to podkreślać. Problem polega jednak na tym, że kulturowo nadal bardzo silne jest przekonanie, że to kobieta powinna zajmować się domem.

Gdyby przeliczyć pracę wykonywaną codziennie przez kobiety w domach na stawkę godzinową, jej wartość byłaby ogromna. W rozmowie z Martą Kabulską, redaktorką naczelną polki.pl i mamotoja.pl, ekspertka Olga Kozierowska podała dokładnie wyliczoną kwotę, przytaczając historię jednej z kobiet, która się z nią skontaktowała. Żyła ona w związku partnerskim, w którym dzieliła się z partnerem obowiązkami, ale sytuacja zmieniła się po porodzie. Nagle pojawiło się wobec niej oczekiwanie, że skoro siedzi w domu, to "nic nie robi" i może przejąć wszystkie prace.

To jest strasznie bolesny stereotyp dotyczący tej nieodpłatnej pracy w domu. A znowu kalkulator wynagrodzeń pokazał, że to jest warte 15 tysięcy złotych miesięcznie. Więc to nie jest takie siedzenie w domu
– mówi Olga Kozierowska, dziennikarka, aktywistka i mentorka kobiet.

Podział obowiązków w związku jest kwestią indywidualną, ale problem w kulturowym przekonaniu, że ta praca nadal nie jest doceniana i jest nieodpłatna.

Czemu bagatelizujemy te nierówności?

Być może dlatego, że wiele z tych kosztów zostało całkowicie znormalizowanych. Kobiety od dziecka słyszą, że "tak po prostu jest". Że trzeba wyglądać dobrze. Że należy dbać o innych. Że opieka nad domem jest czymś naturalnym. Zamiast walczyć z nierównością w cenach produktów czy usług, uczymy się je obchodzić, kupując przysłowiowe niebieskie maszynki (red. męskie) zamiast różowych.

Wydatki związane z wyglądem bywają traktowane jak fanaberia albo hobby, mimo że w wielu przypadkach wynikają z bardzo silnej presji społecznej. Z kolei praca opiekuńcza i emocjonalna często nie jest uznawana za “prawdziwą pracę”, choć wymaga czasu, energii i ogromnego zaangażowania.

Macierzyństwo również przedstawia się głównie jako prywatny wybór kobiety, bez szerszej rozmowy o tym, jakie koszty ekonomiczne ponosi ona dla całego społeczeństwa.

Czy sytuacja się zmienia?

W pewnym sensie tak. Dużo mówi się o zdrowiu menstruacyjnym, równości płac i niewidzialnej pracy kobiet. W związkach młodszych pokoleń widać, że tworzą bardziej parnerskie relacje, a coraz więcej mężczyzn aktywnie angażuje się w opiekę nad dziećmi i obowiązki domowe. Również w życiu zawodowym coraz większą rolę odgrywają też urlopy ojcowskie i rodzicielskie, które pomagają rozłożyć obowiązki.

Trzeba mieć na uwadze, że rozmowa o nierównościach ekonomicznych nie powinna prowadzić do wojny płci. To raczej podkreślenie potrzeby zmian i nie zamiatanie problemów pod dywan.

Formalnie kobiety i mężczyźni mają dziś takie same prawa. Mogą pracować, studiować i rozwijać kariery zawodowe. Pytanie brzmi jednak: czy rzeczywiście ponoszą takie same koszty, by osiągnąć finansową stabilność? "Podatek od bycia kobietą" nie jest jednym rachunkiem, który można łatwo policzyć. To suma codziennych wydatków, utraconych szans i niewidzialnej pracy, które przez lata wpływają na bezpieczeństwo finansowe kobiet.

Nie chodzi o to, że kobiety wydają więcej dlatego, że “lubią zakupy” albo “same tak wybierają”. Problem jest znacznie głębszy. To system społecznych oczekiwań, biologicznych kosztów i nierówności rynku pracy, który sprawia, że kobiety częściej płacą więcej – pieniędzmi, czasem i możliwościami zawodowymi.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama
Loading...