Ostatnio historie wielkich rodzinnych koncernów są na czasie. Serial „Sukcesja”, który opowiadał o walce rodzeństwa w dojściu do władzy w firmie prowadzonej przez ich ojca, elektryzował widzów na całym świecie. Oficjalnie się jednak zakończył i pozostawił niedosyt, bo wciąż jesteśmy głodni tego typu historii. Okazuje się, że jedna z nich jest na wyciągnięcie ręki.
WIDEO…
W piątek 13 marca 2026 roku do kin wchodzi film „Najbogatsza kobieta świata”. Główną rolę w nim gra Isabelle Huppert, która wcieliła się w postać Marianne Ferrere. Jest to fikcyjna bohaterka, której historia została jednak oparta na sylwetce Liliane Bettencourt - legendarnej spadkobierczyni fortuny L'Oréal.
„Najbogatsza kobieta świata” – historia, która rozgrzała opinię publiczną
Na początku należy podkreślić, że nie jest to film biograficzny. To fabularna historia oparta na doniesieniach prasowych i kontrowersjach związanych z wieloletnią relacją miliarderki z pewnym fotografem, któremu przekazywała majątek o znacznej wartości (miliard euro).
A szkoda, bo wielce prawdopodobne, że tajniki działania i rozwoju tak wielkiej firmy o światowej sławie mogłaby zaciekawić o wiele bardziej niż plotki na temat życia prywatnego jej założycielki. Szczególnie że to właśnie Liliane Bettencourt rozszerzyła portfolio L'Oréal i rozpowszechniła markę na całym świecie.
Wizerunek ponad wszystko
Ten film jest jedną wielką metaforą życia głównej bohaterki. Piękne stroje i perfekcyjny makijaż, cudowne wnętrza, a także kolorystyka, w jakich zostały utrzymane kadry, sprawiają wrażenie intymności, jakbyśmy zajrzeli do szafy Marianne. Z jednej strony wyciągamy garsonkę Chanel, która odzwierciedla jej siłę i status społeczny, z drugiej sięgamy po basicowe spodnie symbolizujące emocje zamkniętej w niej małej dziewczynki, odczuwającej potrzebę bycia kochaną i akceptowaną.
„W naszym domu nie mówiło się o uczuciach” – podkreśla w pewnym momencie córka bohaterki. I właśnie to w jakiś sposób tłumaczy zachowanie Marianne. Została nauczona przez ojca, że rodzinę traktuje się jak część firmy, jako partnerów w biznesie, a nie bliskich. Nic więc dziwnego, że gdy jako seniorka zostaje dostrzeżona przez charyzmatycznego fotografa, traci dla niego głowę i spełnia jego kosztowne zachcianki.

Te piękne kadry podkreślają też dewizę rodziny Ferrere – wizerunek ponad wszystko. Nieważne, co dzieje się w środku, najistotniejsze jest to, jak jesteśmy przedstawiani na zewnątrz.
Co jest najważniejsze w historii o silnych bohaterach? Aktorzy
Największą siłą tego filmu jest gra aktorska. Posągowa Isabelle Huppert nie musi się wypowiadać, żebyśmy wiedzieli, co ma nam do przekazania. Hipnotyzujący błękit jej oczu w połączeniu z perfekcyjnie pomalowanymi ustami sprawiają, że nie sposób oderwać wzroku od granej przez nią Marianne.
To ona jest główną bohaterką, ale każda z postaci ukazanych w filmie ma w sobie charyzmę, role są świetnie napisane i mistrzowsko odegrane. Aktorzy wzbili się na wyżyny umiejętności, aby zapewnić nam efekt wow. Czuć napięcie, chemię między bohaterami, a przede wszystkim coś, co trudno osiągnąć w filmie – sympatię lub antypatię widzów.
Główna bohaterka jest przedstawiona jako ofiara i choć w wielu momentach chcielibyśmy się na nią złościć, fascynuje nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie. Za to fotograf Pierre od pierwszej sceny, w której się pojawia, wzbudza naszą antypatię – na początku niemiło łechtając zakończenia nerwowe, aż dochodzi do momentu, w którym nie możemy na niego patrzeć i zupełnie nie jesteśmy w stanie mu współczuć.
Osią tego filmu jest świetna rola lokaja (Raphael Personnaz), który jest niczym prawdziwy bodyguard próbujący ochronić bohaterów przed nimi samymi. I choć czasami jego motywacje mogą się wydawać nieoczywiste, ostatecznie to ten superhero, który ratuje świat wyłącznie z dobrych intencji. A przecież każdy film potrzebuje takiego bohatera.

„To było jak powieść bez końca”
Takie słowa padają pod koniec filmu z ust Pierre’a (Laurent Lafitte), fotografa, który zawrócił w głowie głównej bohaterki. Nie da się pod nimi nie podpisać po obejrzeniu tej produkcji. Na początku jesteśmy zaciekawieni kontrowersyjną historią, która wciąga, ale potem traci dynamizm. Niczym nagłówek portali plotkarskich – im dłużej czytamy o tym samym, tym mniej chętnie w niego klikamy, żeby zapoznać się z całym artykułem.
Ja miałam wrażenie, że film jest nieco przedłużony. Historia była ciekawa, ale nie aż tak, aby przez 2 godziny trzymać nas w napięciu. Być może zabrakło tu dynamicznego głównego wątku. Twórcy postawili na relację Marianne i Pierre’a, a konflikt bohaterki z córką został ściągnięty na dalszy plan. Zabrakło tu zatem impulsu, dla którego hitem stała się „Sukcesja” czy chociażby „Dynastia”. Zamiast tego dostajemy telenowelowe wibracje, które łatwo będzie zapomnieć wraz z kolejnymi obejrzanymi produkcjami.
Mimo tego jest to film, który sprawia, że historia Liliane Bettencourt zaciekawia i chcemy dowiedzieć się o niej jeszcze więcej. Właśnie dlatego warto się na niego wybrać. Ja po seansie na pewno zgłębię jej biografię i chętnie poznam szczegóły na temat imperium L’Oreal oraz tego, jak wiele zrobiła ta kobieta, aby rozpowszechnić markę na cały świat. I gdy już to zrobię, chętnie się tym z wami podzielę.
Czytaj także:
- „Diamenty” - film, który pokochasz. Kasia Smutniak w wyjątkowej historii o kobietach
- Wybrałam 10 perełek street style z Paris Fashion Week. Te looki chętnie odtworzę wiosną 2026
- Przetestowałam olejek do włosów Metal Detox od L'Oreal Professionnel. Ten produkt jest przemocny



























