Codziennie rano ten sam scenariusz. Budzik o szóstej trzydzieści, szybki prysznic, starannie dobrana garsonka, perfekcyjny makijaż. Potem kawa z ekspresu – mocna, czarna, wypijana w biegu – i podróż do szklanego biurowca w centrum miasta. Jako dyrektorka działu finansowego miałam pod sobą pięćdziesiąt osób, imponującą pensję i służbowe auto. Moje życie od piętnastu lat wyglądało na idealne. Przynajmniej z zewnątrz...
WIDEO…
Przyjaciółka mi zazdrościła
– Anka, ty to masz życie – powiedziała wczoraj moja przyjaciółka, Kaśka, kiedy jadłyśmy lunch w modnej restauracji. – Zero zmartwień o rachunki, stanowisko, prestiż. Jak ty to wszystko osiągnęłaś?
– Sama wiesz, ciężka praca i trochę szczęścia – odpowiedziałam z wyćwiczonym, delikatnym uśmiechem, mieszając widelcem sałatkę, na którą wcale nie miałam ochoty.
– Mój Bartek znowu narzeka, że mu obcięli premie. A ty? Zastanawiasz się już, gdzie polecisz na zimowy urlop? Malediwy czy znowu Tajlandia?
– Zobaczę, jak wyjdziemy z zamknięciem roku – skłamałam gładko. Prawda była taka, że od dwóch lat nigdzie nie byłam. Nie miałam siły pakować walizek, planować lotów, uśmiechać się do obcych ludzi na plaży. Kaśka patrzyła na mnie z podziwem, może nawet z lekką zazdrością, a ja czułam w żołądku narastający ścisk.
W pracy wszyscy traktowali mnie jak wzór sukcesu. Zawsze elegancka, zawsze opanowana, zawsze gotowa odpowiedzieć na każde pytanie. Nawet gdy czułam pustkę, nikomu tego nie okazywałam. Po godzinach zamykałam się w swoim nowoczesnym mieszkaniu, zdejmowałam szpilki i przez długie minuty wpatrywałam się w ciemność za oknem, czując, że brakuje mi powietrza.
Porządki przypomniały mi przeszłość
Nadeszła sobota, jeden z tych rzadkich dni, kiedy nie musiałam logować się do systemu. Postanowiłam w końcu zrobić porządek na strychu. Od miesięcy się za to zabierałam. Zawsze był jakiś ważniejszy raport, jakieś niecierpiące zwłoki zestawienie. Tym razem nie miałam wymówki.
Strych był pełen kartonów, starych ubrań i pamiątek z dawno minionych czasów. Otwierałam kolejne pudła, kichając od kurzu. Znalazłam notatki ze studiów ekonomicznych, jakieś kable, uszkodzony toster. Zatrzymałam się przy albumie ze zdjęciami z czasów liceum – na jednym z nich byłam na plenerze malarskim. Uśmiechnięta, poplamiona farbami, taka inna niż teraz. Przez chwilę gapiłam się na tę fotografię, jakbym widziała na niej zupełnie obcą osobę.
W samym kącie strychu, pod grubym kocem, zauważyłam dużą, płaską teczkę. Moje dłonie same powędrowały w stronę pożółkłego sznurka. Rozwiązałam go z dziwnym drżeniem. Wewnątrz leżały moje obrazy. Akwarele, szkice węglem, kilka niedokończonych płócien olejnych. Przez chwilę nie mogłam oddychać. To był mój świat sprzed dwudziestu lat. Świat dziewczyny, która wierzyła, że sztuka jest jej powołaniem. Wyjęłam jeden ze szkiców – portret starszego mężczyzny siedzącego na ławce w parku. Pamiętałam, jak długo pracowałam nad wyrazem jego twarzy, próbując uchwycić to specyficzne znużenie życiem.
Moi rodzice zawsze powtarzali: „Aniu, malowanie to piękne hobby, ale potrzebujesz prawdziwego zawodu. Finanse to przyszłość”. I ja im uwierzyłam. Bo przecież sztuka nie dawała gwarancji. Nie opłacała rachunków. Zamknęłam więc pędzle w szufladzie, a kartki w teczce i poszłam na ekonomię. Wybrałam bezpieczeństwo. Wybrałam stabilizację. Wybrałam życie, w którym każdy krok jest przewidywalny.
Czasem, jeszcze na studiach, próbowałam coś namalować, ale już bez tej dziecięcej radości i beztroski. Z każdym kolejnym rokiem obrazy pojawiały się coraz rzadziej, aż w końcu przestały się pojawiać. Po kilku latach już nawet nie tęskniłam. Przynajmniej tak mi się wydawało. Teraz, siedząc na podłodze strychu, patrzyłam na swoje dawne prace. Sukcesy, awanse, pochwały od prezesa – to wszystko nagle wydało mi się takie błahe. Pozbawione znaczenia.
Czułam niecheć do swojej pracy
W poniedziałek rano weszłam do biura i po raz pierwszy poczułam niechęć do tego miejsca. Patrzyłam na wykresy słupkowe, tabele w Excelu i nie widziałam w nich nic poza jałową egzystencją. Moi podwładni podchodzili do mnie z problemami, a ja słuchałam ich z trudem ukrywaną obojętnością.
– Pani dyrektor, mamy problem z raportem kwartalnym – powiedział młody analityk, nerwowo przestępując z nogi na nogę. – Brakuje nam danych z działu sprzedaży.
– Skontaktuj się z nimi i poproś o uzupełnienie – odpowiedziałam automatycznie, nie odrywając wzroku od monitora.
– Próbowałem, ale dyrektor handlowy nie odpowiada na maile.
– To do niego zadzwoń. Albo idź. To nie jest problem, z którym powinieneś przychodzić do mnie.
Odszedł, a ja poczułam ukłucie wstydu. Byłam dla nich zimną, wymagającą szefową. Maszyną do rozwiązywania problemów i optymalizacji kosztów. Kiedy stałam się tą osobą? Kiedy z dziewczyny, która potrafiła godzinami mieszać farby, żeby uzyskać idealny odcień błękitu nieba, zmieniłam się w kogoś, kto ekscytuje się wzrostem marży o pół procenta?
Wieczorem położyłam się do łóżka i długo nie mogłam zasnąć. W głowie miałam tylko pytania, na które nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Czy naprawdę na tym miało polegać dorosłe życie? Czy to już wszystko, co mnie czeka?
Po latach wyciągnełam farby i półótno
Następnego dnia po pracy wróciłam do domu i wyciągnęłam sztalugę, którą kupiłam impulsywnie lata temu, a której nigdy nie użyłam. Kupiłam też nowe farby. Stanęłam przed pustym płótnem i poczułam... strach. Ogromny, paraliżujący strach. Co, jeśli zapomniałam? Co, jeśli już nie potrafię?
Przez godzinę stałam bez ruchu, ściskając pędzel. W końcu usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. To nie był żal za utraconą karierą artystyczną, tylko za tym, że tak łatwo dałam się przekonać, że moje marzenia są mniej ważne niż stabilność i opinia innych. Wtedy zadzwonił telefon. To była moja matka.
– Cześć Aniu, jak tam w pracy? – zapytała swoim zwykłym, rzeczowym tonem.
– W porządku, mamo. Wszystko dobrze.
– Słuchaj, ciocia Krysia pytała o ciebie. Mówiłam jej o twoim ostatnim awansie. Jest taka dumna. Zresztą my z tatą też. Zawsze wiedzieliśmy, że zajdziesz daleko.
Zacisnęłam dłoń na pędzlu.
– Mamo... znalazłam na strychu moje stare obrazy.
Po drugiej stronie zapadła krótka, niezręczna cisza.
– Obrazy? Te ze szkoły średniej? Dobrze, że je zachowałaś. To miłe wspomnienia. Ale nie zaprzątaj sobie tym głowy, masz teraz poważne stanowisko. Ostatnio mówiłaś, że macie jakąś ważną fuzję.
Rozłączyłam się kilka minut później. Nie rozumiała. Nikt by nie zrozumiał. Wszyscy widzieli tylko moją drogą garsonkę i ładne mieszkanie. Nikt nie widział tego, że duszę się we własnym życiu. Że każdy kolejny dzień w korporacji to dla mnie mechaniczne odliczanie do emerytury.
Już nie odłożę malowania w kąt
Jeszcze długo chodziłam po mieszkaniu, jakby szukała czegoś, co mogłoby nadać temu sens. Zrobiłam herbatę, ale zapomniałam jej wypić. W końcu usiadłam przed pustym płótnem i postanowiłam, że choćby nie wiem co, spróbuję. Namalowałam pierwszy od lat obraz. Był daleki od doskonałości – ręka mi drżała, kolory się gryzły, proporcje były zaburzone. Ale kiedy patrzyłam na ten chaos barw na płótnie, po raz pierwszy od dawna czułam, że żyję. Że to, co robię, ma jakieś znaczenie, nawet jeśli tylko dla mnie.
Położyłam się spać później niż zwykle, ale nie czułam zmęczenia. Byłam raczej pobudzona, jakbym napiła się za dużo kawy. Rano, kiedy znów zobaczyłam obraz, poczułam coś na kształt dumy. Poczułam także, że nie chcę już żyć tylko dla zarabiania pieniędzy i aprobaty innych ludzi. Chcę pielęgnować moja pasję – nawet jeśli nikogo poza mną nie obchodzi.
Często łapię się na tym, że w pracy zamiast myśleć o kolejnych raportach, układam w głowie kompozycje nowych obrazów. Zdarza mi się zapisać w notesie jakiś kolor, który zauważyłam przez okno, albo fragment rozmowy, który mógłby być inspiracją. Nikt o tym nie wie. Na zewnątrz nadal jestem tą samą dyrektorką: poważną, pewną siebie, profesjonalną. Ale wewnątrz powoli budzę się do życia.
Nie zamierzam rzucać pracy z dnia na dzień. Mam kredyt, zobowiązania i mnóstwo strachu przed nieznanym. Nadal codziennie rano ubieram garsonkę i piję mocną kawę. Ale wieczorami, kiedy zamykam za sobą drzwi mieszkania, zdejmuję szpilki i staję przed sztalugą. Maluję. Czasem tylko przez godzinę, czasem przez całą noc.
Zaczęłam oszczędzać, sumienniej niż kiedykolwiek. Zrobiłam sobie plan. Za kilka lat, kiedy spłacę kredyt, przejdę na pół etatu. A może w ogóle odejdę? Nie wiem. Na razie maluję. Zaczęłam czytać fora dla dorosłych artystów, przeglądać prace innych, szukać lokalnych plenerów. Zastanawiam się, czy kiedyś odważę się pokazać komuś swoje obrazy. Może zapiszę się na kurs, może dołączę do jakiejś grupy w Internecie. Może któregoś dnia powiem mamie i przyjaciółce, że sztuka to nie tylko wspomnienie sprzed lat.
Anna, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam tylko jechać na nudne szkolenie z pracy, a wpadłam jak śliwka w kompot. Owoce integracji zbiorę za 9 miesięcy”
- „Zobaczyłam zbiórkę na prezent na Dzień Nauczyciela i myślałam, że to żart. Nie będę traktować belferki jak królowej”
- „Kupiliśmy działkę budowlaną na mazurskiej wsi, by zaszpanować przed rodziną. Nie zapraszamy ich, bo poznają prawdę”