Reklama

Kamilę znałem praktycznie od zawsze. Plac zabaw, piaskownica, potem szkoła podstawowa – wszędzie byliśmy razem. Dopiero w liceum się rozdzieliliśmy, ale tylko na czas lekcji, bo resztę czasu spędzaliśmy i tak razem.

Wyglądała na bardzo szczęśliwą

Była moją pierwszą dziewczyną i najlepszą przyjaciółką. Dla wszystkich było oczywiste, że się pobierzemy, będziemy mieli dzieci i spędzimy ze sobą resztę życia. Moja mama nawet dała mi pierścionek po babci, żebym mógł się oświadczyć Kamie.

– Ale ja nie zamierzam się oświadczać – zaprotestowałem. – Mamy dopiero po dwadzieścia lat, ona studiuje, ja dostałem pracę.

– No ale to przecież tylko oświadczyny, ze ślubem możecie poczekać, aż Kamisia się obroni – zasugerowała mama.

Uznałem, że ma rację. Przecież i tak wiadomo było, że się pobierzemy, więc równie dobrze mogłem dać jej ten pierścionek od razu. Naprawdę przyłożyłem się do zorganizowania zaręczyn Zabrałem Kamilę do planetarium na oglądanie drogi mlecznej przy muzyce klasycznej, w ciemności wziąłem ją za rękę, wsunąłem jej pierścionek na palec i wyszeptałem do ucha pytanie, czy zostanie moją żoną.

Potem jednak nasze życie wróciło do normy, a jedyne, co się zmieniło to to, że moja dziewczyna stała się moją narzeczoną i nosiła na placu diament osadzony w platynie, który dawno temu dziadek kupił babci.

Przez trzy kolejne lata nie rozmawialiśmy o ślubie. Czasami Kamila rzucała coś o tym, że chciałaby mieć welon do ziemi albo że pokłóciła się z przyjaciółką i nie poprosi jej na druhnę, ale nie skupialiśmy się na tym temacie.

Zacząłem mieć wątpliwości

Dużo bardziej zajmowała nas sprawa kredytu na wspólne mieszkanie i to, jak wygląda sprawa becikowego czy innych dodatków na dziecko. Bo o dziecku mówiliśmy sporo.

– Jeśli będzie dziewczynka, to ja jej dam imię, a jeśli chłopiec, to ty – umówiła się ze mną narzeczona. – A najlepsze byłyby bliźniaki! Dwoje dzieci za jednym zamachem, super!

Chyba wtedy po raz pierwszy poczułem, że to nie dla mnie. Że coś mi w tym wszystkim nie gra, bo sama myśl o bliźniętach, a nawet o jednym dziecku, sprawiała, że miałem ochotę uciekać na koniec świata.

Drugi moment kryzysu przeżyłem podczas kolejnej wizyty w banku i rozmowy o kredycie hipotecznym.

– Świetnie, kredyt na trzydzieści lat – podsumowała agentka, a ja zamarłem.

Za trzydzieści lat byłbym grubo po pięćdziesiątce i nadal spłacałbym kredyt na spółkę z Kamilą. Czy naprawdę tego chciałem? Nagle, tam w banku, poczułem, że ściany wokół mnie falują. Zrobiło mi się słabo. Ani Kamila, ani agentka nie zauważyły, że coś się ze mną dzieje. Ale ja już wiedziałem…

– Cholera, nie mogę się z nią ożenić… – powtarzałem do swojego odbicia w lustrze co kilka dni. – Już nie chcę…

Tylko że moje „nie chcę” nikogo nie interesowało. Dostaliśmy w końcu po długich staraniach ten kredyt i musiałem wpłacić dwadzieścia procent wkładu własnego oraz prowizję dla banku. Kamila wciąż studiowała, jednak po ślubie miała znaleźć pracę i odtąd raty mieliśmy spłacać po równo.

– Widzę, Wojtusiu, że ślub to musimy wziąć bardzo skromny – poinformowała mnie po tym, jak przeczytała wyciąg z mojego konta po ostatniej transakcji.

Na słowo „ślub” poczułem skurcz w żołądku. Nie wiedziałem jednak, co jej odpowiedzieć. Przecież mieliśmy już mieszkanie, kupowaliśmy do niego meble i zasłony. Jeden pokój pozostawiliśmy pusty, bo wszak niedługo miało zjawić się dziecko.

Kama zaczęła omawiać szczegóły wesela

– Ja nie mam dużej rodziny, zaproszę może ze dwadzieścia osób – ustaliła i nagle zrozumiałem, że nieco inaczej rozumiałem słowo „skromny”. – Myślałam o sali weselnej, ale mój tata może załatwić aulę w szkole, będzie taniej. Co pani na to? Macie jakiegoś zaprzyjaźnionego księdza? Jak duży ma być tort?

Mama była wniebowzięta tymi pytaniami. Nasz ślub stał się jej życiowym projektem, praktycznie o niczym innym nie mówiła.

W nowym mieszkaniu też ciągle słyszałem tylko o weselu, sukni, kwiatach i menu. Przychodziły siostra i koleżanki Kamy, dyskutowały o tym, jakiego koloru krawat powinienem założyć i czym pojedziemy do kościoła.

Mnie nie pytano o nic, przynajmniej dopóki nie dochodziło do rozmowy o kosztach.

– Skarbie, musisz kupować tego nowego laptopa? – pytała na przykład narzeczona.

– Bo wyszło mi, że jeśli chcemy zespół, a nie didżeja, to będzie trochę drożej…

„Chcemy?! My?!” – miałem ochotę krzyknąć, bo ani trochę mnie nie obchodził zespół czy didżej na wesele. Tak samo jak wodzirej, sześć rodzajów sałatek i kotyliony przy krzesłach. Kiedy słyszałem o którejś z tych rzeczy, czułem się, jakbym miał grypę żołądkową.

Prawda była taka, że ja nie chciałem ślubu. Od dawna nie widziałem w Kamili kobiety mojego życia. Ona po prostu była obok od zawsze, ale nic poza tym. Przyzwyczaiłem się do niej, znaliśmy się na wylot, łączyły nas tysiące wspomnień, lecz nie czułem do niej namiętności, zupełnie też nie wyobrażałem sobie jej jako matki moich dzieci.

Tak, powinienem był z nią szczerze porozmawiać, wiem o tym. Ale kiedy otwierałem usta, by zaprotestować przeciwko ustalonej przez nią z księdzem dacie, ona zasypywała mnie detalami ślubu i wesela. Szczebiotała przy tym radośnie i wyraźnie była szczęśliwa, że zbliża się ten dzień. Jeszcze gorzej było z moją mamą. Ilekroć mnie widziała, pokazywała mi jakieś katalogi, zadawała dziesiątki absurdalnych pytań o menu i dekorację sali albo pytała, jak się czuje jej przyszła synowa. Miałem wrażenie, że gdybym zerwał te zaręczyny, mama, narzeczona oraz sporo innych zaangażowanych w to osób popadłoby w głęboką depresję.

Miałem dość

Wybrałem więc mniej raniącą innych drogę. Po prostu uśmiechałem się, przytakiwałem i przelewałem zaliczki za salę, catering, zespół muzyczny i suknię dla Kamili.

Pękłem dwa tygodnie przed ślubem, kiedy wróciłem do domu i wpadłem prosto na ogromną, białą suknię wiszącą na drzwiach dużego pokoju. Nagle poczułem, że dłużej tego nie wytrzymam, że po prostu nie dam rady! To było kompletnie bez sensu!

Nie chciałem żenić się z Kamilą, nie chciałem z nią żyć ani planować rodziny! Kiedy się jej oświadczałem, myślałem, że tak musi być, ale potem się zmieniłem, może dorosłem?

Nie miałem jednak odwagi zaczekać na narzeczoną i powiedzieć jej, że za czternaście dni nie będzie żadnego ślubu. Bałem się jej łez, histerii, dzwonienia do naszych matek, awantur, błagań i wyrzutów. Więc po prostu zabrałem trochę najpotrzebniejszych rzeczy i wyszedłem z domu, który dopiero co zacząłem spłacać.

Trudno mi pisać o tym, co stało się później. Odwagi starczyło mi jedynie na to, żeby zadzwonić do Kamili i powiedzieć jej, żeby mnie nie szukała, bo szybko nie wrócę. I że może zatrzymać mieszkanie oraz wszystko, co do niego kupiłem, a także pieniądze, które może uda jej się odzyskać po odwołaniu wesela. Oraz oczywiście pierścionek.

Uciekłem jak tchórz

Nie byłem w stanie wysłuchać do końca, co miała mi do powiedzenia, ani odebrać kolejnych telefonów od niej, mojej mamy, wspólnych znajomych. Wyjechałem do Szwecji, bo miałem tam kolegów, którzy nieraz obiecywali, że załatwią mi robotę.

Przez półtora roku nie podałem nikomu w Polsce swojego szwedzkiego numeru telefonu. Kilka razy zadzwoniłem przez internet do mamy, ale szybko się rozłączałem, bo kiedy tylko słyszała, że to ja, zaczynała litanię żalów i wymówek.

– Jak mogłeś jej to zrobić?! – ni to krzyczała, ni płakała. – Zrujnowałeś dziewczynie życie! Czy ty wiesz, że ona musiała dzwonić do każdego z gości osobno i informować ich, że ślubu nie będzie? Wszyscy ją pytali, co się stało… wiesz, w jakim ona jest stanie? Czy ciebie w ogóle obchodzi, jak ją zniszczyłeś?!

Tak, obchodziło mnie. Nie było dnia, żebym nie patrzył na siebie w lustrze z potępieniem, nieraz z obrzydzeniem. Zrobiłem coś ohydnego, i to kobiecie, która w żaden sposób nigdy mnie nie skrzywdziła. Nie znajdowałem dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Wiedziałem, że zachowałem się jak tchórz i musiałem z tym żyć.

Wojtek, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama