Już taka jestem, że jak coś postanowię, to się tego trzymam. Nie ma zmiłuj, raz podjęta decyzja jest dla mnie nieodwołalna. Koniec, kropka. Uważam, że nie należy się mazgaić ani bezładnie miotać, zamęczać siebie i cały świat swoim niezdecydowaniem, tchórzostwem. Sama nie znoszę takich kobiet: rozmemłanych, nadmiernie emocjonalnych, dzielących włos na czworo. Tata zawsze mi powtarzał: „nie bądź babą” i jakkolwiek niepoprawnie dziś to brzmi, jednak miał rację. To takie „babskie”, kobiece w najgorszym wydaniu, starodawnym i niemodnym, my przecież dzisiaj jesteśmy twardzielkami i mocno stoimy na ziemi, wbite w nią naszymi wysokimi obcasami.
WIDEO…
Dziesięć miesięcy minęło, odkąd rzuciłam Roberta i przez cały ten czas ani razu nie pożałowałam swojej decyzji. Nie należy przez to rozumieć, że nie żałowałam naszego małżeństwa, naszego ośmioletniego związku. Nie jestem aż takim potworem. Zdarzało mi się podczas bezsennych nocy odczuwać niemal fizyczny ból związany z brakiem jego ciała przy moim ciele, tak bardzo przyzwyczaiłam się spać wtulona w jego plecy, z nogami zaplątanymi w jego nogi, z ramieniem zarzuconymi na jego ramię.
Nawet po najostrzejszej wymianie zdań, pełnej dramatycznych wykrzykników, przekleństw i plugawego wymyślania sobie od najgorszych, lądowaliśmy wieczorem w tym samym łóżku, choćby z tego powodu, że innego nie mieliśmy. Co prawda była kanapa, ale na tyle niewygodna, że nikt nie chciał na niej spać.
Miałam anielską cierpliwość
We wspólnym łóżku wyczuwaliśmy szansę na pojednanie. I za tym rzeczywiście tęskniłam, za tą cudowną bliskością, bez której czułam, że przedwcześnie więdnę. Natomiast gdy tylko zaczynałam przypominać sobie nasze awantury, natychmiast opuszczały mnie wszelkie sentymenty. Poza tym, nawet gdy do awantur nie dochodziło, i tak od lat już miałam poczucie, że wszystko w naszym małżeństwie jest nie tak.
Okresowy względny spokój zawdzięczaliśmy jedynie moim żelaznym nerwom i naprawdę anielskiej cierpliwości. Ale wszystko się kiedyś wyczerpuje. Nasza koegzystencja w pewnym momencie przestała być możliwa. Jakże mnie wkurzał samą swoją obecnością w domu, pan i władca, maminsynek przyzwyczajony do tego, że świat kręci się wokół niego.
Do tego dochodziła jeszcze mamusia. O jezu, jak ja jej niecierpiałam. Niechby pokutowały za wychowanie swoich milusińskich, którzy nikogo kochać nie potrafią i wyrastają na skończone sobki. Właśnie taki był ten mój Robert. Jako dziewczyna i narzeczona oczywiście nie widziałam tego, bo gdzieżby mamusia pozwoliła mu ze mną pomieszkać, gdzieś dłużej razem pobyć. Traktowała go jakby to on był panienką, chroniła, pilnowała, chuchała na swój skarb.
Nawet wspólne wakacje to był wielki problem
Więc kiedy się miałam przekonać, że mój wybranek w kuchni to potrafi ugotować jedynie wodę i nigdy w życiu nie tknął pralki, odkurzacza czy zwykłej zmiotki? Nie umył po sobie naczyń? Nie kupił chleba w piekarni? No kiedy? Wiadomo – gdy zaczęliśmy wspólne życie, w kawalerce kupionej przez teściową i traktowanej przez nią jak własna.
Wpadała nieproszona i nieproszona robiła porządki, pranie, prasowanie („Ty, Majeczko, nie masz przecież czasu, ale to żaden problem, ja mam i wszystko ci tu posprzątam”), gotowała nam obiadki („Robercik kocha pierogi i wszelkie kluseczki, ty też zjesz, prawda, trochę leniwych z masełkiem?”), czuwała nad bezpieczeństwem syna („Bo wiesz, to taki delikatny chłopiec, znowu się przeziębił, musisz go pilnować z rana, żeby czapkę wkładał i szalik, no i koniecznie dawaj mu herbatę z malinami, tu w szafce macie zapas konfitur.”)
Pod jej nieobecność ów delikatny chłopiec rozwalał się w gaciach na kanapie, chował brudne skarpetki pod poduszkę i zamiast malinowej herbaty ciągnął kolejne piwko. „Zjadłbym coś!” – pokrzykiwał od czasu do czasu, nie odrywając wzroku od telewizora.
Doprowadzał mnie do rozpaczy
A najbardziej to, że jednocześnie w kółko mnie krytykował. Nie zawsze było tak źle, ale w sumie jednak gorzej niż lepiej. Robert nie potrafił niczego naprawić ani załatwić. Za cokolwiek się wziął, to spieprzył. Z łezką w oku wspominałam własnego ojca, który i mieszkanie pomalował, i kran zreperował, a jak zakupy zrobił, to skakałam z radości, bo nigdy nie zapomniał o jakiejś dla mnie niespodziance – czekoladzie albo pączku.
Robert nie umiał nawet wkręcić żarówki, wbić gwoździa, przepchać rury, a w sklepie, jeśli już udało się go tam zaciągnąć, snuł się między regałami jak jakiś nierozgarnięty ślepiec. I w kółko te pretensje – że tego albo tamtego w domu nie ma. „Było kupić” – syczałam zjadliwie, a on patrzył na mnie jak na śmiertelnego wroga. „To twoja rola” – odpowiadał z wyrzutem.
Żarliśmy się o podział obowiązków (moim zdaniem nieistniejący, a jeśli już, to skandalicznie nierówny), sposób spędzania wolnego czasu (zawsze taki, jak on chciał, czyli żaden), wtrącanie się osób trzecich w nasz związek (jego matka i jej nieograniczony niczym wstęp do naszego domu). Długo rozważałam za i przeciw, ale w końcu doszłam do wniosku, że związek jest toksyczny, a mój mąż, wbrew temu, co mamusia o nim myśli, okazał się totalną fujarą. Dalsza przy nim obecność zagraża mojej tożsamości. To tłamszenie samej siebie. Wchłanianie trucizn. Amen.
Pewnego dnia spakowałam walizki i oświadczyłam, że się wyprowadzam. Wcześniej wynajęłam sobie przytulne mieszkanko i natychmiast je polubiłam. Mogłam być wreszcie królową na swoich włościach. Nikt nie robił mi niespodziewanych najazdów. Nikt nie kontrolował pilota. Nie wymagał, bym gotowała, prała, sprzątała i robiła zakupy. Mogłam wieczorami spokojnie oglądać ukochane seriale, czytać w środku bezsennej nocy, nie jadać pierogów i klusek leniwych, tylko płatki owsiane i warzywa. W ogóle nie jadać wiele i wreszcie nie tyć. Mogłam wrócić do dawno zawłaszczonej siebie i na siebie jedynie liczyć.
Gdy zepsuł mi się kran, wzywałam hydraulika, a nie czekałam bezskutecznie, aż zajmie się tym mój ślubny. „O, jak mi dobrze” – myślałam, gdy zaczynał się weekend, a ja czułam nieograniczoną wolność i miałam zero kłótni w perspektywie.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój partner chciał ślubu, a ja nie wierzę w papier. Nie zamierzam później być rozwódką jak koleżanki”
- „O ślubie córki marzyłam, odkąd się urodziła. Miałam wszystko zaplanowane, a ona zamieniła moje marzenia w horror”
- „W noc poślubną żona wyznała mi coś zaskakującego. Nie zaczęliśmy jeszcze miesiąca miodowego, a już myślę o rozwodzie”



























