To była moja czternasta godzina poza domem w upalny, lipcowy dzień – w pracy duszno, potem szybka wizyta u rodziców, bo mama nie radziła sobie z jakimiś urzędowymi papierami. Zanim wróciłam, miałam w głowie tylko jeden plan: szybki prysznic, nawilżająca maseczka, duży dzbanek wody z lodem i leżenie pod wiatrakiem. Po tygodniu pracy marzyłam o tym, żeby w końcu poczuć ulgę od żaru za oknem.
WIDEO…
Sytuacja w domu mnie zaskoczyła
Kiedy otworzyłam drzwi do mieszkania, od razu uderzył mnie specyficzny zapach – taki, jaki pojawia się, gdy nie ma przepływu świeżego powietrza, a wszystko stoi. Przeciągnęłam się na progu i od razu poczułam, że jest duszno jak w piekarniku. Z głębi mieszkania nie dochodził żaden szum wentylatora, nie słychać było nawet kapania wody z kranu.
– Łukasz? – zawołałam, zdejmując sandały i od razu kierując się do łazienki.
Mój mąż siedział w salonie na kanapie, z laptopem na kolanach, w krótkich spodenkach i t-shircie. Obok niego leżała pusta butelka po wodzie mineralnej, a na stole sterta papierowych kubków po kawie na zimno. Wyglądał, jakby obozował we własnym domu podczas jakiejś ekstremalnej suszy. Zauważył mnie dopiero, kiedy stanęłam tuż przed nim i zamachałam mu przed twarzą.
– Co się dzieje? Czemu tu tak duszno? – zapytałam, czując, jak narasta we mnie irytacja.
Łukasz ściągnął słuchawki z wyraźnym ociąganiem i spojrzał na mnie z miną męczennika.
– O, jesteś. Słuchaj, nie ma wody od kilku godzin. W łazience kran suchy. Nawet nie można się umyć.
– Od kiedy? – rzuciłam, czując, że zaraz wybuchnę. – Co się stało?
– Nie wiem, jakoś po czternastej przestała lecieć. Myślałem, że to chwilowe. Potem sprawdziłem inne krany – wszędzie to samo.
Nawet nie próbował nic zrobić
Przez chwilę stałam w milczeniu, próbując ogarnąć sytuację. Przez całą drogę do domu marzyłam o zimnym prysznicu, a tu – nic.
– No i co zrobiłeś? – zapytałam, nie kryjąc już zniecierpliwienia.
Łukasz wzruszył ramionami.
– Pomyślałem, że pewnie zaraz wróci. W bloku czasem coś się psuje, nie? Zresztą, jest piątek wieczorem, kto teraz odbierze telefon? A poza tym, nie wiem nawet, gdzie się dzwoni z takimi sprawami.
Zacisnęłam dłonie w pięści. To ja zawsze ogarniałam rachunki, zgłaszałam awarie, miałam pod ręką numery do administracji i pogotowia technicznego. Łukasz, jak zwykle, uznał, że problem sam zniknie.
– Numer do administracji wisi na lodówce, od lat, Łukasz – ledwo panowałam nad głosem. – Trzeba było zadzwonić. Może coś powiedzieliby, może to coś poważniejszego.
– O, serio? Nie zauważyłem. Poza tym, ja już dzisiaj tyle gadałem przez telefon, że mam dość. Może ty zadzwonisz? Ty się z nimi zawsze dogadujesz.
Patrzyłam na niego i czułam, że w środku wszystko we mnie krzyczy. Cały dzień na nogach, w upale, a teraz nawet nie mogę się napić zimnej wody z kranu, bo mój mąż nie potrafił chwycić za telefon.
Telefon zajął mi dwie minuty
W kuchni spojrzałam na lodówkę – numer do administracji wisiał tam, zapisany moim charakterystycznym pismem. Wybrałam go. Oczywiście, odpowiedział automat – „czynne w dni powszednie do 16:00, w sprawach nagłych prosimy kontaktować się z pogotowiem technicznym”. Zaczęłam szukać kolejnego numeru, tym razem do pogotowia wodociągowego. Po chwili znalazłam go na ulotce pod magnesem. Wybrałam numer. Po kilku długich sygnałach odezwał się znudzony głos dyspozytora.
– Dzień dobry, tu blok przy Mickiewicza 12, nie mamy wody od kilku godzin. Czy to awaria, czy planowane wyłączenie?
– Już sprawdzam. Tak, mamy zgłoszenie – pękła główna rura, część osiedla jest bez wody. Ekipy pracują, ale dziś już raczej nie uda się przywrócić dostaw. Proszę uzbroić się w cierpliwość, może jutro rano będzie z powrotem.
Podziękowałam, choć wcale nie miałam ochoty dziękować. Odłożyłam telefon i stałam tak przez chwilę, wpatrując się w blat kuchenny. Czułam, jak narasta we mnie frustracja – miałam suche gardło, cała byłam lepka od potu, a perspektywa kolejnych kilkunastu godzin bez wody wydawała się nie do zniesienia.
Wróciłam do salonu.
– To nie jest planowe odcięcie, tylko awaria. Pękła główna rura. Dziś wody nie będzie, może jutro rano.
Łukasz wydał z siebie dźwięk, jakby ktoś mu odebrał ostatnią nadzieję.
– No super... To możesz mi przynieść jeszcze jedną butelkę z lodówki? Skończyła mi się woda, a nie chce mi się wstawać.
To był ten moment, kiedy coś we mnie się przełamało. Nie miałam już siły na kłótnię, na tłumaczenie, na awanturę. Po prostu stałam i patrzyłam, jak dorosły facet, z którym dzielę życie od pięciu lat, prosi mnie, żebym mu przyniosła wodę, bo nie chce mu się ruszyć czterech liter z kanapy.
– Sam sobie ją przynieś, Łukasz. Ja idę przewietrzyć sypialnię – odwróciłam się na pięcie i wyszłam.
Byłam zmęczona i zła
W sypialni otworzyłam okno na oścież, próbując schłodzić pomieszczenie. Z torby wyjęłam chusteczki nawilżane, którymi próbowałam choć trochę się odświeżyć. Zjadłam na kolację banana, bo na myśl o gotowaniu czegokolwiek, co wymagałoby zmywania, odechciało mi się jeść. Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, a upał nie pozwalał zasnąć.
Po północy do sypialni wpadł Łukasz, sapiąc.
– Madzia, nie mogę spać, tak mi duszno. Może masz jeszcze te chusteczki? Daj jedną, co?
Podałam mu je bez słowa. Nawet nie próbował się przytulić, tylko wrócił do siebie, narzekając pod nosem na upał i suszę.
Obudziłam się przed szóstą, spocona, z bólem głowy i suchością w ustach. Zajrzałam do kuchni – jedyna butelka z wodą leżała pusta na stole. W lodówce zostało trochę mleka i soku, ale nie miałam ochoty na żadne z nich. W łazience umyłam twarz resztką wody z bidonu, której używałam do podlewania kwiatów. Czułam się upokorzona – nie dość, że nie mogłam się umyć, to jeszcze musiałam kombinować, jak przetrwać ten dzień bez wody.
Wszystko spadało na mnie
Gdy krzątałam się po mieszkaniu, Łukasz jeszcze spał. O ósmej rano zadzwoniłam do pogotowia technicznego, żeby dopytać, czy coś się ruszyło.
– Nadal trwają prace, proszę sprawdzać co kilka godzin – usłyszałam w słuchawce.
Napisałam do szefowej, że muszę wziąć urlop na żądanie, bo nie mam wody w domu. Wiedziałam, że nie mogę zostawić wszystkiego na głowie Łukasza – nawet gdyby pojawiła się ekipa, on nie wiedziałby, o co zapytać, a już na pewno nie przekazałby im co i jak zrobić.
Kiedy Łukasz w końcu się obudził, przeciągnął się i ziewnął, jakby spał w spa, nie w dusznym mieszkaniu bez wody.
– I co, coś wiadomo z tą wodą? – zapytał, drapiąc się po głowie.
– Nie, nadal nie ma. Pisałam do administracji, dzwoniłam do pogotowia, trwają prace. Wzięłam urlop, bo nie wyobrażałam sobie iść do pracy w takim stanie.
– To dobrze, bo ja mam dzisiaj ważne spotkanie w biurze, muszę się ogarnąć. Dzięki, że się tym zajęłaś. Jesteś niezastąpiona.
Patrzyłam na niego, jak biegnie do łazienki, żeby spróbować się ogolić na sucho. „Jesteś niezastąpiona” – przez lata te słowa były dla mnie komplementem. Teraz brzmiały gorzko. Byłam niezastąpiona, bo Łukasz nie potrafił załatwić najprostszej rzeczy. Nie potrafił nawet ruszyć się po butelkę wody, nie mówiąc o zadzwonieniu gdziekolwiek.
Została mi gorzka refleksja
Dzień ciągnął się niemiłosiernie. Do południa nie było żadnych wieści. W końcu, koło czternastej, zadzwonił technik z administracji, informując, że awaria została usunięta, ale zanim woda wróci do wszystkich mieszkań, może minąć jeszcze kilka godzin.
Siedziałam przy otwartym oknie, patrząc na suchą, senną ulicę. Słyszałam, jak w blokach obok ktoś krzyczy z radości, że już może wziąć prysznic. U nas jeszcze cisza. W końcu z kranu popłynęła brązowa, mętna woda, której bałam się dotknąć, a co dopiero się napić.
Łukasz wrócił z pracy jakby nigdy nic, z bagażem opowieści o tym, jak ciężko miał dzień, jak wszyscy narzekali na upał, a woda w firmie lała się z dystrybutora cały czas.
– O, już działa? Super, to może mi zrobisz kawę? – rzucił, mijając mnie w przedpokoju.
Nawet nie odpowiedziałam. Zamiast tego poszłam do łazienki, odkręciłam kran i patrzyłam, jak powoli klaruje się woda. Pomyślałam wtedy, że w tym związku jestem kompletnie sama. Jeśli dzieje się coś niespodziewanego, jeśli jest awaria, jeśli trzeba działać – mogę liczyć tylko na siebie. Łukasz będzie czekał, aż mu podam wodę, a potem powie, że jestem „niezastąpiona”.
Nie chciałam być już matką dla własnego męża. Chciałam partnera. Kogoś, kto w kryzysowej sytuacji powie: „Spokojnie, ja to załatwię”, a nie: „Przynieś mi wodę”.
Tego dnia woda w końcu wróciła. Wzięłam prysznic, zmyłam z siebie pot, brud i frustrację. Ale chłód w środku pozostał – ten, którego nie zmyje nawet najczystsza woda.
Magdalena, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Od roku utrzymuję mojego faceta, a on uważa, że to mój obowiązek. Miłość miłością, ale nie będę dłużej bankomatem”
- „Siostra wróżyła mi, że nie znajdę męża, bo mam dwie lewe ręce. Przystojniak w garniturze miał widać inne priorytety”
- „Żona kazała mi udawać bogacza na wakacjach przed jej znajomymi. W luksusowym hotelu ukradkiem liczyłem każdy grosz”



























