Reklama

Dzień Babci. Kiedyś to było coś. Kartki, laurki, dzwonki do drzwi i dzieciaki w szalonych czapkach z pomponem, co całuśne buziaki składały z radości, a nie z przymusu. Teraz? Cisza. Najgłośniejsze, co słyszę w ten dzień, to brzęk łyżeczki o dno herbaty.

No, chyba że Wiktoria się zjawi. Moja jedyna wnuczka, lat dwadzieścia dwa, instagramowa modelka w świecie, gdzie wszystko jest na pokaz – łącznie z miłością. Jeśli przyjdzie, to tylko z pączkami. I tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje. A ja już się nauczyłam: pączek z lukrem to u niej zakamuflowany sygnał – "Babciu, mam sprawę".

Tylko że w takie dni jak dziś... trudniej się oddycha. Wiesz, że jesteś niewidzialna. Że nie chodzi o Ciebie – chodzi o Twoje konto w banku. A jeśli wnuczka dziś wpadnie, to już wiem: będą pączki. I będzie haczyk.

Czułam podstęp

– Babciu! – Wiktoria wtargnęła do mieszkania z takim impetem, że aż kubek mi podskoczył. – No kto jak nie Ty zasługuje na najlepsze pączki w mieście?!

Stała w progu z wielkim pudełkiem z logo modnej cukierni i tym swoim uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Ubrana w płaszczyk, co kosztował więcej niż moja emerytura, pachniała jak perfumeria w galerii.

– A kto za nie zapłacił? Ty czy tata? – spytałam, zerkając na pudełko, ale nie ruszając się z krzesła.

– Oj babciu, no co ty… – zaśmiała się, choć w oczach błysnęło coś niepewnego. – Chciałam ci zrobić przyjemność w Dzień Babci.

Przyjemność? Mnie? Dziewczyna, co zjawia się raz na kwartał, zawsze z uśmiechem i z pączkiem w dłoni. Kiedyś liczyłam – w ciągu roku odwiedzała mnie pięć razy. Cztery z tego kończyły się przelewem z mojego konta.

– Siadaj – powiedziałam, wskazując krzesło naprzeciwko. – Zobaczymy, jak te pączki smakują.

Usiadła, skrzyżowała nogi i rozpięła płaszcz z gracją aktorki. Pudełko postawiła na stole.

– Wzięłam z różą i z maliną. Wiem, że lubisz malinowe, ale róża to klasyka – powiedziała, jakby rozmawiałyśmy o sztuce, a nie o ciastku z dziurką.

Uśmiechałam się. Powoli. Z tym moim spokojem, którego nabrałam przez lata bycia matką, żoną, wdową i teraz – babcią do wynajęcia.

– No to jedz, kochanie – zachęciłam.

– Ja? – zdziwiła się. – Miały być dla ciebie.

– Częstuj się.

Wzięła pączka, ale ręka jej lekko zadrżała. Patrzyłam, jak gryzie, udając beztroskę. I wtedy poczułam: zbliża się. Ten moment. Ten tekst.

– Babciu... bo ja tak naprawdę...

No, zaczyna się, pomyślałam. I przycisnęłam kubek do ust, jakby herbata miała mi osłodzić to, co zaraz usłyszę.

Wnuczka znów chciała kasę

– Bo ja tak naprawdę… mam taką sytuację – zaczęła, kręcąc łyżeczką w pustym kubku, którego nawet nie zdążyła nalać. – Wiesz, babciu… na uczelni teraz wymagają mnóstwa rzeczy… i laptop… i jakieś dodatkowe oprogramowanie… no i jeszcze składka na seminarium wyjazdowe…

– Na co ci potrzeba tym razem? – weszłam jej w słowo. Spokojnie, cicho, ale wystarczająco, żeby zamilkła. Spojrzałam jej prosto w oczy.

Wiktoria spuściła wzrok. I zaczęła paplać – o tym, jak drogo jest w Warszawie, jak wszystko poszło w górę, jak ciężko być studentką, która jeszcze dorabia po godzinach. Gdyby nie znała mnie lepiej, może by nawet uroniła łzę. Ale wiedziała, że płacz mnie nie ruszy. Za dużo ich widziałam – i prawdziwych, i na pokaz.

– I potrzebujesz ile? – zapytałam sucho.

– No… tysiąc pięćset – wyszeptała. – Ale jakbyś mogła choć tysiąc, to już by mi bardzo pomogło…

– Tysiąc pięćset za pączki z różą? – mruknęłam. – Droga ta cukiernia.

– Babciu, nie mów tak… Ja naprawdę cię kocham – odezwała się po chwili ciszy. – Przecież przyszłam nie tylko dlatego…

– A kiedy ostatnio byłaś „tylko dlatego”? – spojrzałam na nią znad okularów. – Tak bez pączków. Bez sprawy. Po prostu posiedzieć, zapytać, jak się czuję, czy mam z kim pogadać?

Zaczęła się kręcić nerwowo, jakby siedziała na rozżarzonym krześle. Widziałam, jak walczy w sobie – dumę, wstyd i jakiś cień autentycznego żalu.

Wiem, że rzadko przychodzę… – wymamrotała. – Ale to nie tak, że mi nie zależy…

– To jak, Wiktoria, powiedz mi: zależy ci, czy potrzebujesz tylko moich pieniędzy? – zapytałam i zobaczyłam, jak jej oczy się zaszkliły.

Ale ja już nie wiedziałam, czy to szczere łzy, czy strategia.

Nie jestem głupia

Z szuflady wyciągnęłam portfel. Nie spieszyłam się.

– Na to czekasz? – spytałam, nie patrząc jej w oczy. – Zanim oddam ci te tysiąc pięćset, usiądź i odpowiedz mi szczerze na kilka pytań.

Wiktoria kiwnęła głową, jakby stanęła przed komisją egzaminacyjną. Tyle że ja nie miałam zamiaru postawić piątki na koniec.

Kiedy mam urodziny? – zapytałam, wrzucając 50 zł na stół. Cichy szelest. Wiktoria zawahała się.

– W… w październiku?

– Pudło. Marzec. Dokładnie 10. – Dorzuciłam kolejny banknot. – A jaki film oglądałam ostatnio? Albo chociaż – jak się ostatnio czułam, kiedy mówiłam ci przez telefon, że boli mnie kręgosłup?

– Babciu… no nie wiem… – zaczęła, ale ja już wiedziałam, że nie odpowie.

– Bo nie pytałaś – powiedziałam cicho. – I wiesz co? To nie o te pieniądze chodzi. Ja ci je dam. Choćby i dwa tysiące, jakby trzeba było. Ale dam ci je jako kobiecie w potrzebie. Nie jako wnuczce, która kocha. Bo jeśli to jest twoja miłość… to ja takiej nie chcę.

Wiktoria siedziała nieruchomo, z pączkiem w ręce, którego nawet nie tknęła. Jakby nagle cały lukier okleił jej gardło.

– Wiesz, co by mi sprawiło radość? – zapytałam cicho. – Gdybyś przyszła bez niczego. Bez pączków, bez prośby, bez scenariusza. Tak po prostu.

Z jej oka spłynęła łza. Może prawdziwa. Może za późno.

Nie wiedziałam, że tak to widzisz… – wyszeptała.

– Bo nigdy nie pytałaś – odpowiedziałam i pchnęłam w jej stronę kopertę z pieniędzmi.

– Weź. Ale nie wracaj z pudełkiem pączkó. Wróć, jak będziesz miała coś do powiedzenia. I nie będzie to prośba o pieniądze.

Znów byłam sama

Drzwi zamknęły się bez słowa. Nawet nie usłyszałam „dziękuję”. Może nie miała siły. Może miała wstyd. Albo może naprawdę przyszła tylko po pieniądze, a cała reszta to był teatr.

Usiadłam z powrotem przy stole. Na talerzyku został jeden pączek – ten z maliną, mój ulubiony. Tylko że teraz już nie miał smaku. Wzięłam go do ręki, przyjrzałam się dokładnie. Lukier błyszczał, idealnie gładki, piękny. A w środku? Jak zawsze – odrobina słodyczy i dużo, dużo powietrza.

Zaparzyłam świeżą herbatę. Usiadłam w ciszy. Ciszy, która bolała bardziej niż samotność. Bo cisza po czyimś wyjściu to nie to samo, co cisza, kiedy nikogo nie ma. Ta była cięższa. Za oknem zaczął padać śnieg. Tak cicho, tak spokojnie.

Nie każdy gest to miłość

Tydzień później, dokładnie siedem dni po tamtej wizycie, dostałam SMS-a. Dźwięk telefonu rozległ się w ciszy tak nagle, że aż podskoczyłam. Spojrzałam na ekran: „Wiktoria”.

Otworzyłam wiadomość. Krótka.

„Dzięki za kasę. Udało się kupić, co chciałam. Buziaki”.

Tyle. Przez chwilę patrzyłam na ten ekran, jakbym oczekiwała, że coś jeszcze napisze. Że to była tylko pierwsza wiadomość, a zaraz będzie druga – z pytaniem, jak się czuję, czy smakowały pączki, czy nie jest mi zimno. Ale nic się nie pojawiło. Tylko ta jedna, sucha wiadomość. Nie odpisałam, ale pomyślałam, że może za rok znów przyniesie pączki. Może już nie. Ale jeśli kiedyś zapuka bez pudełka, to wtedy otworzę drzwi z uśmiechem.

Renata, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama