Siedzieliśmy w gabinecie naszego prawnika. Dokumenty rozwodowe czekały tylko na nasze podpisy. Tomasz wpatrywał się w okno z wyrazem twarzy, którego nie potrafiłam odczytać. Ja stukałam nerwowo długopisem w blat stołu. Niezręczną ciszę przerwał dźwięk telefonu. Dzwonili z biura podróży.
WIDEO…
Pół roku wcześniej, w ramach jakiejś rozpaczliwej, ostatecznej próby ratowania naszej relacji, wykupiliśmy drogie wczasy w Chorwacji. Luksusowy hotel all inclusive, wynajęty samochód na miejscu, szczegółowy plan zwiedzania. Kiedy przypomniałam sobie dwa dni temu o tych zaplanowanych wakacjach, okazało się, że termin bezkosztowej rezygnacji minął. Złożyłam pismo z reklamacją, a potem drugie z prośbą o zwrot pieniędzy – na próżno. Teraz konsultantka dzwoniła, żeby wymusić na nas podjęcie decyzji: jedziemy czy nie. Spojrzałam na Tomasza, odkładając telefon. Opowiedziałam mu o sytuacji. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
– Pojedźmy – powiedział nagle. – To dużo pieniędzy. Potraktujmy to jako pożegnalny wyjazd. Ostatnie wspólne wakacje. Będziemy tam jako znajomi, odpoczniemy, a po powrocie podpiszemy – tu postukał palcem w papiery – i każde pójdzie w swoją stronę.
Nie chciałam się kłócić. Skinęłam tylko głową, choć na samą myśl o spędzeniu dwóch tygodni w jego towarzystwie czułam niepokój. Kiedyś byliśmy w sobie zakochani niemal do szaleństwa. Teraz dzieliła nas przepaść zbudowana z niedopowiedzeń, pretensji i żalu. Moja kwiaciarnia, którą prowadziłam od pięciu lat, pochłonęła mnie bez reszty. Miałam pełne ręce roboty, jak to przy prowadzeniu własnego biznesu. Tomasz z kolei uciekł w długie nadgodziny w biurze projektowym. Przestaliśmy rozmawiać, przestaliśmy się zauważać, staliśmy się współlokatorami. No, ale zgodziłam się na te ostatnie wspólne wakacje, licząc na to, że chorwackie widoki zrekompensują jego towarzystwo.
Zrujnowane małżeństwo w luksusowym apartamencie
Pierwsze dni były dokładnie takie, jak się obawiałam. Nasz apartament z widokiem na lazurowe morze był piękny, ale nam nie było dane się tym cieszyć. Spaliśmy na brzegach ogromnego łóżka, uważając, by przypadkiem się nie dotknąć. Rano jedliśmy śniadanie na tarasie w absolutnym milczeniu. Ja nerwowo sprawdzałam w telefonie wiadomości od mojej pracownicy, Zosi, Tomasz wpatrywał się w morskie fale, milcząc. Każda wymiana zdań ograniczała się do kwestii logistycznych.
Pytania o to, o której wychodzimy, co dzisiaj zwiedzamy albo gdzie zjemy obiad, brzmiały chłodno i bezosobowo. Trzeciego dnia każde z nas wybrało się na samotne zwiedzanie. Zaczynałam żałować, że nie zostawiłam tych pieniędzy w biurze podróży. Ta wycieczka wydawała się przedłużaniem agonii naszego małżeństwa.
Pod koniec pierwszego tygodnia mieliśmy jednak zarezerwowany samochód, którym planowaliśmy pojechać w góry, z dala od turystycznego zgiełku wybrzeża. Tomasz zaproponował trasę prowadzącą przez małe, zapomniane wioski, ukryte w surowym krajobrazie Dalmacji. Zgodziłam się, mając nadzieję, że zmiana otoczenia trochę urozmaici ten monotonny wyjazd.
– Wzięłaś może mapę? – zapytał, kiedy przejechaliśmy już jakieś 50 kilometrów.
– Nie, a ty? – odpowiedziałam pytaniem.
– No, właśnie zapomniałem – westchnął.
– Przecież mamy nawigację – rzuciłam, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Oby zasięg nas nie zawiódł – skomentował tylko i zamilkł.
Nie ma mapy, nie ma sieci
Słońce prażyło niemiłosiernie. Wjechaliśmy w górzysty, niemal księżycowy krajobraz. Z każdym kilometrem droga stawała się coraz węższa. Podziwiałam surowe piękno tych gór, na chwilę zapominając o kwiaciarni i niedokończonych sprawach w Polsce. W pewnym momencie asfalt przeszedł w szutrową drogę, a samochód zaczął podskakiwać na nierównościach. Spojrzałam na telefon. Brak sieci. Nawigacja zatrzymała się, a ekran się zawiesił.
– Tomasz, chyba się zgubiliśmy – powiedziałam, czując rosnące zaniepokojenie. – Nie mam zasięgu. Gdzie my właściwie jesteśmy?
– Właśnie widzę, że coś nie działa. Nie wiem, gdzie jesteśmy – zatrzymał samochód i rozejrzał się dookoła. Byliśmy na całkowitym pustkowiu. Dookoła tylko skały, wypalona słońcem trawa i dźwięk cykad.
– Co teraz robimy? – zapytałam, a w moim głosie nie było pretensji, tylko szczera bezradność.
– Musimy po prostu jechać przed siebie. Droga musi prowadzić do jakiejś osady. Najwyżej zawrócimy – powiedział spokojnie, uśmiechając się lekko. To był pierwszy uśmiech, jaki zobaczyłam u niego podczas tego wyjazdu.
Ruszyliśmy przed siebie i… zaczęliśmy rozmawiać. Na początku o niczym, o pogodzie, że gorąco i sucho, że zaraz nam się skończy woda, że krajobraz surowy, ale ciekawy, że samochód daje radę na nierównej drodze. Potem, zupełnie naturalnie, zeszliśmy na tematy, o których nie rozmawialiśmy od lat. Tomek opowiedział mi o jakiejś zabawnej sytuacji z pracy, a ja, po raz pierwszy od miesięcy, szczerze się roześmiałam. Zrozumiałam, jak bardzo brakowało mi jego głosu, gdy nie był przepełniony żalem.
Aparat rzucony w kąt powraca do łask
Za kolejnym zakrętem ukazał nam się niesamowity widok. Zatrzymaliśmy się na krawędzi wzniesienia. W dole rozciągała się maleńka dolina z kilkoma kamiennymi domami, a w oddali, między szczytami gór, widać było ciemnogranatowy pas morza.
Tomasz wysiadł z samochodu, podszedł do bagażnika i ku mojemu zaskoczeniu, wyciągnął z niego swoją starą torbę fotograficzną. Kiedyś fotografia była jego największą pasją. Spędzaliśmy godziny na spacerach, podczas których szukał idealnego światła, a ja cieszyłam się jego obecnością. Od dawna aparat tylko zbierał kurz w szafie. Nawet nie wiedziałam, że zabrał go na wyjazd.
– Światło jest teraz niesamowite – powiedział niemal do siebie, składając obiektyw.
Stanęłam z boku i obserwowałam, jak jego twarz się zmienia, jak mruży oczy, łapiąc kadr, jak jego ruchy stają się pewne i pełne zaangażowania. Przypomniałam sobie mężczyznę, w którym zakochałam się dziesięć lat temu. Mężczyznę z pasją, z błyskiem w oku. Zrobiło mi się niewymownie smutno, że pozwoliliśmy, by proza życia i pogoń za sukcesem odebrały nam tę najcenniejszą w życiu relację.
– Staniesz tam, na tle tej oliwki? – zapytał nagle, odrywając wzrok od wizjera.
Zaskoczona, posłusznie poszłam we wskazanym kierunku.
– Uśmiechnij się. No, ale nie tak oficjalnie – parsknął. – Tak, jak tylko ty potrafisz – dodał cicho.
Poczułam, że na policzkach rozlewa mi się ciepły rumieniec.
Życie bywa trudne i piękne, jak te góry
W końcu dojechaliśmy do wioski w dolinie. Zobaczyliśmy stary, kamienny dom, przed którym na drewnianej ławce siedziało starsze małżeństwo. Obok znajdował się mały straganik z domowymi przetworami. Postanowiliśmy zapytać o drogę. Zatrzymaliśmy auto i podeszliśmy do nich.
Oboje mieli twarze poorane głębokimi zmarszczkami, ale ich oczy były pogodne i oboje serdecznie się do nas uśmiechnęli. Zapytaliśmy po angielsku, jak dojechać do głównej drogi. Zrozumieli, ale zamiast nam po prostu wytłumaczyć, starsza kobieta gestem zaprosiła nas do drewnianego stołu stojącego w cieniu ogromnego drzewa figowego.
– Odpocznijcie – powiedziała łamanym angielskim. – Słońce mocno grzeje.
Zanim zdążyliśmy odmówić, przed nami pojawiły się dwa kubki z zimną, źródlaną wodą, a na talerzu wylądował świeży chleb, domowy ser i garść dojrzałych fig. Usiedliśmy z nimi do stołu, byliśmy bardzo spragnieni i też już głodni. Obserwowałam, jak stary mężczyzna podaje swojej żonie najładniejszą figę z koszyka, a ona podaje mu z czułością kromkę pieczywa. W tych drobnych gestach kryło się tyle czułości i troski, że aż ścisnęło mnie w gardle.
Zerknęłam na Tomasza. On też na nich patrzył. Pomyślałam o mojej pracy, o tym, jak każdego wieczoru wracałam do domu zmęczona, a od progu zaczynałam na męża burczeć. Przypomniałam sobie, jak proponował mi wspólne spędzenie czasu, film, wyjście, a ja zawsze wymijałam się natłokiem zawodowych obowiązków. To ja pierwsza zaczęłam się oddalać. A on w którymś momencie się wycofał. Wpadliśmy w pułapkę własnych zaniedbań.
– Długo jesteście państwo razem? – Tomasz zwrócił się nagle do starszego mężczyzny.
– Pięćdziesiąt lat. Życie bywa trudne, jak te góry – wskazał dłonią na skaliste szczyty dookoła. – Ale jeśli trzymasz się za ręce, nie spadniesz w przepaść.
Te słowa mnie uderzyły. Do oczy napłynęły mi łzy. Szybko odwróciłam wzrok, udając, że poprawiam włosy.
Zawsze można zacząć od nowa
Gospodarze narysowali nam mapę i serdecznie nas pożegnali. Droga powrotna minęła nam w milczeniu, oboje pogrążyliśmy się w myślach. Zbliżał się wieczór, a niebo nad Adriatykiem przybierało odcienie fioletu, różu i złota. Gdy dojechaliśmy do wybrzeża, Tomek zatrzymał samochód blisko punktu widokowego nad samą krawędzią klifu. Wyszliśmy z auta. Podeszliśmy do barierki, za którą roztaczał się zapierający dech w piersiach widok.
– Przepraszam – powiedziałam, zanim zdążyłam to przemyśleć. Słowo zawisło w powietrzu, ale czułam, że muszę kontynuować. – Przepraszam za to, że cię odepchnęłam… Że wybrałam pracę…
Tomasz spojrzał na mnie. Pierwszy raz od dawna patrzył tak, że miałam pewność, że mnie widzi. Że widzi we mnie kobietę, która kiedyś pokochał.
– Ja też przepraszam – odpowiedział cicho. – Uciekłem... Zamiast ci powiedzieć, co czuję, udawałem, że twój chłód mnie nie obchodzi. Że ty mnie nie obchodzisz. A obchodzisz. Cały czas…
Spojrzeliśmy sobie w oczy. Tomasz wyciągnął rękę i delikatnie ujął moją dłoń. Czułam jakbym po długiej rozłące spotkała wreszcie najlepszego przyjaciela. Zrozumiałam, że rozwód nie będzie rozwiązaniem problemów. Będzie tylko ucieczką przed trudną pracą, jaką musieliśmy wykonać, by naprawić nasz związek.
Drugi tydzień wakacji wyglądał inaczej. Przestałam kompulsywnie sprawdzać telefon, Tomek już nie odpływał myślami zapatrzony w dal. Zaczęliśmy wspólnie korzystać z wakacyjnych uroków, zwiedzaliśmy, jedliśmy smakołyki, kąpaliśmy się w morzu. I rozmawialiśmy. Dużo rozmawialiśmy. To nie tak, że problemy zniknęły. Po prostu uświadomiliśmy sobie, że tylko razem możemy je rozwiązać.
Gdy po czternastu dniach wróciliśmy do Polski, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, był telefon do prawnika, z którego usług postanowiliśmy zrezygnować. Tomek słuchał, jak z nim rozmawiam, a potem uśmiechnął się szeroko i przyciągnął mnie do siebie. Przed nami jeszcze dużo pracy. Ale wiem jedno – wakacje, na które pojechaliśmy tylko z oszczędności, uratowały to, co było w naszym życiu najcenniejsze.
Marika, 37
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy w sklepie zobaczyłam, jak były mąż kupuje meble ogrodowe z kochanką, zżarła mnie zazdrość. Zrobiłam coś głupiego”
- „Wziąłem ślub młodo, by uciec przed apodyktyczną matką. Szybko się zorientowałem, że wpadłem z deszczu pod rynnę”
- „Moje życie wydawało się idealne. Wszystko rozsypało się, gdy zajrzałam do starego tabletu mojego męża”



























