Nikt mi nie kazał jechać do Niemiec na sezon. Sama to zaproponowałam, bo liczby były nieubłagane. Nie było nas stać na coś własnego. Mieszkanie w Rzeszowie, o którym rozmawialiśmy z Mariuszem przy każdej wspólnej kolacji, kosztowało tak wiele, że nie dalibyśmy rady uzbierać na nie z dwóch pensji w Polsce. Ktoś w pracy wspomniał, że na porzeczkach da się zarobić więcej niż przez trzy miesiące w kraju, i tak to się zaczęło.
WIDEO…
Miałam swój plan
Pakowałam walizkę wieczorem przed wyjazdem, a Mariusz siedział na łóżku i patrzył, jak wkładam kremy do opalania, gumowe rękawiczki, stare trampki, których nie byłoby mi żal, jeśli się zniszczą.
– Wrócisz stamtąd jako inna kobieta – powiedział wtedy, pół żartem, pół serio.
– Wrócę bogatsza o kawałek naszego mieszkania – odpowiedziałam i pocałowałam go na dobranoc, nie wiedząc, że to będzie jeden z ostatnich wieczorów, kiedy będę pewna, że wszystko między nami jest tak, jak powinno być.
Przyjechałam tu, bo mieliśmy plan. Mariusz został w Polsce, pracował na budowie, ja wyjechałam na sezon do Niemiec, na porzeczki, bo płacili naprawdę nieźle jak na tę pracę. Mieszkanie w Rzeszowie, na które zbieraliśmy, kosztowało więcej niż bylibyśmy w stanie uzbierać razem.
Codziennie wstawałam o piątej. Krzaki porzeczek nie mają litości, kolce wpijają się w skórę, a słońce od dziewiątej praży tak, że czapka z daszkiem nic nie daje. Pracowałam po dziesięć, dwanaście godzin, z przerwą na kanapkę, którą jadłam kucając między rzędami krzewów, bo nie było czasu wracać do baraku. Dzwoniłam do Mariusza wieczorami, kiedy już nie czułam pleców.
– Tęsknię – mówiłam.
– Ja też, skarbie. Trzymaj się, już niedługo wracasz.
Czasem odbierał zdyszany, mówił, że właśnie wracał z pracy albo że wyszedł z kolegami, bo trzeba czasem odetchnąć. Wierzyłam mu, bo nie miałam powodu do podejrzeń. Dlaczego miałabym mu czegokolwiek zabraniać, kiedy sama byłam setki kilometrów od niego.
Podejrzewałam kłamstwo
Stałam pod plandeką, bo właśnie zaczęło kropić, i pierwszy raz od trzech tygodni miałam pięć minut przerwy. Moje palce były czerwone od zaschniętego soku. Telefon w końcu połączył się z internetem po dwóch dniach ciszy na niemieckiej wsi. Otworzyłam aplikację, bo chciałam tylko zobaczyć, czy Mariusz coś napisał. Nie napisał. Ale wyskoczyło mi zdjęcie, na którym był oznaczony.
Impreza urodzinowa jego kolegi z pracy. On z kuflem, uśmiechnięty jak nigdy przy mnie, a przy nim kobieta, której nie znałam. Z ręką na jego ramieniu, twarzą przy jego twarzy. Stałam tak z telefonem, deszcz walił w plandekę, a ja czułam, jak serce zaczyna bić mi coraz szybciej.
Powiększyłam zdjęcie, chociaż wiedziałam, że to tylko zaboli mnie bardziej. Ta kobieta miała na sobie sukienkę, jakby to była jakaś elegancka okazja, nie zwykłe wyjście z kolegami. Ręka na jego ramieniu nie wyglądała przypadkowo. On się uśmiechał tak, jak uśmiechał się do mnie na początku, kiedy się poznaliśmy.
Napisałam do niego. „Co to za zdjęcie z urodzin Krzyśka?”. Odpisał po dwudziestu minutach, które ciągnęły się jak cały dzień w słońcu. „Aha, to Natalia, kuzynka Krzyśka. Fajna dziewczyna, dużo się śmiała, siedzieliśmy razem, bo akurat tak były wolne miejsca”. Brzmiało to gładko. Zbyt gładko. Podejrzewałam kłamstwo.
„A czemu masz taki uśmiech, jakbyś się dobrze bawił?”. „Bo się dobrze bawiłem, Patrycja, to była impreza. Co, mam teraz smutną minę robić na zdjęciach, żebyś się nie czepiała?”. Zamknęłam telefon i wróciłam do rzędu porzeczek. Ręce mi drżały, ale nie od zmęczenia.
Straciłam poczucie sensu
Tego wieczoru zadzwoniłam do niego z baraku, kiedy inne dziewczyny już spały. Mówiłam szeptem, żeby nikogo nie budzić.
– Mariusz, powiedz mi prawdę. Coś się dzieje między wami?
– Patrycja, ja nie wierzę, że ty teraz, po tym co ja tu robię, żebyśmy mieli na to mieszkanie, robisz mi scenę o jakieś zdjęcie.
– Nie robię scen. Pytam.
– Nic się nie dzieje. Jesteś daleko, to sobie wymyślasz różne rzeczy. To normalne, że tęsknisz, ale nie wyżywaj się na mnie.
Brzmiało to tak, jakby to była moja wina, że coś zauważyłam. Odłożyłam telefon i długo patrzyłam w sufit baraku, na plamę wilgoci, która przypominała mapę jakiegoś kraju, w którym nigdy nie byłam. Nazajutrz wróciłam do zbierania, ale coś się we mnie zmieniło. Wcześniej każdy koszyk porzeczek liczyłam jako kolejny krok do naszego mieszkania. Teraz liczyłam je bez żadnego celu, mechanicznie, jakbym to co robię, nie miało żadnego sensu.
Chciałam w niego wierzyć
Z Ewą, dziewczyną z sąsiedniego łóżka, zaczęłam rozmawiać wieczorami, kiedy nie mogłam spać. Ona też miała chłopaka w Polsce, ale mówiła o tym z dystansem, jakby już wiedziała, że coś jest nie tak.
– Wiesz, jak to jest – powiedziała kiedyś, obierając jabłko scyzorykiem. – Jak jedziesz na sezon, to sprawdzasz, kto naprawdę czeka.
– Mariusz czeka – powiedziałam, ale głos mi się załamał.
– To dobrze. Ja swojego złapałam na kłamstwie już drugi raz. Mówił, że był u mamy, a mama mi powiedziała, że nie widziała go od miesiąca.
Patrzyłam na nią i myślałam, że ja przecież nie mam żadnego dowodu, tylko zdjęcie i przeczucie. Ale przeczucie ciążyło mi jak kamień. Parę dni później wzięłam sobie do serca słowa Ewy o sprawdzaniu. Postanowiłam upewnić się, czy na pewno nie mam się o co martwić. Odszukałam profil tej dziewczyny ze zdjęcia. Był publiczny, ale prawie pusty. Znalazłam tylko jedno aktualne zdjęcie. Ona i Mariusz w kinie, data tydzień po tym, jak mówił mi, że siedzi w domu, bo boli go krzyż od pracy.
Miałam tego dość
Stałam wtedy na polu, koszyk był już pełny, świeciło popołudniowe słońce. Nie płakałam. Byłam zbyt zmęczona, żeby płakać. Myślałam o wszystkich wieczorach, kiedy dzwoniłam i on był zdyszany, o tych wymówkach, o tym, jak ostatnio częściej pisał niż dzwonił, bo pisząć łatwiej się kłamie.
Myślałam o tym, jak moje ręce wyglądają teraz, spękane, poobijane od krzaków. Uświadomiłam sobie, że plecy bolą mnie już tak bardzo, że nie mogę się wyprostować bez jęku, a on w tym czasie chodził do kina z kuzynką kolegi, która nagle przestała być kimś poznanym przypadkowo. Zadzwoniłam do niego wieczorem, spokojnie, bez krzyku.
– Byłeś z Natalią w kinie.
Cisza po drugiej stronie trwała dłużej niż powinna.
– Patrycja, to nie tak, jak myślisz.
– A jak? Powiedz mi, jak to jest, bo ja tu zbieram porzeczki po dwanaście godzin dziennie, żebyśmy mieli mieszkanie, a ty chodzisz do kina z jakąś dziewczyną i mówisz mi, że boli cię krzyż.
– To był jeden raz, nic się nie stało, po prostu potrzebowałem odetchnąć, ty jesteś daleko, ja jestem cały dzień sam...
– Sam? Z kuzynką kolegi w kinie to nazywasz samotnością?
Nie odpowiedział. To milczenie powiedziało mi więcej niż każde jego słowo przez ostatnie tygodnie.
Wróciłam jako ktoś inny
Wróciłam do baraku i siedziałam na łóżku, patrząc na dłonie, które przez cały sezon pracowały dla wspólnego celu, a ten właśnie rozpadł się na kawałki. Ewa przyniosła mi herbatę bez słowa, postawiła tylko kubek na stołku obok i wyszła na chwilę na dwór, żeby dać mi spokój.
Nazajutrz poszłam do pracy jak zawsze, bo opłacony wcześniej powrót był zaplanowany za trzy tygodnie. Poza tym nie miałam gdzie się schować przed tym bólem. Wolałam zanurzyć się w rzędach krzaków i po prostu przestać czuć cokolwiek innego. Zbierałam porzeczki i myślałam, że ten sezon miał znaczenie, miał sens, a teraz to tylko owoce we wiadrze, za które ktoś mi zapłaci, i nic więcej.
Mariusz pisał jeszcze kilka razy, tłumaczył się, mówił, że to nic nie znaczyło, że mnie kocha, że popełnił błąd, bo się bał, że wrócę odmieniona, zahartowana pracą, i że on czuł się porzucony. Czytałam te wiadomości w przerwach na kanapkę i nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać z tego powodu.
Nie odpisywałam mu przez tydzień. Skupiłam się na zbieraniu, bo to było jedyne, co się teraz dla mnie liczyło – koszyk, waga, pieniądze na koncie. Gdy sezon się skończył, wróciłam do Polski sama. On nie czekał na mnie na dworcu, chociaż wcześniej planowaliśmy, że przyjedzie po mnie z kwiatami. Zamiast tego wzięłam taksówkę do mamy, nie do niego i długo siedziałam w kuchni, pijąc herbatę. Mama parzyła ją w milczeniu, bo widziała, że nie trzeba pytać, co się stało.
Do tej pory nie wiem, czy mieszkanie, na które tak ciężko pracowałam, będę kiedykolwiek dzielić z kimś innym, czy zostanie tylko marzeniem sprzed jednego zdjęcia w telefonie, które zmieniło wszystko w środku upalnego popołudnia na polu porzeczek.
Minęło kilka miesięcy. Pieniądze z sezonu leżą na koncie, osobnym, tylko moim. Mariusz odezwał się jeszcze parę razy, ale coraz rzadziej, jakby sam zrozumiał, że nie ma po co pisać. Czasem, kiedy myję ręce i widzę, że skóra na palcach wciąż jest szorstka po tamtym sezonie, myślę, że to dobrze, że coś zostało.
Chociaż nie ma już jego ani naszego wymarzonego mieszkania, to jestem teraz ja, inna niż przed wyjazdem, mniej gotowa, żeby komuś uwierzyć na słowo, bardziej czujna, kiedy ktoś próbuje zbyć mnie kłamstwem. Nie wiem, czy pojedę na kolejny sezon. Ale wiem, że jeśli pojedę, to już tylko dla siebie.
Patrycja, 24 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W ciągu 2 lat szwagier pożyczył od nas 150 tysięcy. Ten cwaniak cudze pieniądze wydaje łatwiej niż swoje własne”
- „Od kiedy mąż zarabia w funtach, szwagierka ma nas za egoistów. A ja po prostu nie chcę dawać jej kolejnych pożyczek”
- „3 lata zbierałam na remont kuchni, a mąż przelał moje pieniądze siostrze. Teraz mogę pomarzyć o nowych kafelkach”



























