Reklama

Kiedyś myślałam, że starość będzie spokojna. Że będę pić herbatę na balkonie i czekać na odwiedziny wnuczki. I faktycznie, kiedy Julia była mała, bywała u mnie często. Rysowała serduszka, mówiła: „babciu, jak będę duża, to cię zabiorę do Paryża”. Trzymałam ją wtedy za rączkę i wierzyłam, że tak będzie.

Ale coś się zmieniło. Może to świat się zmienił, może ja, a może ona. Z biegiem lat Julia zaczęła pojawiać się coraz rzadziej. A jak już przychodziła, to z uśmiechem i... interesem. Żeby pożyczyć. Na studia. Na projekt. Na ważną sprawę. I za każdym razem obiecywała, że odda.

Nie chodzi o te pieniądze. Ja już wiele w życiu przeszłam, ale boli, że przestałam być dla niej kimś ważnym. Stałam się bankomatem. W tym roku, przed Dniem Babci, powiedziałam Beacie – swojej córce: „Nie chcę, żeby Julia przychodziła”. Nie wierzyła. Myślała, że żartuję. Ale ja nie żartowałam. W tym roku postanowiłam nie otworzyć drzwi.

Córka myślała, że żartuję

– Mamo, nie wygłupiaj się – usłyszałam Beatę przez telefon. – Przecież Julia cię kocha, tylko… no wiesz, teraz takie czasy. Młodzi są zabiegani, zajęci...

– Zajęci sobą – przerwałam jej. – Ale jak potrzebuje pieniędzy, to ma czas, żeby napisać SMS-a. I to jak szybko! Nawet przecinka nie postawi, ale numer konta zna na pamięć.

Beata westchnęła.

– Może po prostu chciałaby się z tobą zobaczyć? Złożyć życzenia, przytulić cię…

Niech się przytula do swojego chłopaka, a nie do mnie, kiedy ma pusty portfel. Ja już swoje przytulenia od niej dostałam. W listopadzie. Pięć minut czułości i prośba o „małą pożyczkę na projekt”. A potem co? Zdjęcia z imprezy. W klubie. Z szampanem!

– Mamo… przesadzasz...

– Nie! – warknęłam, czując, że ręce mi drżą. – Przestań ze mnie robić wariatkę. Ona nawet nie wie, kiedy mam urodziny.

Po drugiej stronie słyszałam tylko ciszę.

– A może to ja jestem głupia? Może to ja ją rozpuściłam? Ale wiesz co, Beatka? Dość mam tej gry pozorów. Nie będę udawać, że wszystko jest dobrze, kiedy nie jest. Nie otworzę jej tych drzwi. Nawet jeśli przyniesie kwiaty i najdroższe czekoladki.

– Mamo… – zaczęła Beata, ale już nie słuchałam.

Rozłączyłam się. Serce waliło mi jak młotem. Czy ja naprawdę oszalałam? Czy to świat oszalał wokół mnie? – pomyślałam, wpatrując się w zdjęcie małej Julii z laurką: „Najlepszej babci na świecie”.

Udawałam, że mnie nie ma

Domofon zadzwonił o 11:06. Dokładnie wtedy, kiedy włożyłam ciasto do piekarnika. Spojrzałam przez wizjer. Julia. Stała pod drzwiami, trzymając w ręce czerwony tulipan i pudełko czekoladek – te najdroższe, które zawsze dawała mi zawsze.

Nie odezwałam się. Nie drgnęłam. Stałam za drzwiami, nawet nie oddychając głośno. Julia nacisnęła przycisk domofonu raz. Potem drugi. I trzeci. Zaczęła coś mówić, ale nie słyszałam co.

W końcu wyciągnęła telefon. Pewnie próbowała zadzwonić, ale zostawiłam go w kuchni, a dźwięki miałam wyłączone. Udawałam, że mnie nie ma. Udawałam… chociaż ona wiedziała. Zawsze wiedziała, że w Dzień Babci jestem w domu.

Julia zaczęła się rozglądać. Poprawiła włosy, popatrzyła na pudełko w ręce, potem odłożyła je ostentacyjnie na wycieraczkę. Patrzyłam przez wizjer. Miałam gulę w gardle. Jej twarz powoli przestawała być uśmiechnięta. Najpierw zdziwienie. Potem lekkie zirytowanie. A na końcu – chłodna obojętność.

Po kilku minutach odwróciła się i zeszła po schodach. Stałam tak jeszcze chwilę. Jeśli teraz się ugnę, nigdy nie zrozumie. Muszę to zrobić. Dla siebie – powtarzałam w myślach.

Chciałam sięgnąć po telefon. Napisać jej choć jedno zdanie. Ale nie zrobiłam tego. Bo przecież wiem, co bym usłyszała, gdybym otworzyła drzwi. I wiem, co bym powiedziała.

– Wiem, że przyszłaś po coś, Julka. Powiedz od razu – ile tym razem?

Nagrała mi wiadomość

Telefon zadzwonił o 14:12. Numer Julii. Siedziałam wtedy w kuchni, z herbatą, która dawno wystygła. Patrzyłam w okno, jak śnieg powoli przykrywał chodnik. Nie odebrałam. Chciałam, ale... nie mogłam. Serce mi waliło, dłoń zawisła nad ekranem, ale coś mnie powstrzymało. Dzwoniła raz. Drugi. Trzeci.

Potem przyszła wiadomość głosowa.

„Cześć, babciu. Nie wiem, co się dzieje. Przyszłam z życzeniami, z prezentem, chciałam spędzić z tobą chwilę tego dnia… Ale skoro nie otworzyłaś, to okej. Widać znowu jesteś obrażona. W sumie nic nowego. Szkoda. Myślałam, że coś się zmieniło. Ale jak cię to uszczęśliwia – gratuluję.”

Odsłuchałam raz. Potem drugi. I trzeci. Głos miała spokojny, ale wyczułam chłód. Ten sam chłód, który czułam, kiedy ostatnio wpadła na piętnaście minut, rzuciła komplement i zaczęła opowiadać o „ważnym projekcie”. Ten sam chłód, który pojawiał się zawsze, kiedy nie dostała tego, po co przyszła.

Nie wspomniała w tej wiadomości ani słowem, że mnie kocha. Że się martwi. Że chce porozmawiać. Tylko o tym, że jestem „obrażona”. Jakbym była dzieckiem, które strzeliło focha.

Ona nic nie zrozumiała – pomyślałam gorzko. Ani trochę. Dla niej to teatr. Kolejna rola do odegrania. Wstałam i wyrzuciłam pudełko czekoladek do kosza.

Wiem, że chodziło tylko o kasę

To było we wrześniu. Przyszła niespodziewanie, w środku tygodnia. Miała rozpuszczone włosy, pachniała drogimi perfumami. Usiadła przy stole i zaczęła mówić, zanim zdążyłam zapytać, co się stało.

– Babciu, mam taki projekt na studiach… ważny, bardzo. Grupa badawcza, sprzęt, wyjazd do Berlina. Potrzebuję tylko trochę pieniędzy. Tylko trochę. Obiecuję, że oddam. Naprawdę.

Spojrzałam na nią. Nie słuchała, co odpowiadam. Mówiła dalej, jakby recytowała wyuczoną rolę. O tym, że to szansa, że nie chce prosić mamy, bo Beata „nie rozumie”, że wszystko drożeje.

Podeszłam do szafki, wyciągnęłam kopertę. Miałam tam odłożone na nowe okulary i rachunki. Wzięła ją z uśmiechem.

– Jesteś najlepsza, babciu. Kocham cię!

To „kocham cię” tak jakoś zawisło w powietrzu. Jak słowo wypowiedziane nie w tym miejscu. Nie brzmiało jak wyznanie, tylko jak zaklęcie: „kocham cię, daj mi”. Zamyśliłam się.

A potem... potem zobaczyłam na Instagramie zdjęcie. Julia w sukience za kilkaset złotych, kieliszek szampana, podpis: „Tak się świętuje sukces!”. A w komentarzach serduszka, ognie i: „Bogini!”.

Projekt w Berlinie? To było kłamstwo. Kiedy spotkałyśmy się tydzień później, powiedziałam tylko jedno:

– Nie o pieniądze chodzi, Julka. Chodzi to, że kłamiesz prosto w oczy.

Uśmiech zgasł jej z twarzy. Milczała. A ja wiedziałam, że właśnie podjęłam decyzję: to był ostatni raz. Koniec.

Wnuczka miała pretensje

Zadzwoniła do drzwi bez zapowiedzi. Cztery dni po Dniu Babci. Stałam w kuchni, w szlafroku, parzyłam herbatę. Gdy zobaczyłam ją przez wizjer – już nie z kwiatkiem, nie z czekoladkami, tylko z zaciętą miną i skrzyżowanymi ramionami – wiedziałam, że przyszła nie z miłością, tylko po wyjaśnienie. Albo raczej na konfrontację.

Otworzyłam.

– W końcu – rzuciła, wchodząc do przedpokoju, jakby mieszkanie było jej. – Chciałam dać ci szansę, żebyś się wytłumaczyła, ale nie – wolisz bawić się w obrażoną księżniczkę.

Zamknęłam drzwi powoli. Bez słowa. Szła przed siebie do pokoju, jakby to ona była właścicielką.

– Myślisz, że mnie zranisz tym swoim milczeniem? A może chcesz, żebym cię błagała?

Usiadłam na fotelu. Spojrzałam na nią spokojnie.

– Nie chcę, żebyś błagała, Julka. Chcę, żebyś przyszła, nawet jak nic nie potrzebujesz.

Zamarła. W końcu pierwszy raz się zawahała.

– Przyszłam, prawda?

– Przyszłaś z pretensjami.

Zmarszczyła brwi. Zacisnęła usta.

– Dla ciebie zawsze wszystko musi być na pokaz. Czekasz, aż ludzie się domyślą, że ci przykro, a jak tego nie robią, to ich karzesz. Milczeniem, wyrzutem. Jesteś taka jak mama.

Zabolało. Mocno. Ale nie dałam po sobie poznać.

Może i jestem starą babą – powiedziałam cicho – ale wiem, kiedy ktoś przychodzi z sercem, a kiedy interesownie.

Julia sięgnęła po płaszcz.

– Wiesz co, nie wiem, po co tu przyszłam. Myślałam, że mi wybaczysz. Ale ty wolisz się pastwić.

– Wybaczę co, Julka?

Zamilkła. Spuściła wzrok. Posłałam jej spojrzenie, którego nie da się pomylić z żadnym innym: rozczarowanie zmieszane z żalem. Wyszła, trzaskając drzwiami. A ja zostałam sama.

Regina, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama