Reklama

Nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że nie jestem z tych babć, co pieką serniki na każde święta i mają pełen dom wnuków, którzy ustawiają się w kolejce po ciepłe naleśniki. Mam jedną wnuczkę. Karolinę. I przez większość jej życia byłam dla niej kimś… zbędnym.

Mieszkam sama w bloku na obrzeżach miasta. Długo byłam księgową, a teraz na emeryturze... no cóż, życie toczy się wolniej. Czasem odwiedzi mnie sąsiadka, czasem pójdę na spacer do parku. Ale w sercu – samotność. Córka wyjechała za granicę kilka lat temu. Wysyła smsy, czasem dzwoni. Karolina została w Polsce, studiuje – tak przynajmniej mówiła ostatnio. Ale nasze relacje? Jakbyśmy żyły w dwóch światach.

Pamiętam, jak ją brałam na ręce, kiedy była maleńka. Pachniała mlekiem, ciepłem, nowym życiem. A potem… potem przyszła druga babcia. Zamożniejsza, bardziej elegancka, z domem z ogrodem i prezentami. Karolina zawsze lgnęła do niej. A do mnie? No cóż, dzwoniła z obowiązku. Przynajmniej tak to czułam.

W Dzień Babci zwykle nie liczę na wiele. Może smsa. Może telefon. Ale tego dnia... wydarzyło się coś, co na chwilę dało mi nadzieję. A potem ją zniszczyło.

Wnuczka mnie zaskoczyła

– Dzień dobry, babciu! – usłyszałam tuż za drzwiami i aż mnie zatkało.

Karolina. Stała tam. Zimowe słońce odbijało się od jej jasnych włosów, w rękach trzymała naręcze różowych tulipanów. Aż musiałam się złapać za framugę.

– Karolcia… ty do mnie? – wydusiłam z siebie i poczułam, że coś mięknie mi w środku.

– No pewnie! Dziś twoje święto, babciu. Przyszłam, bo… bo zawsze byłaś dla mnie wyjątkowa. Tylko ja tego chyba nie umiałam wcześniej powiedzieć.

Objęła mnie tak mocno, że aż łzy napłynęły mi do oczu. Pachniała waniliowymi perfumami. Wpuściłam ją do środka, cały czas w lekkim oszołomieniu. Usiadła przy stole, zaczęła opowiadać. Że na uczelni ciężko, że jest zamęt z czesnym, że wszystko drogie. A potem spojrzała na mnie z takim błyskiem w oku, jakiego dawno nie widziałam.

– Wiesz, babciu, czasem mam wrażenie, że wszyscy mnie zostawili. Mama daleko, tata zajęty sobą… Nie wiem, do kogo iść, a ty jesteś taka ciepła, taka… moja.

Czułam, jak moje serce topnieje. Jak głupia, pomyślałam, że może wreszcie mnie doceniła.

Wyciągnęłam portfel z kredensu, drżącą ręką wyjęłam 1500 zł i podałam jej.

– Masz, dziecko. Nie licz na nikogo, babcia zawsze ci pomoże.

Karolina rzuciła mi się na szyję, a ja – jak naiwna – uśmiechałam się przez łzy.

Okłamała mnie

Kilka dni później postanowiłam zadzwonić do Magdy – mojej córki. Tak po prostu, żeby się pochwalić. Że Karolina była. Że w końcu… że może coś się między nami zmieniło.

– Karolina u mnie była – powiedziałam z dumą. – Przyniosła kwiaty, przytuliła mnie... Powiedziała, że czesne ma do zapłacenia, że ciężko jej. Dałam jej trochę pieniędzy, na pomoc, wiesz...

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Mamo… ale jakie czesne? – usłyszałam po chwili. – Karolina przecież rzuciła studia pół roku temu.

Zakręciło mi się w głowie.

– Co? Przecież mówiła… mówiła, że musi zapłacić do końca miesiąca…

– Mamo, ona teraz pracuje dorywczo, coś z influencerami. Żadnej uczelni już nie ma. Myślałam, że ci mówiła.

Nie. Nie mówiła. Kłamała. Spojrzałam na puste miejsce przy stole, gdzie kilka dni temu siedziała, śmiejąc się i mówiąc, że jestem dla niej ważna.

Czułam, jak coś we mnie pęka. Czyli mnie oszukała? Zagrała na moich emocjach? Jak bardzo trzeba nie szanować drugiego człowieka, żeby tak bez mrugnięcia okiem…? – dudniło mi w głowie.

Zaparzyłam sobie herbatę, ale nawet nie czułam jej smaku. Wzięłam album ze zdjęciami Karoliny. Patrzyłam na te małe rączki, uśmiechniętą buzię w warkoczykach i pytałam siebie:

– Gdzie się podziała ta dziewczynka? I kim właściwie jestem dla tej, którą wpuściłam tu kilka dni temu?

To był0 okrutne

W sobotę poszłam na imieniny do kuzynki Hani. Rodzina, hałas, dzieci biegające po dywanie. Siadłam w kącie z herbatą, nie miałam siły na rozmowy. Karolina też tam była – zaskoczyło mnie to. Nie spodziewałam się jej.

Siedziała z kuzynką Basią na kanapie. Obie śmiały się głośno, zbyt głośno jak na mój gust. Chciałam tylko przejść obok, do łazienki. Ale wtedy usłyszałam swoje imię. Zatrzymałam się. Nie chciałam podsłuchiwać. Ale coś mnie przykuło.

– …i co, dała ci? – Basia chichotała.

– No pewnie – odpowiedziała Karolina. – 1500 jak nic. Wystarczyło przytulić, rzucić tekst, że ją kocham i że jestem zagubiona. Jak dziecko, serio. Aż mi głupio było przez chwilę, ale potem pomyślałam, że w sumie… sama się pchała z tą kasą.

Poczułam, jakby mi ktoś w brzuch przyłożył. Ścisnęło mnie. Zamarłam. Stałam jak wmurowana, przytrzymując się futryny.

– Serio? – dopytywała kuzynka z niedowierzaniem.

– A co, nie wierzysz? – Karolina roześmiała się. – Dziadki mają poczucie winy, że byli nieobecni całe życie. Wystarczy zagrać na emocjach. Kwiatki, buziak i już masz kasę w ręce.

Nie wiem, co mnie pchnęło, ale podeszłam do nich i spojrzałam na nią.

– Słyszałam.

Zbladła. Cała się napięła. Basia wstała jak oparzona.

– Babciu, to nie tak… – zaczęła Karolina, ale ja podniosłam rękę.

– Nie tłumacz. Nie próbuj robić ze mnie idiotki jeszcze raz.

I wyszłam. Ale w środku coś się we mnie zawaliło. Już nie tylko było mi przykro. Czułam… wstyd. I złość. I taką pustkę, że aż nie umiem jej opisać.

Wnuczka nie widziała problemu

W kolejny weekend zadzwoniłam do Karoliny. O dziwo – odebrała. Głos miała pewny, bez cienia wstydu.

– Babciu?

– Chciałabym z tobą porozmawiać. Spokojnie. Możesz przyjechać?

Przyjechała. Bez kwiatów, bez uśmiechów. Usiadła przy stole, jakby nic się nie stało.

– Co się dzieje?

Dlaczego mnie okłamałaś? – zapytałam cicho. – Dlaczego powiedziałaś, że potrzebujesz pieniędzy na czesne, skoro już nie studiujesz?

Wzruszyła ramionami.

– Oj, babciu, przecież to tylko pieniądze. Masz ich tyle, a i tak siedzisz sama w tym mieszkaniu.

– A ty przyszłaś, żeby wyjąć z niego, co się da?

Milczała. Zerkała na okno, na swoje paznokcie. Na wszystko, byle nie na mnie.

– Wiesz, co było najgorsze? – zapytałam, próbując utrzymać głos. – Że przez chwilę poczułam się potrzebna. Myślałam, że mnie kochasz. Że to spotkanie coś znaczy. Że może… odzyskam cię.

– Babciu, nie dramatyzuj. Daj spokój. Życie jest, jakie jest. Każdy coś kombinuje.

Zamknęłam oczy. Serce mi waliło. To był moment, kiedy przestałam być babcią. Zostałam starą kobietą, która dała się nabrać.

– Karolina, jeśli kiedyś przyjdziesz do mnie jeszcze raz… to tylko wtedy, gdy naprawdę będziesz chciała porozmawiać. Bez kłamstw. Bez gierek.

– Jasne. – Wstała. – To chyba tyle?

Nie odpowiedziałam. Wyszła, trzaskając drzwiami. Stałam jeszcze chwilę przy stole. I po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że może lepiej nie mieć nikogo, niż wierzyć w coś, czego nigdy nie było.

Było mi przykro

Wieczorem usiadłam w fotelu i bezwiednie sięgnęłam po stary album. Na zdjęciach Karolina miała może trzy latka. Kucyki, kokardki, zęby mleczne wystające z szerokiego uśmiechu. Trzymała mnie wtedy za rękę. Patrzyłam na to zdjęcie długo, aż kontury zaczęły mi się rozmywać.

– Może to moja wina? – wyszeptałam w pustkę. – Może nie byłam taką babcią, jaką powinnam?

Podniosłam słuchawkę i zadzwoniłam do Grażyny, sąsiadki z piętra.

– Cześć, Gieniu. Przepraszam, że tak późno… Chciałam pogadać chwilkę. O Karolinie…

– Co się stało, Teresko?

– Już nie wierzę w czułe słówka. Myślałam, że mnie kocha. A ona tylko przyszła po pieniądze. Jak do bankomatu.

Grażyna milczała przez chwilę.

– Może miała zły dzień? Młodzi ludzie robią głupoty. Przejdzie jej.

– Nie, Gieniu. Ona nie miała złego dnia. Ona miała plan.

Zamilkłyśmy obie. W słuchawce było tylko ciche „mmm…”, jakby ktoś kiwał głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. Nawet telewizora nie włączałam. Wstałam, sięgnęłam po portfel, otworzyłam go. Zajrzałam do środka – pusto. Nie tylko tam, ale i we mnie.

Teresa, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama