Reklama

To nie była kwestia mąki, cukru czy liczby jajek. Gdyby chodziło tylko o składniki, dawno bym odpuściła i kupiła ciasto w najlepszej cukierni w mieście. To była gra o władzę, o pozycję w rodzinie, o serce mojego męża, które – jak się okazało – prowadziło przez żołądek prosto do kuchni jego matki. Każdego roku, gdy na stole lądowała ta idealna, wilgotna, pachnąca cytrusami babka, czułam się jak ktoś gorszy. Jak obcy element, który nigdy nie dorówna legendzie. Postanowiłam, że tym razem nie odpuszczę. Musiałam zdobyć ten przepis, choćbym miała go wykraść w środku nocy.

To była babka idealna

Wszystko zaczęło się, zanim jeszcze zostałam oficjalnie żoną Tomka. Pamiętam moją pierwszą Wielkanoc w domu jego rodziców. Dom lśnił czystością tak sterylną, że bałam się usiąść na kanapie, by nie zburzyć idealnego układu poduszek. Na stole pyszniły się rzeżucha, krochmalony obrus i rodowa porcelana, wyciągana z kredensu tylko na specjalne okazje. Jadwiga, moja przyszła teściowa, siedziała na szczycie stołu niczym królowa matka, dyrygując rodziną za pomocą subtelnych gestów. Atmosfera była podniosła, niemal nabożna, ale wszyscy – łącznie z teściem – czekali na ten jeden moment: wjazd deseru.

Kiedy Jadwiga wreszcie wniosła na stół babkę, rozmowy ucichły. Ciasto wyglądało niepozornie. Ot, zwykły wypiek drożdżowy z lukrem spływającym po bokach. Żadnych fajerwerków. Ale kiedy pierwszy kęs trafił do moich ust, zrozumiałam, o co tyle hałasu. Była niesamowita. Puszysta jak chmurka, wilgotna, maślana, z nutą wanilii i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam zidentyfikować – jakimś ulotnym aromatem, który sprawiał, że chciało się mruczeć z zadowolenia.

– Mamo, przeszłaś samą siebie – mruknął Tomek z pełnymi ustami, przymykając oczy z rozkoszy. – Kamila, spróbuj, to jest smak mojego dzieciństwa.

Uśmiechnęłam się, przytakując, ale w środku poczułam ukłucie zazdrości. Wiedziałam, że choćbym ugotowała najbardziej wykwintne obiady, ta prosta babka zawsze będzie dla niego numerem jeden. Przez pierwsze dwa lata małżeństwa próbowałam to ignorować. Kupowałam ciasta w renomowanych piekarniach, piekłam serniki, mazurki. Tomek jadł, chwalił, był wdzięczny, a ja łudziłam się, że wygrywam ten ranking. Ale zawsze, absolutnie zawsze, przy wielkanocnym śniadaniu u teściów padało to zdanie:

– No, wreszcie prawdziwe jedzenie.

To nie było złośliwe. On po prostu kochał ten smak. Ale dla mnie stało się to obsesją. Chciałam, żeby w naszym domu też pachniało „prawdziwym jedzeniem”. Czułam się jak wiceliderka w wyścigu, w którym meta wciąż się oddalała.

Poprosiłam o przepis

W tym roku postanowiłam działać metodycznie. Do Wielkanocy został miesiąc. Uznałam, że to wystarczająco dużo czasu, by podejść Jadwigę sposobem. Zaczęłam od komplementów. Podczas niedzielnych obiadów zachwycałam się jej kuchnią, wypytywałam o zioła, o marynowanie mięsa. Jadwiga, łasa na pochwały, chętnie dzieliła się wiedzą, pusząc się jak paw.

Pewnego popołudnia, przy herbacie w jej salonie, uznałam, że grunt jest przygotowany.

– Mamo – zaczęłam, starając się brzmieć naturalnie. – Tomek tak strasznie tęskni za tą maminą babką wielkanocną. Pomyślałam, że w tym roku chciałabym go zaskoczyć i upiec ją sama w domu. Mogłabym prosić o przepis?

Jadwiga odstawiła filiżankę na spodek. Dźwięk porcelany uderzającej o porcelanę w nagłej ciszy zabrzmiał jak wystrzał. Spojrzała na mnie znad okularów. Jej twarz pozostała nieprzenikniona, ale w oczach dostrzegłam błysk tryumfu.

– Och, kochanie – powiedziała miękko, ale w tym tonie wyczułam stal. – To bardzo słodkie z twojej strony. Ale wiesz, to stary przepis. Rodzinny.

– No właśnie dlatego chciałabym się go nauczyć – naciskałam, uśmiechając się szeroko. – Żeby tradycja przetrwała. Przecież jestem teraz rodziną.

Jadwiga westchnęła ciężko, z teatralną rezygnacją.

– Widzisz, Kamilko, problem w tym, że ja nie mam tego nigdzie zapisanego. Wszystko robię na oko. Tyle mąki, ile zabierze ciasto. Tyle mleka, żeby było ciepłe, ale nie gorące. To kwestia czucia w rękach, a nie gramatury. Obawiam się, że spisanie tego jest niemożliwe.

Zacisnęłam pięści pod stołem. „Na oko”. Najstarsza wymówka świata.

– Mogłabym przyjść i patrzeć, jak robisz – zaproponowałam szybko. – Zrobiłabym notatki. Stanęłabym w kącie, nie przeszkadzałabym.

Teściowa zaśmiała się krótko, sucho.

– W kuchni nie lubię tłoku, moje dziecko. Rozprasza mnie to. Poza tym, po co masz się męczyć? Przecież zawsze piekę dużą blachę, dla was też starczy. Tomek przyjedzie, zje u mnie.

Zrozumiałam przekaz. Nie chodziło o brak zapisków. Chodziło o to, że Tomek miał przyjeżdżać do niej. To był jej as w rękawie, sznurek, którym trzymała syna przy sobie. Poczucie porażki piekło mnie w gardle.

Wróciłam do domu zła

Skoro nie mogłam dostać przepisu, postanowiłam go odtworzyć metodą inżynierii wstecznej. Przez kolejne dwa tygodnie nasza kuchnia zamieniła się w laboratorium. Kupiłam dziesięć kilogramów mąki, zgrzewki jajek i drożdże z trzech różnych źródeł. Przeszukiwałam internet i stare książki kucharskie, wpisując frazy: „wilgotna babka drożdżowa”, „sekretny składnik babki”.

– Kochanie, co tu się dzieje? – zapytał Tomek, wchodząc pewnego wieczoru do kuchni.

Blat był posypany mąką, w zlewie piętrzyły się miski, a ja siedziałam na podłodze przed piekarnikiem, hipnotyzując rosnące ciasto.

– Piekę – warknęłam, nie odrywając wzroku od szyby.

– Widzę. Ale dlaczego mamy pięć babek na stole? Kto to zje?

– Ty – oznajmiłam, wstając. Ukroiłam kawałek z trzeciej próby. – Masz, próbuj. Czy to smakuje jak u twojej matki?

Tomek spojrzał na mnie z przerażeniem. Wiedział, że stąpa po cienkim lodzie. Wziął kawałek, przeżuł powoli.

– Dobre – powiedział ostrożnie. – Naprawdę smaczne.

– Ale? – drążyłam.

– Ale... trochę bardziej suche. I mniej żółte. Mama daje chyba jakieś inne jajka.

– Inne jajka – powtórzyłam głucho. – Oczywiście. Jajka od szczęśliwych kur, które słuchają Mozarta.

Wyrzuciłam resztę ciasta do kosza. Czułam, że Jadwiga doskonale wie, co robię, i śmieje się w duchu, wiedząc, że nigdy jej nie dorównam. Moja ambicja krwawiła.

Szwagierka też nie znała przepisu

Tydzień przed Wielkanocą spotkałam się z siostrą Tomka, Anetą. Aneta była zupełnym przeciwieństwem matki – chaotyczna, głośna, wiecznie spóźniona. Spotkałyśmy się na kawie w galerii.

– Wyglądasz na zmęczoną – stwierdziła.

– Próbuję upiec babkę – wyznałam, patrząc tępo w stół. – Tę babkę. Twojej matki.

Aneta parsknęła śmiechem tak głośno, że ludzie przy sąsiednich stolikach się odwrócili.

– O boże, dziewczyno. Daj sobie spokój. Ja próbowałam przez pięć lat. Pięć lat! Raz nawet ukradłam jej mąkę, żeby sprawdzić, czy to nie jakaś specjalna mieszanka sprowadzana z Włoch.

– I co?

– I nic. Wyszła mi cegła. Matka ma jakiś pakt z diabłem albo dodaje tam czegoś, o czym nie mamy pojęcia.

Zaśmiałyśmy się obie, ale w moim śmiechu była gorycz.

– Ona twierdzi, że robi to „na oko” – powiedziałam.

– Bzdura – machnęła ręką Aneta. – Matka jest pedantką. Wszystko ma wyliczone co do grama. Widziałaś jej szafę? Skarpetki ułożone kolorami. Myślisz, że w kuchni idzie na żywioł? Nie ma mowy. Ona ma ten przepis gdzieś zapisany. Jestem tego pewna.

To jedno zdanie dało mi nową nadzieję. Jeśli przepis jest zapisany, to znaczy, że fizycznie istnieje. Wiedziałam, że Jadwiga ma taki stary, poplamiony brulion w skórzanej oprawie. Widziałam go raz czy dwa, kiedy wyciągała instrukcje do piernika.

– Wiesz co, Aneta? – powiedziałam, czując przypływ adrenaliny. – Jedziemy do niej w Wielki Piątek pomagać w przygotowaniach, prawda? W tym roku ja zajmę się kuchnią. Mam plan.

Miałyśmy cwany plan

Wielki Piątek nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Tomek pojechał z ojcem porządkować garaż, Aneta z ulgą zajęła się myciem okien, a ja zostałam sam na sam z Jadwigą. Teściowa krzątała się między piekarnikiem a blatem, a zapach drożdży i wanilii drażnił moje nozdrza.

– Kamilko, pokrój proszę jajka do żurku – poprosiła, nie odwracając się. – Tylko drobno.

– Oczywiście, mamo.

Kroiłam jajka, obserwując ją kątem oka. Wyrabiała ciasto z taką wprawą, jakby grała na pianinie. W pewnym momencie w salonie zadzwonił telefon stacjonarny. Jadwiga skrzywiła się, wytarła ręce i poszła odebrać. To była moja szansa. Rzuciłam nóż i podbiegłam do kredensu na palcach, modląc się, żeby podłoga nie skrzypnęła. Prawa szuflada. Były tam serwetki, stare rachunki... Jest! Pod stosem wycinków leżał on. Brulion w brązowej oprawie.

Drżącymi rękami otworzyłam go. Kartki były pożółkłe, pismo Jadwigi staranne. Szarlotka, sernik, makowiec... Gdzie to jest?

„Babka wielkanocna”. Znalazłam. Strona 42.

Wyciągnęłam telefon. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że obraz na ekranie skakał. Klik. Zrobiłam jedno zdjęcie. Drugie dla pewności. Mam go.

Czego tam szukasz, Kamilko?

Głos Jadwigi był cichy, spokojny, ale sprawił, że omal nie upuściłam telefonu. Zamarłam. Powoli odwróciłam się w jej stronę. Stała w drzwiach kuchni. Nie wyglądała na złą. Wyglądała na... smutną.

– Ja... – zaczęłam, czując, jak czerwień zalewa mi twarz. Głos uwiązł mi w gardle. – Szukałam serwetek. Żeby wytrzeć blat.

Jadwiga podeszła do mnie powoli. Wyjęła mi brulion z rąk, a potem delikatnie wysunęła telefon z moich palców. Spojrzała na otwartą stronę zeszytu, a potem na mnie.

– Nie kłam, dziecko. To nieładnie. I niegodne.

Chciałam zapaść się pod ziemię

Czułam się jak uczennica przyłapana na ściąganiu. Wszystkie moje dorosłe ambicje i walka o pozycję nagle wydały mi się żałosne. W tym momencie byłam tylko wścibską, nieuczciwą synową.

– Przepraszam – szepnęłam, a łzy stanęły mi w oczach. – Ja po prostu... Tomek tak bardzo lubi to ciasto. Chciałam mu zrobić przyjemność. Chciałam pokazać, że też potrafię. Że jestem dobrą żoną.

Jadwiga zamknęła zeszyt i położyła go na blacie. Odetchnęła głęboko, patrząc przez okno.

– Myślisz, że dlaczego nie dałam ci tego przepisu? – zapytała.

– Bo chciałaś mieć kontrolę – wypaliłam, zanim ugryzłam się w język. – Bo chciałaś, żeby przyjeżdżał do ciebie. Żebyś wciąż była najważniejsza.

Teściowa uśmiechnęła się smutno.

– Też. Masz rację. Jestem zaborczą matką, wiem o tym. Trudno jest oddać jedynego syna innej kobiecie. Ale to nie jest jedyny powód.

Podeszła do miski z ciastem.

– Spójrz na ten przepis na zdjęciu, które zrobiłaś.

Zerknęłam na telefon. Lista składników była banalna: mąka pszenna, mleko, drożdże, żółtka, masło, cukier, skórka z cytryny. Nic egzotycznego.

– To zwykłe ciasto drożdżowe – powiedziała Jadwiga. – Nie ma tam żadnego sekretnego składnika. Żadnej magii.

– To dlaczego moje wychodzi inne? – zapytałam z desperacją. – Robiłam z takich samych proporcji! Próbowałam wszystkiego!

Jadwiga wskazała mi krzesło.

– Bo ty się spieszysz, Kamilko. Ty pieczesz z zegarkiem w ręku, z termometrem, z ambicją. Chcesz osiągnąć cel, odhaczyć zadanie. A ciasto drożdżowe... ono czuje emocje. Może to brzmi jak zabobon starej baby, ale tak jest. Ja to ciasto wyrabiam dwadzieścia minut. Ręcznie. Nie mikserem. Czuję, jak zmienia się pod palcami, jak staje się elastyczne. Daję mu czas wyrosnąć dwa razy. Nie wkładam do piekarnika z termoobiegiem, tylko piekę góra-dół, powoli.

Milczałam, analizując swoje próby. Faktycznie, zawsze używałam robota na najwyższych obrotach, bo było szybciej. Zawsze poganiałam ciasto.

– I jest jeszcze jedna rzecz – dodała ciszej Jadwiga. – Ten przepis dostałam od mojej mamy, krótko przed jej śmiercią. Kiedy piekę tę babkę, myślę o niej. O tym, jak stałyśmy razem w kuchni. To ciasto smakuje wspomnieniami, a nie składnikami. Tomek to czuje, bo kojarzy mu się z bezpieczeństwem, z domem. Ty chcesz podrobić smak jego wspomnień, a to niemożliwe. Nigdy nie będziesz mną, i całe szczęście.

Kamila, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama