Serce matki zawsze dostrzega w dziecku tego maluszka, którego kiedyś nosiło się na rękach i karmiło. Nawet kiedy syn był już dorosły, zawsze odczuwałam silną potrzebę roztaczania nad nim opieki. Z czasem zrozumiałam jednak, że nie tędy droga. Boleśnie przekonałam się, że podtykanie dziecku wszystkiego pod nos i usuwanie z jego życia wszelkich przeszkód to prosty przepis na wychowanie… nieroba. Nigdy nie sądziłam, że powiem tak o własnym synu, ale w końcu musiałam spojrzeć prawdzie w oczy i podjąć najtrudniejszą decyzję.

WIDEO

player placeholder

Robiłam dla niego wszystko

Kuba był moim jedynym dzieckiem. Zaszłam w ciążę, kiedy byłam na studiach i nie zdążyłam ich dokończyć. Z jego ojcem byliśmy w związku od roku, on również studiował. Gdy tylko dowiedział się, że będziemy mieli dziecko, postanowił załapać się na wymianę studencką i oświadczył, że wyjeżdża. Nigdy już nie wrócił do Polski. Zostałam sama z małym dzieckiem, bez perspektyw i planów na przyszłość.

Obiecałam sobie, że nie dopuszczę do tego, żeby mój syn znalazł się kiedykolwiek w takim położeniu. Chciałam dać mu wszystko i wychować go na dobrego człowieka. Na początku pomagała mi przy nim mama, a kiedy ona odeszła, a Kuba poszedł do żłobka, zatrudniłam się jako kasjerka w sklepie. Później znalazłam drugi etat i pracowałam na dwie zmiany, byle tylko zapewnić Kubusiowi jak najlepsze warunki.

Zobacz także:

Minus był taki, że nie spędzałam z nim zbyt wiele czasu. Jednak obiecałam sobie, że niczego mu nie zabraknie. I tak też było. Zawsze miał nowe, porządne ubrania, a między zmianami gotowałam mu dwudaniowy obiad.

 Od kiedy poszedł do szkoły, szybko zaczął opuszczać się w nauce. Nie miałam czasu na siedzenie z nim po lekcjach, a korepetycje przekraczały możliwości mojego budżetu. Dlatego też, kiedy stanął przed wyborem liceum, zasugerowałam mu technikum. Przekonałam go, że jeśli nie dostanie się na uniwersytet, to przynajmniej będzie miał już jakiś fach w ręku.

Tak też się stało. Kuba ledwo zdał maturę i skończył technikum, ale na upatrzone studia na politechnice już się nie dostał. Nie ubolewał specjalnie z tego powodu. Tłumaczył, że chce sobie zrobić przerwę w nauce i znaleźć pracę. Nie protestowałam. Pomyślałam, że nauka nie ucieknie, a Kuba ma już jakieś wykształcenie i może w pracy pójdzie mu lepiej niż w szkole. Byłam taka naiwna.

Próbowałam do niego dotrzeć

Kuba nie kwapił się do znalezienia pracy. Przypominał mi swojego ojca, który nie stronił od uciech, ale gdy tylko pojawiła się konieczność wzięcia odpowiedzialności za rodzinę, od razu się wymigał. Kuba nie był lepszy, chociaż długo nie chciałam tego przyznać sama przed sobą.

Kiedy ja wciąż pracowałam na dwie zmiany i harowałam ponad własne siły, Kuba spał do południa. Gdy wracałam do domu, by zrobić obiad, on jeszcze nawet nie zjadł śniadania. Nie chciało mu się gotować, tak jak nie chciało mu się robić czegokolwiek innego w domu. Nie sprzątał, nie zmywał naczyń, nie pomagał mi w niczym.

Zaczęło mi to przeszkadzać. Byłam wykończona pracą i przerażoną ponurą wizją przyszłości mojego dziecka, które nic sobie z tego nie robiło. Próbowałam z nim rozmawiać.

– Kuba, mam dla ciebie propozycję – zagadnęłam go któregoś popołudnia przy obiedzie. – Mąż Teresy, mojej koleżanki z pracy, szuka kogoś do pracy na magazynie w hurtowni elektrotechnicznej. Mógłbyś trochę dorobić i poznać zawód.

– Poznać zawód? – obruszył się Kuba. – Na magazynie? Mamo, nie po to się tyle uczyłem, żeby robić jako magazynier. Jakby mieli dla mnie pracę przy biurku, to bym się zastanowił.

– Kuba, ale do pracy przy biurku trzeba jakoś dojść. Pójść na studia.

– Mamo, przecież wiesz, że zabrakło mi punktów – odpowiedział zrezygnowany. – Poza tym wolę pracować na swoje. Może założę jakiś biznes…

– Biznes? – spojrzałam na niego z niedowierzaniem. – Kuba, musisz zacząć od czegoś w zasięgu twoich możliwości. Może zarejestrujesz się w urzędzie? Mają tam czasem dobre oferty pracy biurowej, jeśli tak ci na tym zależy.

– Mamo… – próbował się bronić.

– Nie, Kuba, dość tego. Zarejestrujesz się i koniec.

W końcu nie wytrzymałam

Kuba faktycznie zarejestrował się jako bezrobotny, ale nie trwało to długo. Wkrótce został skreślony z listy, o czym dowiedziałam się przypadkiem od koleżanki zatrudnionej w urzędzie. Od razu zrobiłam mu awanturę.

– Kuba, dlaczego nie przyjąłeś pracy z urzędu? – zapytałam rozgniewana, ledwo weszłam do domu.

– A to… – machnął ręką, jakby to było coś nieistotnego. – Mówiłaś, że będzie praca biurowa, a mieli tylko jakieś sortowanie paczek. Sama ciężka robota, to nie dla mnie.

– A co w takim razie jest dla ciebie? – spytałam ze złością. – Siedzenie na moim garnuszku, podczas gdy ja zaharowuję się na śmierć?

Poniosło mnie. Wiedziałam, że nie powinnam tego mówić, ale byłam zmęczona nieustanną pracą i sprzątaniem po Kubie. Syn mnie przeprosił i obiecał, że w końcu znajdzie jakąś pracę. Uwierzyłam mu. Byłam jego matką i musiałam go wspierać.

Myślałam, że po tamtej rozmowie coś do niego dotarło. Przez kilka dni zachowywał się inaczej, zmywał po sobie naczynia, prosił mnie o naniesie poprawek w jego CV. Wtedy byłam przekonana, że naprawdę się zmienił. Teraz widzę, że po prostu bał się utracić wygodne gniazdko w moim domu.

Szybko podjęłam decyzję

W kolejnych tygodniach nie widziałam żadnego postępu. Kuba twierdził, że wysyła aplikacje, ale bez żadnego odzewu. Nie był na ani jednej rozmowie kwalifikacyjnej. Nie interesował się także ofertą dodatkowych, bezpłatnych szkoleń, które mu polecałam. Wolał siedzieć przed komputerem lub z nosem utkwionym w telefonie.

Wieczorami znikał gdzieś ze znajomymi, wracał nad ranem i znów spał do południa. Przestał pomagać w domu. Ja z kolei znalazłam się w trudnej sytuacji. Sklep, w którym pracowałam, miał zostać zamknięty. Teresa przyszła mi na ratunek, składając ciekawą propozycję. Jej mąż dostał nową pracę w Norwegii, a ona sama miała tam znaleźć zatrudnienie jako opiekunka osób starszych. Spytała, czy wyjadę z nią.

Perspektywa większych zarobków i spokojniejszej pracy była dla mnie atrakcyjna, zwłaszcza, że przy okazji mogłam zobaczyć kawałek świata. Chciałam wyrwać się z szarej rzeczywistości i zarobić tyle, żeby w końcu zacząć żyć. Nie zastanawiałam się długo. Zostało mi tylko rozwiązanie sytuacji z Kubą. Postanowiłam szczerze z nim porozmawiać.

– Kuba, dostałam propozycję pracy za granicą – powiedziałam wprost, gdy jedliśmy kolację. – Chcę ją przyjąć, ale to oznacza, że zostaniesz tutaj sam. Bez mojego wsparcia.

– Ale zostawisz mi jakieś pieniądze? – zapytał wyraźnie zbity z tropu.

– Tak, zostawię – odparłam. – Ale tylko na pierwszy miesiąc. Opłacę rachunki i czynsz, zostawię trochę jedzenia. Później musisz sobie radzić sam.

– Ale mamo, jak to? – spytał z przerażeniem w oczach.

– Normalnie, jak każdy inny dorosły człowiek – odpowiedziałam spokojnie. – Pójdziesz do pracy i zarobisz na chleb. Zostawiam ci mieszkanie, to i tak dużo. Jeśli je zadłużysz, będziesz musiał się wyprowadzić. Zresztą, mam wgląd w rachunki i będę widziała, czy płacisz systematycznie. Jeśli zabraknine ci na opłaty, będę mogła pomóc, ale tylko pod warunkiem, że znajdziesz pracę.

Wiedziałam, że nie jest zadowolony z takiego obrotu spraw, ale ja już nie widziałam innego wyjścia. Wyleciałam do Norwegii po dwóch tygodniach, zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wypełniłam lodówkę na tyle, żeby starczyło mu na kilka tygodni poszukiwania pracy.

O nic się już nie martwię

Bałam się, że Kuba wpędzi mnie w długi i będę musiała posunąć się do ostateczności, wyrzucając go na bruk. W końcu jednak coś drgnęło. Któregoś dnia zadzwonił do mnie, że znalazł pracę w warsztacie. Prawie krzyknęłam z radości. Zarabiał tyle, żeby utrzymać się samemu w mieszkaniu, ja jedynie opłacałam czynsz. On pokrywał koszty rachunków. Z czasem znalazł sobie dziewczynę i zamieszkali razem. Teraz planują ślub.

A ja? Ja zadomowiłam się w Norwegii. Odpowiada mi wolniejsze tempo życia i spokojniejsza praca. Nie muszę stać za ladą, nie muszę harować na zapleczu. Po pracy często jeżdżę z Teresą na wycieczki po okolicy, zwiedzamy fiordy, podziwiamy przyrodę. Odłożyłam sobie tyle oszczędności, żeby zarezerwować wycieczkę do Grecji. Żyję pełnią życia, a przede wszystkim nie martwię się już o dorosłego syna. Wiem, że poradzi sobie beze mnie i to jest bezcenne uczucie.

Danuta, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: