Kiedy dostałem ten projekt, byłem zachwycony. Wreszcie coś naprawdę dużego — wielomilionowa inwestycja, rewitalizacja miejskiego parku. Przez pierwsze kilka tygodni pracowałem z autentyczną pasją. Każdego ranka budziłem się z nowymi pomysłami na rozmieszczenie stref relaksu, dobór roślinności, układ ścieżek rowerowych. Czułem, że to jest to. Moja życiowa szansa.
WIDEO…
Przestałem odbierać telefony
Ale potem zaczęły się schody. Miasto co chwilę zmieniało wytyczne. A to cięcia budżetowe, a to nagła zmiana koncepcji zagospodarowania terenu wokół stawu. Próbowałem spiąć to wszystko w jedną logiczną całość, nie tracąc przy tym swojej autorskiej wizji. I to mnie zgubiło.
Zacząłem zostawać po godzinach. Najpierw godzinę, potem dwie, potem siedziałem w biurze do późnej nocy. W domu tylko brałem prysznic i na kilka godzin kładłem się do łóżka, choć i tak nie mogłem zasnąć. W głowie wciąż układałem krawężniki i dobierałem gatunki traw ozdobnych. To trwało miesiącami. Z każdym tygodniem byłem coraz bardziej wyczerpany, ale też coraz bardziej zafiksowany na punkcie tego cholernego parku. Wydawało mi się, że jeśli odpuszczę choć na moment, wszystko się posypie. Jeśli nie dopracuję każdego najmniejszego detalu, projekt będzie do niczego, a moja kariera legnie w gruzach.
Przestałem odbierać telefony od znajomych. Odwoływałem spotkania w ostatniej chwili. Właściwie w ogóle przestałem wychodzić z domu w innych celach niż praca.
— Grzesiek, stary, ty wyglądasz jak śmierć na wakacjach — powiedział Kacper, kiedy wpadł do mnie bez zapowiedzi w zeszły czwartek.
Znaliśmy się jeszcze z czasów studiów. Był jedną z niewielu osób, które wciąż próbowały utrzymać ze mną kontakt, mimo że byłem dla niego podłym przyjacielem przez ostatnie pół roku.
— Nie przesadzaj — burknąłem, nie odrywając wzroku od ekranu komputera. — Po prostu mam dużo na głowie. Muszę skończyć te poprawki na wczoraj.
Kacper westchnął ciężko i podszedł bliżej.
— Od jak dawna nie spałeś dłużej niż cztery godziny?
— Nie wiem, nie liczę. Daj mi spokój, muszę to wysłać do jutra.
— Zadałem ci pytanie wczoraj wieczorem, pamiętasz? O to, czy idziemy w weekend na obiad.
Zamrugałem, próbując sobie przypomnieć. Kompletnie nic mi nie świtało.
— Nie pamiętasz, prawda? Zaczynasz mieć luki w pamięci. Chłopie, ty się wykończysz.
Zirytowałem się. Nie potrzebowałem teraz kazań.
— Kacper, wyjdź, dobra? Nie mam czasu na głupoty.
Spojrzał na mnie dziwnie, pokręcił głową i wyszedł. Myślałem, że da mi wreszcie spokój.
Zmarszczyłem brwi
Następnego dnia rano obudził mnie dzwonek do drzwi. Spojrzałem na zegarek — była siódma rano. Ledwo widziałem na oczy, bo położyłem się spać po trzeciej. Otworzyłem drzwi. Stał w nich Kacper, w dresie, z plecakiem i dziwnym uśmiechem na twarzy.
— Zbieraj się — zarządził, wchodząc do środka.
— Co ty gadasz? Gdzie? — wymamrotałem, przecierając oczy.
— Mamy pilne zlecenie. Klient zza miasta, gruba sprawa. Dzwonił wczoraj wieczorem, musimy tam jechać od razu. Płacą podwójnie za konsultację w weekend.
Zmarszczyłem brwi.
— Jakie zlecenie? Dlaczego dzwonił do ciebie?
— Bo do ciebie nie można się dodzwonić. Masz wyciszony telefon od tygodnia. Ubieraj się, nie ma czasu. Bierz buty w teren, bo będziemy łazić po jakichś nieużytkach.
Byłem tak zmęczony, że nawet nie miałem siły z nim dyskutować. Wizja podwójnej stawki podziałała na mnie motywująco. Projekt miejskiego parku chwilowo utknął w martwym punkcie przez brak decyzji z urzędu, więc mogłem sobie pozwolić na jednodniową ucieczkę. Wsiadłem do jego auta, ułożyłem głowę na oparciu fotela i od razu zasnąłem.
Byłem wściekły
Obudziłem się, gdy samochód zatrzymał się z szarpnięciem. Otworzyłem oczy i rozejrzałem się dookoła. Gdzie my u licha jesteśmy? Zamiast przedmieść z nieużytkami, widziałem las, strome zbocza i jakieś drewniane chaty w oddali.
— Gdzie jesteśmy? — zapytałem, czując rosnącą panikę.
— Wysiadka, panie architekcie — powiedział Kacper, gasząc silnik. — Witamy w Beskidzie Żywieckim.
– Co?! Jaki Beskid Żywiecki?! Gdzie to zlecenie?!
Kacper uśmiechnął się szeroko.
— Nie ma żadnego zlecenia. Zrobiłem cię w konia.
Krew uderzyła mi do głowy.
— Zwariowałeś?! Muszę wracać! Mam poprawki do projektu! Urząd czeka na rysunki!
— Urząd ma weekend. Nikt nie czeka na żadne rysunki do poniedziałku rano. A ty potrzebujesz resetu. Wysiadaj.
Byłem wściekły. Miałem ochotę go udusić. Chwyciłem za klamkę, chcąc wysiąść i zacząć szukać jakiegoś pociągu powrotnego. Ale uświadomiłem sobie, że nie mam przy sobie portfela ani ładowarki do telefonu, który zresztą pokazywał 10% baterii.
— Nienawidzę cię — warknąłem, trzaskając drzwiami.
Zjadłem ją w milczeniu
Pierwsza godzina marszu była koszmarem. Szedłem w milczeniu, zły na cały świat, a przede wszystkim na Kacpra. Każdy krok był wysiłkiem. Moje mięśnie, odzwyczajone od jakiegokolwiek ruchu, protestowały przy każdym podejściu. Ale z czasem coś zaczęło się zmieniać. Skupiony na stawianiu kolejnych kroków i łapaniu tchu, przestałem myśleć o projekcie. Przestałem analizować, czy ławki powinny być z drewna dębowego czy jesionowego. Zamiast tego zacząłem dostrzegać otoczenie.
Las był niesamowicie cichy. Słychać było tylko szum wiatru w koronach drzew i śpiew ptaków. Powietrze pachniało igliwiem i wilgotną ziemią. Było rześkie, czyste, zupełnie inne niż zaduch mojego biura. Zatrzymaliśmy się na polanie. Kacper wyciągnął z plecaka termos z kawą i dwie kanapki.
— Masz — powiedział, podając mi jedzenie.
Wziąłem kanapkę i usiadłem na pniu zwalonego drzewa. Zjadłem ją w milczeniu, patrząc na panoramę gór rozciągającą się przed nami.
— Wiesz, że zachowywałeś się ostatnio koszmarnie? — odezwał się nagle Kacper.
Spojrzałem na niego, zaskoczony jego szczerością.
— Może trochę — przyznałem niechętnie. — Ale ten projekt... to dla mnie ważne.
— Ważniejsze niż twoje zdrowie? Niż znajomi? Przecież ty z nikim nie rozmawiasz, tylko gapisz się w monitor.
Nie miałem nic na swoją obronę. Wiedziałem, że ma rację.
— Przepraszam — powiedziałem cicho. — Chyba rzeczywiście trochę się pogubiłem.
Kacper uśmiechnął się lekko i poklepał mnie po ramieniu.
— Dobra, koniec tego użalania się nad sobą. Idziemy dalej. Mamy jeszcze kawał drogi na szczyt.
Prawdziwe życie jest gdzie indziej
Reszta dnia minęła nam na wędrówce. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym – o studiach, o dziewczynach, o starych znajomych. Śmialiśmy się. Zdałem sobie sprawę, że dawno się tak nie śmiałem. Gdy dotarliśmy na szczyt, byłem kompletnie wykończony fizycznie, ale psychicznie czułem się lżejszy niż od miesięcy. Zmęczenie mięśni zagłuszyło gonitwę myśli w głowie.
Usiedliśmy na trawie, patrząc na zachodzące słońce. Nie myślałem o parku. Nie myślałem o krawężnikach ani o urzędnikach. Czułem tylko spokój. Wieczorem zeszliśmy do schroniska. Po zjedzeniu gorącej zupy od razu padłem na łóżko. Zasnąłem, zanim moja głowa dotknęła poduszki. Spałem całą noc, bez przerw, bez snów o architekturze.
Teraz, kilka dni później, wciąż pracuję nad projektem parku. Ale coś się zmieniło. Przestałem zostawać po godzinach. Przestałem traktować to jak kwestię życia i śmierci. Wiem, że to tylko praca. A prawdziwe życie jest gdzie indziej.
Grzegorz, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka pokazała mi, że starość to nie wyrok i jeszcze mogę zdobywać świat. Wystarczyło tylko wyjść z domu”
- „Siostra twierdzi, że w spadku po rodzicach wszystko jej się należało. A ja czuję, że zostałam przez nich oszukana”
- „Mam 53 lata i na starość zostałem ojcem. Ludzie wytykają mnie palcami, a ja skaczę pod sufit z radości”



























