Miał być weekend bez telefonu, bez maili, bez tego wibrującego w torebce urządzenia, który od dwóch lat rządziło moim życiem. Marta wypatrzyła w internecie ofertę: domek w lesie, żadnego zasięgu, tylko my i drzewa.

WIDEO

player placeholder

Potrzebowałam oddechu

– Musisz odpocząć – powiedziała. – Wyglądasz jak zombie z korpo reklamy.

Miała rację. Od kiedy awansowałam, spałam z laptopem pod poduszką w sensie metaforycznym, ale czasem też w bardzo dosłownym. Trzydzieści pięć lat, a czułam się na sto dwadzieścia. Wyjechałyśmy w piątek po południu. Domek okazał się urokliwy, drewniany, z piecem i widokiem na las, który wydawał się bezpieczna, dopóki nie postanowiłyśmy w sobotę rano wybrać się na dłuższy spacer.

Zobacz także:

– Tu jest ścieżka – powiedziała Marta, wskazując na coś, co według mnie było po prostu przerwą między krzakami.

Szłyśmy z godzinę, może dwie. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym, śmiałyśmy się, że nareszcie nie sprawdzam skrzynki mailowej. A potem zauważyłam, że ścieżka, którą szłyśmy, po prostu się skończyła.

– Gdzie jest ścieżka?

– Chyba tam – wskazała Marta gdzieś w las, bez przekonania.

Poszłyśmy na spacer

Stałyśmy chwilę w miejscu, obracając się wokół własnej osi jak dwie idiotki, które w mieście czują się paniami świata, a w lesie nie potrafią odróżnić północy od zachodu.

– Mam mapę offline w telefonie – powiedziałam z ulgą, wyciągając komórkę.

Bateria miała zero procent.

– Super. Genialnie – Marta usiadła na pniu i zaczęła się śmiać. – Miał być detoks cyfrowy, będzie detoks z życia.

Ja się nie śmiałam. Czułam, jak żołądek zaciska mi się w supeł. Nie ze strachu przed lasem, a z tego znajomego, korporacyjnego odczucia, że coś wymknęło się z kontroli i muszę to natychmiast opanować, tylko że tu nie było żadnego planu awaryjnego, żadnego zarządu do zawiadomienia. Szłyśmy jeszcze jakiś czas w kierunku, który wydawał się rozsądny.

Robiło się chłodniej

Zaczęłam żałować, że nie wzięłam cieplejszej bluzy. I wtedy usłyszałyśmy szczekanie. Pies wybiegł spomiędzy drzew pierwszy, jakiś kudłaty mieszaniec, a za nim mężczyzna w zielonej kurtce.

– Dzień dobry – powiedział spokojnie, jakby znalezienie dwóch zgubionych kobiet w środku lasu było najnormalniejszą rzeczą na świecie. – Zgubione?

– Delikatnie ujmując – odpowiedziała Marta.

Mężczyzna miał może czterdzieści lat, ciemne, trochę siwiejące na skroniach włosy i taki spokój w oczach, jakiego dawno nie widziałam u nikogo, z kim rozmawiałam. Ludzie, których znałam, mieli w oczach terminy, deadline’y, kalendarze pełne spotkań. On miał tylko las.

– Piotrek – przedstawił się. – Jestem strażnikiem. Ścieżka, którą szłyście, kończy się przy starym poziomicowym słupku, potem trzeba znać teren.

– To dobrze, że znamy pana – powiedziałam.

– Zaprowadzę was do drogi. To jakieś czterdzieści minut.

Straciłyśmy orientację

Szliśmy razem, pies biegał wokół nas, a Piotrek po drodze opowiadał, nie dlatego że musiał, ale bo widać było, że kocha ten las jak coś swojego.

– Ten dąb ma ponad dwieście lat – powiedział, kładąc rękę na korze, jakby witał się ze starym znajomym.

Słuchałam go i czułam coś, czego nie umiałam nazwać. Nie ekscytację, nie coś romantycznego w oczywistym sensie, tylko jakąś dziwną tęsknotę za czymś, o czym nie miałam pojęcia, że mi brakuje.

– A pan zawsze tu pracował? – zapytałam.

– Nie. Kiedyś siedziałem w biurze w Warszawie. Analiza finansowa, jakieś tam wskaźniki.

Zaskoczona, zatrzymałam się na chwilę.

– Pan? Analityk finansowy?

– Zdziwiona? – uśmiechnął się. – Osiem lat. Potem pewnego dnia po prostu poczułem, że jeśli spędzę jeszcze jeden dzień w tym biurze, to się rozpadnę na kawałki.

Coś w tym zdaniu uderzyło mnie tak mocno, że przez chwilę nie mogłam nic powiedzieć.

Dał mi do myślenia

Doszliśmy do drogi, skąd było już widać dach naszego domku. Marta odetchnęła z widoczną ulgą i zaczęła coś mówić o gorącej herbacie, ale ja właściwie jej nie słuchałam.

– Dziękuję – powiedziałam do Piotrka. – Serio. Nie wiem, co byśmy zrobiły.

– Prawdopodobnie w końcu znalazłybyście drogę – powiedział. – Las nie jest taki straszny, jak się wydaje, kiedy się go zna.

– A ja nie znam nawet swojego życia – powiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć, że to zabrzmiało zbyt szczerze dla kogoś, kogo znam pół godziny.

Spojrzał na mnie inaczej, jakby to zdanie coś w nim poruszyło.

– To brzmi znajomo.

Stałyśmy tam chwilę w milczeniu. Marta odchrząknęła i powiedziała, że pójdzie zaparzyć herbatę, i zostawiła nas samych.

– Może pan wpadnie na herbatę? – zapytałam, sama nie wiedząc, skąd ta odwaga. – W zamian za uratowanie dwóch idiotek z lasu.

Zaprosiłam go

Zawahał się, spojrzał na psa, potem na mnie.

– Mam jeszcze obchód, ale… może wieczorem. Znam dobre miejsce niedaleko na ognisko.

– Mamy drewno. Nie mamy pojęcia, jak je zapalić bez podpałki chemicznej, bo to miał być ekologiczny weekend.

Zaśmiał się, po raz drugi, i coś w tym śmiechu sprawiło, że poczułam się jak nastolatka, nie jak kobieta po trzydziestce, pracująca w korporacji, która od dwóch lat nie miała czasu na randkę, nie mówiąc o zauroczeniu nieznanym strażnikiem leśnym. Wieczorem przyszedł, tak jak obiecał. Rozpalił ognisko w kilka minut.

– Nie żałuje pan tamtego biura, tych pieniędzy? – zapytałam w pewnym momencie, kiedy Marta poszła po coś do domku.

– Czasem. Kiedy myślę o emeryturze – powiedział z uśmiechem. – Ale wtedy patrzę na to niebo i przestaje mi zależeć.

– Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio patrzyłam na niebo dłużej niż trzy sekundy.

– To smutne.

– Wiem.

Zaimponował mi

Patrzył na mnie przez chwilę i powiedział coś, co zapadło mi w pamięć na długo.

– Nie musi pani wybierać między jednym a drugim życiem. Ale musi pani przynajmniej raz na jakiś czas przypomnieć sobie, że ma pani wybór.

Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że przez ostatnie dwa lata nie pamiętałam, że wybór w ogóle istnieje? Marta wróciła, rozmowa zeszła na inne tematy, śmieliśmy się z czegoś, a Piotrek w pewnym momencie wstał, powiedział, że musi jeszcze sprawdzić jedną trasę przed nocą.

– Miłej reszty weekendu – powiedział, patrząc na mnie trochę dłużej niż na Martę. – I następny raz, jak wybierzecie się na spacer, weźcie naładowany telefon.

– Obiecuję.

Odszedł w ciemność, a ja siedziałam przy ognisku i czułam żal, że to spotkanie musiało się skończyć. W niedzielę wyjechałyśmy z domku bez większych wydarzeń.

– Widziałam, jak na niego patrzyłaś – powiedziała Marta w samochodzie, kiedy mijałyśmy ostatnie drzewa lasu.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Anka, znam cię piętnaście lat. Wiem, o czym mówię.

Odnalazłam siebie

Milczałam chwilę, patrząc przez okno na przemykające pola.

– Nawet nie wiem, co to było. Coś w nim przypomniało mi, że jestem człowiekiem, nie tylko kalendarzem spotkań.

– I to jest problem?

– Problem jest taki, że wracam w poniedziałek do biura, i o dziewiątej mam call z zarządem, i to jedyne, co naprawdę czeka na mnie w moim życiu.

Minęły dwa tygodnie. Kilka razy łapałam się na tym, że wpisuję w mapy nazwę tej wioski, sprawdzam odległość, zamykam aplikację, zanim zdążę pomyśleć coś więcej. Nie miałam numeru do Piotrka. Nie wymieniliśmy się. Ale coś się zmieniło. W pracy, na jednym z bezsensownych zebrań, kiedy szef mówił o kwartalnych wynikach, złapałam się na tym, że myślę o gwiazdach.

Zadzwoniłam do działu HR i zapytałam o zaległy urlop, którego nie wykorzystałam od dwóch lat. Nie wiedziałam jeszcze, dokąd pojadę, ale wiedziałam, że to nie będzie kolejny weekend przed laptopem. Piotrek pewnie już zapomniał o dwóch kobietach, które znalazł błądzące między drzewami. Ale ja nie zapomnę tego spokoju w jego oczach jeszcze bardzo długo.

Anna, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: