Miałem to wszystko przemyślane. Trzy dni w Tatrach, dobra pogoda, szlak na Morskie Oko, potem coś prostszego dla Kasi, bo wysokościowo różne rzeczy z nią przechodziłem. Wiedziałem, że moje dzieci – Ola, siedemnaście lat, i Marcin, piętnaście – nie są zachwycone tym wyjazdem. Od pół roku spotykam się z Kasią i od pół roku czuję, że chodzę po cienkiej linie, jeśli chodzi o nasze relacje.

WIDEO

player placeholder

Może wam się spodoba – powiedziałem w samochodzie, kiedy jechaliśmy z Krakowa. – Kasia dawno nie była w górach.

Ola nic nie odpowiedziała, tylko patrzyła w telefon. Marcin siedział z założonymi rękami i słuchawkami na uszach, choć nic nie grało. Kasia z przodu uśmiechała się do mnie, ale widziałem, że jest spięta. Powtarzała mi, że chce, żeby dzieci ją polubiły, że nie musi być od razu, ale żeby chociaż spróbowały. Nie wiedziałem, że to wyjdzie to gorzej, niż podejrzewałem.

Zobacz także:

Pierwszego dnia nie było najgorzej

Zakwaterowaliśmy się w pensjonacie w Zakopanem, małym, drewnianym, z widokiem na Giewont. Kasia od razu zaczęła fotografować wszystko – góry, drewniane balustrady, nawet dziergany obrus na stole. Ola zerknęła na mnie z takim wyrazem twarzy, jakby chciała powiedzieć: serio, tato?

Wieczorem usiedliśmy razem na kolację. Kasia próbowała nawiązać rozmowę.

– Ola, słyszałam, że zdajesz maturę w przyszłym roku. Jakie masz plany?

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziała Ola krótko, nie patrząc na nią.

Marcin bawił się widelcem, przesuwając jedzenie po talerzu. Czułem, jak Kasia stara się nie okazać, że ich zachowanie ją rani, ale widziałem to w jej oczach, w tym, jak zaciskała wargi po każdej takiej krótkiej odpowiedzi.

Po kolacji, kiedy dzieci poszły do swojego pokoju, Kasia zwróciła się do mnie.

Nie musisz się tłumaczyć za nich, Robert. Wiem, że to nie jest łatwe.

– Będzie lepiej – powiedziałem, choć sam nie wiedziałem, czy w to wierzę.

Na szlaku wszystko poszło nie tak

Drugiego dnia poszliśmy na szlak nad Morskie Oko. Była piękna pogoda, słońce odbijało się w wodzie, ludzie byli uśmiechnięci, turyści robili zdjęcia. Przez chwilę myślałem, że może uda się przetrwać ten wyjazd bez większych zgrzytów. Szliśmy razem, Kasia obok mnie, dzieci kilka metrów za nami. W pewnym momencie Ola zaczęła mówić do Marcina, głośno, tak żeby było słyszalne.

– Pamiętasz, jak mama zawsze robiła nam kanapki z tym swoim specjalnym sosem, kiedy chodziliśmy w góry? Nikt tak nie umiał gotować, jak ona.

– Tak, pamiętam doskonale – odpowiedział Marcin, wyraźnie się rozpogadzając. – I zawsze śpiewała tę śmieszną piosenkę na szlaku, pamiętasz?

Zaśmiali się razem, po raz pierwszy od dawna widziałem między nimi taką bliskość. Ale to trwało tylko chwilę, bo Ola dodała, patrząc wprost na Kasię.

– Szkoda, że nowe osoby nie znają takich rzeczy. Nasza mama była wyjątkowa.

Zobaczyłem, jak twarz Kasi się zmienia. Nie powiedziała nic, tylko przyspieszyła kroku, jakby chciała odsunąć się od nas.

– Ola – powiedziałem ostro. – Wystarczy.

– No co? Ja tylko wspominam mamę. Czy to jest teraz zabronione?

Marcin dodał, jakby chciał ją wsparć.

– No serio, tato, możemy nawet mówić o mamie? Czy teraz musimy udawać, że jej nie było?

Czułem się strasznie rozdarty

Kasia zwolniła, potem zatrzymała się przy skale, odwrócona do nas plecami. Kiedy podszedłem, zobaczyłem, że płacze, ale tak bardzo starała się to ukryć, że aż drżały jej ramiona.

– Kasiu, proszę...

Chcę wracać, Robert – powiedziała, nie odwracając się. – Nie mogę tego więcej słuchać.

– Przepraszam, dzieci nie chciały...

– Chciały. Dokładnie wiedziały, co robią. Mam dość.

Miała rację i to było najgorsze. Znałem swoje dzieci. Wiedziałem, kiedy naprawdę wspominają matkę z tęsknoty, a kiedy używają tego wspomnienia jak broni. Teraz to było to drugie.

Wróciłem do dzieci, które siedziały na kamieniu, Ola z rękami skrzyżowanymi, Marcin wpatrzony w ziemię.

Co wy narobiliście? – zapytałem, starając się nie krzyczeć, choć głos mi się łamał.

– Nic, tato. Po prostu wspominamy mamę. Nie wiedziałam, że to jakieś przestępstwo.

– Wiesz dobrze, że nie o to chodzi. Zrobiliście to specjalnie, żeby ją zranić.

Ola wstała, oczy jej błyszczały, ale nie ze smutku, z gniewu.

– A może chcemy, żebyś zobaczył, że ona nigdy nie zastąpi mamy? Że my nie musimy udawać, że ją lubimy, jeśli tak nie jest!

Nie było tu dobrego wyboru

Stałem między nimi, dosłownie i w przenośni. Kasia stała kilka metrów dalej. Jeszcze płakała, patrząc na mnie, jakby czekała, aż w końcu coś zrobię, że stanę po jej stronie tak, jak obiecałem, kiedy zaczynaliśmy razem to wszystko budować.

Dzieci patrzyły na mnie z innej strony, z tą samą nadzieją i tym samym oczekiwaniem, tylko przeciwnym.

– Ola, Marcin – powiedziałem w końcu, głosem, który sam ledwo rozpoznawałem. – Rozumiem, że tęsknicie za mamą. Ja też tęsknię. Codziennie. Ale to, co zrobiliście, było niesprawiedliwe wobec Kasi. Ona nie zrobiła wam nic złego.

– Ale ty ją wybrałeś zamiast nas – powiedziała Ola, i głos jej się załamał, mimo że starała się być twarda.

– Nie wybrałem jej zamiast was. Nigdy. Ale nie mogę pozwolić, żebyście ją krzywdzili, bo boli was, że życie płynie dalej.

Marcin nic nie powiedział, tylko wstał i odszedł kilka metrów, odwrócony do nas, patrząc w kierunku jeziora. Podszedłem do Kasi. Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc tylko ją objąłem. Nie odepchnęła mnie, ale też nie przytuliła się jak zwykle.

Chcę jechać do domu, Robert – powtórzyła, głosem cichym, zmęczonym. – Nie dam się traktować jak intruz w twojej rodzinie.

Nie jesteś intruzem.

– Właśnie że jestem. Dla nich zawsze będę.

Próbowałem znaleźć kompromis

Wróciliśmy do pensjonatu wcześniej, niż planowałem. Nikt się nie odzywał w samochodzie. Ola wpatrywała się w telefon, Marcin miał zamknięte oczy, może spał, może tylko udawał. Kasia siedziała obok mnie, patrząc przez okno, z miną, którą znałem już zbyt dobrze – miną kogoś, kto zdecydował, że więcej nie da się zranić.

Wieczorem, kiedy dzieci zamknęły się w swoim pokoju, usiadłem z Kasią na balkonie pensjonatu. Widok na góry, które kilka godzin wcześniej wydawały się takie obiecujące, teraz sprawiał, że czułem tylko ciężar.

Może to był błąd, że cię tu zabrałem – powiedziałem.

– Może błędem jest to, że myślisz, że da się to naprawić jednym wyjazdem – odpowiedziała, nie patrząc na mnie. – Robert, ja rozumiem żal po stracie. Naprawdę. Ale ja nie mogę być workiem treningowym dla ich bólu. Nie zasłużyłam na to.

– Wiem.

– To co teraz zrobimy?

Nie miałem odpowiedzi. Wiedziałem tylko, że nie mogę wybrać jednej strony całkowicie, że muszę znaleźć sposób, żeby dzieci przeszły przez swój żal bez rozbijania tego, co budowałem z Kasią. Ale w tamtej chwili, patrząc na jej twarz w świetle zachodzącego słońca, nie miałem żadnego pomysłu, jak to zrobić.

Jeszcze się nie poddałem

Wróciliśmy do Krakowa dzień wcześniej, niż planowaliśmy. Kasia się nie wyprowadziła, nie zerwaliśmy, ale coś między nami się zmieniło – jakby ta podróż, która miała nas zbliżyć, tylko pokazała, jak daleko jesteśmy od bycia jedną rodziną.

Rozmawiałem z Olą kilka dni później, sam na sam, przy kawie w kuchni.

– Wiesz, że to, co zrobiliście na szlaku, było okrutne? – zapytałem.

– Wiem – powiedziała po chwili, bardzo cicho. – Ale czasami jest mi tak trudno, tato. Widzę, że jesteś z nią szczęśliwy i czuję, jakbyśmy zapominali mamę.

– Nie zapominamy jej. Nigdy nie zapomnimy. Ale musisz zrozumieć, że Kasia nie jest twoim wrogiem.

Ola nie odpowiedziała, ale po raz pierwszy od miesięcy nie odwróciła wzroku.

Minęły tygodnie. Kasia i ja wciąż jesteśmy razem, ale coś się w niej zamknęło po tym wyjeździe, jakby postawiła między sobą i moimi dzieci mur, którego nie umiem jeszcze zburzyć. Czasami myślę, że może to i dobrze – może potrzebujemy czasu, żeby wszyscy nauczyli się żyć w tej nowej układance, bez pretensji, bez rywalizacji o to, kto bardziej kochał, kto bardziej stracił.

A góry, które miały nas zbliżyć, zostały dla mnie miejscem, gdzie po raz pierwszy zrozumiałem, że żałoba moich dzieci i moje szczęście z inną kobietą mogą się ze sobą zderzać dłużej, niż byłem gotów przyznać.

Robert, 41 lat

Historie inspirowane są prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: