Umówiłyśmy się na dziesiątą, tak jak co roku. Ja i Kasia, nasz rytuał od czasów studiów – sierpień, las za wsią, wiaderka na jagody i termos z kawą. Znałam ją piętnaście lat. Byłam na jej ślubie, ona była na moich zaręczynach, które później się rozpadły, ale to już inna historia.
WIDEO…
Coś mi nie pasowało
Tego dnia las pachniał wilgocią i grzybami. Szłyśmy między sosnami, schylając się co chwilę, rozmawiając o niczym – o pracy, o jej córce, o tym, że muszę kupić nowe buty na zimę.
– Wiesz, że Marek dzwonił do mnie w zeszłym tygodniu? – powiedziała Kasia, nie patrząc na mnie, tylko wpatrując się w krzak jagodowy.
Zamarłam z ręką wśród listków.
– Marek? Mój Marek?
– No... twój były Marek – poprawiła się szybko, ale to „twój” wisiało w powietrzu jak coś, czego nie da się już odwołać.
– I co, o czym rozmawialiście?
Kasia wzruszyła ramionami, wsypując jagody do wiaderka.
– O różnych rzeczach. Pytał, jak się mam.
Coś w jej głosie mi nie pasowało. Zbyt lekko to powiedziała, zbyt szybko zmieniła temat na to, że powinnyśmy iść dalej, bo tu już wszystko oberwane. Szłyśmy dalej w milczeniu. Ja udawałam, że szukam jagód, ale w głowie miałam tylko jedno pytanie – dlaczego Marek, mój były narzeczony, z którym zerwałam osiem miesięcy temu, dzwoni do mojej najlepszej przyjaciółki?
– Kasia, powiedz mi szczerze. Skąd on ma twój numer?
– Dałam mu go... dawno temu. Kiedy jeszcze byliście razem, wymieniliśmy się numerami na tamtej imprezie u Tomka, pamiętasz?
Pamiętałam tę imprezę. Ale to było ponad dwa lata temu.
– I on do ciebie teraz, po tak długim czasie, po prostu... dzwoni? Zapytać, jak się masz?
Kasia przystanęła. Popatrzyła na mnie, a w jej oczach zobaczyłam coś, co przypominało strach.
– Sylwia, posłuchaj...
– Czego mam posłuchać?
– To nie jest tak, jak myślisz.
– A jak jest? Bo na razie nic nie myślę, tylko pytam.
Ona odwróciła wzrok, wpatrując się w wiaderko, jakby jagody mogły jej podać właściwą odpowiedź.
– Widujemy się czasami. Na kawie. Nic więcej.
Coś we mnie się zatrzymało. Jakby cały las na chwilę wstrzymał oddech razem ze mną.
– Od kiedy?
– Od... wiosny.
Czułam złość i żal
Wiosna. To znaczyło pół roku. Pół roku, kiedy dzwoniła do mnie prawie codziennie, pytała, jak się czuję po rozstaniu, mówiła, że jestem silna, że sobie poradzę, że Marek nie był dla mnie dobry.
– Więc kiedy siedziałaś u mnie w kuchni i mówiłaś, że powinnam go zapomnieć, że nie zasługiwał na mnie – to spotykałaś się z nim?
– Sylwia, to nie tak, jak to teraz przedstawiasz.
– W takim razie jak, Kasia? Bo mi wychodzi, że okłamywałaś mnie prosto w twarz.
Wiaderko wypadło jej z ręki, jagody rozsypały się po mchu, ciemnofioletowe plamy na zielonym tle.
– Nie chciałam, żeby to tak wyszło. On po prostu do mnie napisał, powiedział, że czuje się samotny, że chce pogadać z kimś, kto go rozumie...
– I ty postanowiłaś być tą osobą? Za moimi plecami?
– Ja tego nie planowałam!
– Pół roku, Kasia! Pół roku spotkań to już nie przypadek!
Głos mi się załamał. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu, choć wcale nie chciałam płakać, chciałam być zła, tylko zła, bez tej cholernej słabości.
– Czy coś między wami było? Powiedz mi prawdę, bo chyba jesteś mi to winna. Zwłaszcza po tym, jak przez pół roku słuchałam twoich porad, jak o nim zapomnieć.
Kasia milczała chwilę zbyt długo.
– Raz się pocałowaliśmy. W maju. Ale zaraz potem powiedziałam, że to błąd, że tak nie może być.
Nie poznawałam jej
Stałam tam, między drzewami, z pustym wiaderkiem w ręce i czułam, jakby ziemia pod nogami się przesunęła. Piętnaście lat przyjaźni, a ja nawet nie wiedziałam, że mam przed sobą osobę zdolną do czegoś takiego.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś od razu? Kiedy to się stało?
– Bałam się, że cię zranię. Że stracę cię jako przyjaciółkę.
– A teraz mi mówisz, bo co, sumienie cię gryzło? Czy dlatego, że boisz się, że sama się dowiem od kogoś innego?
Kasia spuściła głowę.
– Trochę i to, i to.
Roześmiałam się, ale to nie był śmiech radości, tylko coś gorzkiego, co wyrywało się z gardła, bo nie miałam innego sposobu, żeby to z siebie wypuścić.
– Wiesz co jest najgorsze? Że przez te wszystkie miesiące, kiedy próbowałam się podnieść z tego rozstania, ty siedziałaś przy mnie i udawałaś, że mnie wspierasz, a jednocześnie spotykałaś się z nim. Piłaś ze mną melisę i mówiłaś „on nie zasługiwał na ciebie”, a potem szłaś na kawę z tym samym człowiekiem.
– Sylwia, ja go nie kocham. To nie chodziło o miłość.
– To o co chodziło?
Nie odpowiedziała. Może sama nie wiedziała. Stałyśmy tak w lesie, między drzewami, dwie kobiety, które przez piętnaście lat myślały, że znają się na wylot, a teraz nie wiedziały, jak wrócić do samochodu razem, jak usiąść w tym samym aucie, jechać tą samą drogą powrotną, udawać, że nic się nie stało.
Ostatecznie ruszyłam pierwsza, bez słowa, przez zarośla, depcząc po jagodach, które jeszcze przed chwilą miały skończyć w moim domowym dżemie. Kasia szła kilka metrów za mną, cicho, nie odważając się nic powiedzieć.
Nie chciałam jej widzieć
Auto stało tam, gdzie je zaparkowałyśmy, na skraju polnej drogi. Otworzyłam drzwi, wsiadłam, zapaliłam silnik. Kasia usiadła po drugiej stronie, trzymając na kolanach swoje wiaderko, w którym jagód było więcej niż w moim.
– Możemy pogadać? – zapytała, kiedy już jechałyśmy.
– Nie teraz.
Jechałyśmy w milczeniu przez pola, mijając te same widoki, które godzinę wcześniej wyglądały zupełnie inaczej – wtedy jeszcze nie wiedziałam, że popołudnie zbierania jagód zamieni się w coś, po czym nie będzie już łatwego powrotu do normalności. Zatrzymałam auto pod jej domem. Nie wyłączyłam silnika.
– Sylwia, ja naprawdę żałuję.
– Wiem. Ale to nie zmienia tego, co się stało.
Wyszła bez słowa, z wiaderkiem pełnym jagód, które teraz wyglądały dla mnie jak coś obcego, skażonego. Nie widziałam się z Kasią od tamtego dnia w lesie. Napisała do mnie kilka razy, długie wiadomości, w których przepraszała, tłumaczyła się, mówiła, że to był chwilowy błąd, że nigdy nie chciała mnie zranić. Nie odpisywałam.
Z Markiem też nie rozmawiałam, choć wiedziałam, że próbował się skontaktować przez wspólnych znajomych. Nie miałam mu nic do powiedzenia – to, co czułam wobec niego, dawno już wygasło. Ale to, co czułam wobec Kasi, było czymś innym, głębszym, trudniejszym do nazwania.
Nie czuję już złości
Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam sama w kuchni z kubkiem herbaty, telefon zawibrował na stole. Kasia. Po raz kolejny. Patrzyłam na ekran, aż wyświetlacz zgasł sam. Chwilę później przyszła wiadomość głosowa. Odsłuchałam ją, chociaż nie chciałam. Głos Kasi był łamiący się, jakby płakała, kiedy to nagrywała.
– Sylwia, wiem, że nie chcesz mnie słyszeć. Ale muszę ci powiedzieć jedną rzecz. Ja nigdy nie chciałam cię zranić. Chodzi o to, że po rozwodzie mojej siostry, po tym wszystkim, co się u mnie w domu działo, ja też czułam się samotna. I zamiast przyjść do ciebie, uciekłam w coś głupiego. To nie usprawiedliwia niczego. Ale chciałam, żebyś wiedziała, że to nie chodziło o Marka. To chodziło o mnie, o to, że nie umiałam poprosić o pomoc tak, jak trzeba.
Słuchałam tego trzy razy. Nie wiem, czy to zmieniło to, co czułam, ale przynajmniej zrozumiałam coś więcej – że jej zdrada wcale nie świadczyła o miłości do niego, tylko o pustce, którą próbowała czymkolwiek zapełnić. I ostatecznie wybrała najgorszy możliwy sposób, żeby to zrobić.
Nie odpisałam jej tego wieczoru. Ale odłożyłam telefon inaczej niż zwykle – nie ze złością, tylko z jakimś ciężarem, który przypominał coś bliższego smutkowi niż wściekłości.
Czasem, kiedy jem jagody kupione w sklepie, myślę o tamtym popołudniu w lesie. O tym, jak zwyczajne zbieranie owoców zamieniło się w chwilę, która zniszczyła piętnaście lat przyjaźni w kilka minut. Nie wiem, czy kiedykolwiek jej wybaczę, czy kiedykolwiek będę mogła spojrzeć na nią bez tego gorzkiego smaku w gardle, który teraz kojarzy mi się z jesienią bardziej niż same jagody.
Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek pójdziemy razem do lasu. Może to była nasza ostatnia wspólna wycieczka. A może z czasem coś się zmieni – choć teraz, kiedy o tym myślę, trudno mi sobie to wyobrazić.
Sylwia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Synowa obgadywała mnie za plecami, a udawała milutką. Nie będę udawać, że pada deszcz, gdy ona pluje mi prosto w twarz”
- „Gdy mąż wyjechał w delegację, sąsiad kusił mnie zza płotu. Częstował soczystymi czereśniami i słodkimi słówkami”
- „W delegacji do Sopotu zapomniałam o mężu, pracy i całym świecie. Wszystko przez 1 wieczór na plaży z młodym stażystą”



























