Zawsze uważałam, że jesteśmy z Januszem zgranym zespołem. Kiedy dowiedzieliśmy się, że będę w ciąży, nasza radość nie miała granic. Od razu zabraliśmy się za planowanie. Przez ostatnie miesiące każdą wolną chwilę spędzałam na przeglądaniu ofert wózków, łóżeczek i ubranek dla naszego maleństwa. Jako tłumaczka pracująca z domu, miałam możliwość elastycznego zarabiania, więc brałam dodatkowe zlecenia, żeby odłożyć jak najwięcej na wyprawkę i remont pokoju dla dziecka.

WIDEO

player placeholder

Widziałam w jego oczach niezadowolenie

Janusz pracował w korporacji. Zarabiał nieźle, ale zawsze powtarzał, że musimy być ostrożni z wydatkami, zwłaszcza teraz. Zgadzałam się z nim w pełni. Nasze konto oszczędnościowe rosło, a ja czułam spokój, wiedząc, że jesteśmy przygotowani na powitanie nowego członka rodziny.  Wszystko zaczęło się psuć, kiedy Janusz dostał awans i przeniósł się do nowego działu. Jego nowi koledzy to byli w większości single albo faceci po rozwodach, którzy żyli z dnia na dzień, inwestując w drogie gadżety i rozrywki. Janusz coraz częściej wracał do domu i opowiadał o tym, kto jakim samochodem przyjechał do pracy, kto kupił najnowszego drona, a kto wyjechał na spontaniczny weekend do Mediolanu.

 Wiesz, Tomek z działu IT kupił sobie takie auto, że głowa mała  rzucił pewnego wieczoru przy kolacji.  Zastanawiam się, czy my też nie powinniśmy trochę pożyć, póki jeszcze możemy.

Zobacz także:

 Kochanie, przecież zaraz będziemy mieli dziecko  przypomniałam mu łagodnie.  Nasze priorytety się zmieniły. Zresztą, nasze auto jest w dobrym stanie, wystarczy na długo.

Janusz tylko westchnął i nic nie powiedział, ale widziałam w jego oczach niezadowolenie. Zaczęłam zauważać, że staje się coraz bardziej nieobecny. Zamiast cieszyć się z każdego kopniaka naszego maleństwa, spędzał wieczory z nosem w telefonie, przeglądając jakieś strony internetowe. Kiedy pytałam, co robi, zbywał mnie wymówkami o pracy.

Zaczął się jąkać

Była sobota. Właśnie skończyłam tłumaczyć długi dokument i postanowiłam zrobić sobie przerwę. Janusz wyszedł rano, mówiąc, że musi załatwić kilka spraw na mieście. Nie podejrzewałam niczego złego. Kiedy usłyszałam dźwięk otwieranego garażu, zeszłam na dół, żeby go przywitać i zapytać, czy kupił chleb, o który prosiłam. To, co zobaczyłam, sprawiło, że serce podeszło mi do gardła. W samym środku naszego garażu, tam, gdzie zawsze stały rowery i stare pudła, stał ogromny, lśniący, czarny motocykl. Prosto z salonu. Jeszcze pachniał nowością.

Janusz stał obok niego, głaszcząc bak z takim czułym wyrazem twarzy, jakiego dawno u niego nie widziałam. Kiedy mnie zauważył, jego uśmiech nieco zbladł, ale wciąż próbował grać pewnego siebie.

 Niespodzianka!  krzyknął, chociaż jego głos brzmiał trochę nienaturalnie.  Zobacz, jakie cudo kupiłem.

Patrzyłam na niego, nie mogąc wykrztusić słowa. Przez chwilę myślałam, że to żart, że pożyczył go od kolegi. Ale potem przypomniałam sobie te wszystkie wieczory spędzone przed komputerem i to dziwne zachowanie w ostatnich tygodniach.

 Co to jest?  zapytałam cicho, chociaż doskonale wiedziałam, co widzę.

 To Yamaha MT-09. Najnowszy model. Chłopaki z pracy mi polecili. Jest niesamowita, prawda?

 Ile to kosztowało?  Mój głos drżał. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu.

Janusz zaczął się jąkać.

 No wiesz... To była okazja. Wziąłem trochę z oszczędności, a resztę na raty. Ale nie martw się, damy radę. Przecież zasługuję na coś od życia, prawda?

Wiedziałam, że trafiłam w punkt

Słowa „wziąłem trochę z oszczędności” uderzyły we mnie jak obuchem. Pobiegłam do domu, zostawiając go w garażu. Odpaliłam laptopa i zalogowałam się na nasze wspólne konto. To, co zobaczyłam, sprawiło, że zrobiło mi się słabo. Pieniądze, które odkładałam z trudem z dodatkowych zleceń, pieniądze na wózek, łóżeczko, farby do pokoju – zniknęły. Prawie cała kwota wyparowała. Kiedy Janusz wszedł do pokoju, siedziałam na kanapie, płacząc.

 Marta, proszę cię, nie przesadzaj  powiedział, próbując mnie przytulić, ale odepchnęłam go.

 Nie przesadzam!  krzyknęłam.  Wydałeś nasze oszczędności na zabawkę dla siebie! Jak mogłeś? Przecież zaraz będziemy mieli dziecko! Za co kupimy wózek? Za co wyremontujemy pokój?

 Przecież mamy jeszcze czas!  bronił się, ale w jego głosie słyszałam już panikę.  Zarobię na to. Wezmę nadgodziny. A motocykl zawsze mogę sprzedać, jeśli będzie trzeba.

 To dlaczego go kupiłeś?!  Z trudem łapałam oddech.  Żeby zaimponować kolegom z pracy? Żeby udowodnić im, że jesteś fajny?

Janusz zamilkł. Wiedziałam, że trafiłam w punkt. Zawsze miał kompleksy na punkcie tego, że nie jest tak „rozrywkowy” jak inni. Ale żeby ryzykować przyszłość naszego dziecka dla chwili chwały w biurze?

Entuzjazm szybko opadł

Przez kolejne dni w naszym domu panowała martwa cisza. Ja spałam w sypialni, on przeniósł się na kanapę do salonu. Motocykl stał w garażu jak wielki, czarny słoń, o którym nikt nie chce rozmawiać. Janusz próbował zagadywać, przepraszać, ale ja nie potrafiłam na niego spojrzeć bez uczucia żalu i zdrady. Zrozumiałam, że człowiek, z którym postanowiłam spędzić resztę życia i wychowywać dziecko, jest wciąż niedojrzałym chłopcem, który przedkłada własne zachcianki nad bezpieczeństwo rodziny.

Musiałam zrezygnować z wymarzonego wózka na rzecz tańszego, używanego modelu z ogłoszenia. Pokój dziecka pomalowaliśmy sami, najtańszą farbą, rezygnując z pięknych tapet, które tak starannie wybierałam. Każdy kompromis przypominał mi o tym, co zrobił Janusz. On z kolei jeździł swoim motocyklem coraz rzadziej. Entuzjazm szybko opadł, zwłaszcza kiedy przyszło płacić pierwszą ratę kredytu, a nadgodziny w pracy okazały się bardziej wyczerpujące, niż przypuszczał. Kiedy w końcu zdecydował się wystawić maszynę na sprzedaż, okazało się, że po wyjeździe z salonu straciła na wartości tak dużo, że nawet jej sprzedaż nie pokryłaby zaciągniętego długu.

Teraz, kiedy patrzę na śpiące w tanim łóżeczku nasze dziecko, czuję miłość, ale też ogromny smutek. Janusz stara się jak może, przewija, kąpie, wstaje w nocy. Ale ta rysa, to pęknięcie w naszym zaufaniu, pozostało. I nie wiem, czy kiedykolwiek uda się je naprawić.

Marta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: