„Niańczyłam wnuki za darmo, a zięciowi było szkoda benzyny, by mnie gdzieś podwieźć. To ma być rodzina?”
„W porządku, nie to nie, łaski bez – pomyślałam. – Poradzę sobie sama”. Przecież miałam auto. Zostało po Marku, tylko że ja nigdy go nie prowadziłam. Nie chciałam, nie musiałam, no i nie miałam prawa jazdy. Jakoś się nie złożyło…

Musiały minąć cztery lata, żebym na nowo poukładała swój świat. Nie było mi łatwo, mimo że teoretycznie mogłam liczyć na wsparcie czworga dzieci. Teoretycznie…
Snuliśmy z Markiem tyle planów, że czasem brakowało nam doby, aby je wszystkie porządnie obgadać. Dokąd jechać na urlop? Dokąd wybrać się na rocznicę ślubu? W jakim stylu wyremontować mieszkanie? Co posadzić na działce? Jak jeszcze bardziej rozpieścić wnuki? Mieliśmy w sobie tyle pozytywnej energii, że starczyłoby jej na obdzielenie wielu młodych ludzi, którzy czasem zdradzają zatrważająco wielkie objawy zmęczenia, zrezygnowania i zdziadzienia.
Niekiedy nawet dawałam upust swemu zdziwieniu w rozmowach z synem i córkami, ale mieli na to swoje argumenty.
– Mamo… – marudziła najstarsza córka – wy mieliście pracę, bo był powszechny obowiązek pracy, nie zadłużaliście się na kupno byle czego, wiedzieliście, że czeka was emerytura. Czym wy się niby mieliście stresować?
– A mnie mogą zwolnić w każdej chwili! – wtórował jej nasz syn. – Jak mandat dostanę, to przyjdę do was po pożyczkę, bo mi się domowy budżet nie domknie…
Zawsze korciło mnie, by im przypomnieć, że bez pomocy dziadków udało nam się wychować i wyedukować czwórkę dzieci. Ale wiedziałam, co zaraz usłyszę: że wszystko było za darmo – studia, przedszkola, zakładowe wczasy i obiady w szkole. Nieważne. Przecież ani ja, ani Marek nie zamierzaliśmy wyrzucać naszym dzieciom, że choć oboje nadal pracujemy zawodowo, to także niańczymy, na ile sił i czasu starcza, siódemkę wnucząt, oraz łatamy raz po raz te ich niedomykające się budżety.
Zostałam wdową
Nasze wspólne plany skończyły się nagle i tragicznie. I tak szybko, że nie mogłam się otrząsnąć ani dojść do siebie. Marek pojechał na działkę rowerem i już nie wrócił. Zmarł, zanim przyjechała pomoc. Nigdy nie chorował, nie narzekał, mógł uchodzić za wzór zdrowego mężczyzny przed sześćdziesiątką.
Choć z drugiej strony, nie badał się tak często, jak powinien. Był młody duchem, ale ciało w pewnym momencie odmówiło posłuszeństwa. To był straszny cios. Już nie będziemy parą dziarskich staruszków, już nie spełnimy żadnych wspólnych marzeń ani planów. Wszystko wzięło w łeb. Życie mi się zawaliło, a ilość leków uspokajających, jakie zażywałam, rujnowała mi wątrobę.
Trudno, jakoś musiałam stawić czoła życiu bez Marka. Musiałam pracować, mieć jako tako trzeźwy umysł i nie zalewać się łzami na widok mężów koleżanek z pracy. Nie mogłam wyć z rozpaczy za każdym razem, gdy któraś próbowała mnie pocieszać tekstami w stylu, że lepsza taka szybka śmierć niż długie umieranie w cierpieniu. Chryste!
Przecież Marek to był silny 58-letni mężczyzna, a nie obłożnie chory starzec, dla którego śmierć była wybawieniem! Nowe, okrutne doświadczenie życiowe. Cztery ściany i pustka. Wszystkie dzieci z rodzinami mieszkały osobno, a ja po raz pierwszy w życiu nie miałam do kogo ust otworzyć. Żeby skomentować obejrzany film, pośmiać się z zasłyszanego dowcipu, ponarzekać trochę na pracę, no i planować, pomarzyć na głos...
Nie miałam prawa jazdy
Przez pierwszy kwartał od śmierci Marka dzieci dzwoniły dość często, pytając, jak się trzymam, czy czegoś mi potrzeba. Z rzadka podrzucały wnuki, jakby pogrążona w żałobie babcia mogła mieć na nie zły wpływ. Zresztą nigdy nie traktowałam telefonicznych rozmów jako pełnoprawnej formy kontaktu. Ot, namiastka, zwyczajowy rytuał bez treści, odbębniany za pośrednictwem bezdusznego urządzenia. To nie było dla mnie.
Nie narzucałam się jednak, w końcu każdy ma swoje życie, tak sobie tłumaczyłam. Sporadycznie wpadałam do syna albo córek na niedzielny obiad, i choć wszyscy starali się być mili, wydawało mi się, że robią to z konieczności. Bo tak wypada, bo nie chcą wyjść na niewdzięcznych czy bezdusznych, bo nie chcą zawieść matki wdowy w potrzebie. A byli mi potrzebni, niestety.
Dotąd nie miałam problemów komunikacyjnych, bo wszędzie woził mnie Marek. Zawsze w gotowości i na czas. Pracując, oboje w systemie zmianowym, dogrywaliśmy te zmiany tak, aby mąż mógł po mnie przyjechać, żeby mógł mnie zawieźć na weekendowe i świąteczne dyżury. Ale się skończyło.
Dojazdy i powroty z pracy, większe zakupy, wizyty u lekarza, odwiedziny u Marka na cmentarzu – nie wszystko mogłam sama ogarnąć. Bywały sytuacje, gdy musiałam prosić o pomoc dzieci. Jakby nie patrzeć, osiem zmotoryzowanych osób, syn z synową, trzy córki z zięciami.
Wszyscy mieszkający stosunkowo niedaleko. No ale każde z nich miało swoje życie, swoje obowiązki domowe, swoje dorosłe problemy. Wydzwanianie po kolei, żeby trafić na akurat wolne dziecko albo jego współmałżonka, które mnie tam czy siam podwiezie, zaczęło się w końcu robić upokarzające. Nie oczekiwałam, że będą się licytowali w pomocy czy rwali jedno przez drugie, by mnie wieczorem odebrać z pracy! Nie miałam roszczeń, by spłacali dług wychowawczy czy coś.
Przecież opiekowałam się nimi z miłości, a nie żeby skakali wokół mnie, jak będę stara. Gdy w pracy czasem poprosiłam o podwózkę którąś z koleżanek, nigdy nie robiły problemu. Niemniej drażniły mnie ich niby niewinne uwagi, że przy takiej liczbie dzieci powinnam przebierać w darmowych taksówkarzach, albo że one na moim miejscu co tydzień pomieszkiwałyby u innego potomka, pozwalając się doglądać.
Zięć mnie zaskoczył
Czara goryczy przelała się jednak, gdy jeden z zięciów, podwożąc mnie do domu, półżartem rzucił, że jego wóz na wodę nie jeździ. Czyli co? Powinnam mu zapłacić za podwózkę? Jego zdaniem byłam głupia, nie pobierając opłaty za opiekę nad wnukami i udzielając bezzwrotnych pożyczek? Czy może uważał, że młodym się należy pomoc, a starym już nie?
„W porządku, nie to nie, łaski bez – pomyślałam. – Poradzę sobie sama”. Przecież miałam auto. Zostało po Marku, tylko że ja nigdy go nie prowadziłam. Nie chciałam, nie musiałam, no i nie miałam prawa jazdy. Jakoś się nie złożyło… Ale nie ma to jak wejść na ambicję kobiecie po ciężkiej traumie. Minął ponad rok od śmierci Marka.
Z oporami uczyłam się życia na nowo, wiedząc, że nigdy nie wróci na dawne tory. Ale pomyślałam sobie, że Marek nie wybaczyłby mi, gdybym pogrążyła się w marazmie – a niewiele już brakowało. Zgorzkniałam. Wmawiałam sobie, że nic dobrego już mnie w życiu nie spotka, a wszystko, co dobre, mam za sobą. Potrzebowałam impulsu, a była nim chęć zagrania na nosie dzieciom, udowodnienia, że nie potrzebuję ich do tak prozaicznej czynności jak jazda samochodem.
Zrobiłam to dla siebie
Licząc na to, że ich zadziwię, od razu poczułam się młodsza i bardziej energiczna. W tajemnicy zapisałam się na kurs prawa jazdy. Nie było łatwo. Nie mogło być, ale się zawzięłam. Uczestniczyłam w zajęciach, wkuwałam testy, wreszcie z przerażeniem usiadłam za kierownicą, pewna, że pierwsze, co zrobię, to przydzwonię w drzewo albo latarnię. Okazało się, że to nie takie proste z instruktorem u boku. Oczywiście nie było jak w bajce, nie zdałam za pierwszym razem. Za drugim też nie ani za trzecim. Po czwartym chciałam zrezygnować, ale pożałowałam już wydanych pieniędzy.
Zdałam za piątym. To był oczywiście dopiero początek. Teraz musiałam nauczyć się jeździć moim autem sama. W ogóle nauczyć się jeździć, bo jak mówią, kurs prawa jazdy nie uczy, jak jeździć, tylko jak zdać egzamin. Z mozołem i duszą na ramieniu zaczęłam jeździć wieczorami, a nawet w nocy, byle ruch był jak najmniejszy. Żeby nikt na mnie nie trąbił na światłach, bo zgasł mi silnik przy ruszaniu, żeby zwalczać stres i nauczyć się czerpać radość z siedzenia za kółkiem.
Największą nagrodą były dla mnie entuzjazm i niedowierzanie rodzinki, gdy na imieniny najmłodszej córki zajechałam pod jej domek… Jako ostatnia. Tak żeby cała rodzina widziała, jak wysiadam z auta. Ukradłam całe show solenizantce! Tak więc nowe życie zaczęłam od czegoś tak banalnego jak zdobycie prawa jazdy…
Lucyna, 55 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Za pieniądze syna z komunii pojechaliśmy na wakacje. Dziecko było zachwycone, tylko babcie i ciotki się obraziły”
- „Piekłam rabarbarowe ciasto, gdy wnuk wpadł jak burza i od razu zażądał pieniędzy. Potraktował mnie jak bankomat”
- „Wzięłam do remontu polecaną ekipę budowlaną, a i tak się nacięłam. Pieniądze to nie wszystko, co przez nich straciłam”

