Od trzech miesięcy moje życie przypominało niekończącą się budowę. Każdy dzień zaczynał się od sprawdzania listy materiałów, kończył się rozmowami z panem Mirkiem i jego ekipą, a w międzyczasie próbowałam jeszcze ogarnąć swoją pracę i codzienność. Początkowo miałam wrażenie, że stoimy z Robertem ramię w ramię, budując razem nasze wymarzone miejsce. Jednak bardzo szybko okazało się, że jestem na tym placu boju sama.

WIDEO

player placeholder

Sama walczyłam z remontem

Kiedy wybieraliśmy mieszkanie, byliśmy podekscytowani jak dzieci. Każdy pokój miał już przypisaną funkcję, a ja w głowie widziałam gotowe aranżacje. Robert śmiał się, że nie pozwolę mu nawet wybrać koloru ścian, ale przez chwilę udawał zainteresowanie. Chodziliśmy wspólnie po sklepach, wybieraliśmy płytki, szukaliśmy inspiracji. Z czasem jednak to ja zaczęłam spędzać całe popołudnia na budowie, a Robert coraz częściej miał „coś do załatwienia”.

– Kochanie, ty masz na to oko – mówił, całując mnie w czoło, kiedy wracał późno. – Nawet jakbym się starał, to nie wybiorę lepiej niż ty. I tak byś zmieniła, co wybrałem.

Zobacz także:

Śmiałam się z tego na początku, bo faktycznie miałam określoną wizję, ale szybko śmiech przerodził się we frustrację. To ja musiałam codziennie odpowiadać na pytania ekipy, decydować o rurach, kontaktach, zamawiać materiały, negocjować ceny. To była praca na dwa etaty, bo przecież nikt nie zwolnił mnie z moich obowiązków w biurze. Czułam się jak kierownik budowy, logistyka i księgowa w jednym ciele, a Robert… Robert znikał gdzieś pomiędzy spotkaniami z kolegami a długimi wieczorami przy konsoli.

Miałam coraz więcej obowiązków

Z każdym tygodniem na moich barkach spoczywało coraz więcej. Ekipa remontowa dzwoniła do mnie, nie do Roberta. To ja odbierałam telefony od dostawców, to ja negocjowałam ceny i terminy. Nawet kiedy coś się psuło, to ja biegłam do sklepu po kolejne wiadro farby albo nową fugę. Często wracałam do domu wykończona, z głową pełną pytań bez odpowiedzi.

Próbowałam rozmawiać z Robertem – tłumaczyć, że czuję się przeciążona, że potrzebuję pomocy, choćby symbolicznej obecności. On jednak zbywał mnie żartami, mówił, że przecież świetnie sobie radzę. Czasem, kiedy wracał późno, przynosił mi czekoladę albo kwiaty, myśląc, że to wystarczy w zamian za wszystkie jego nieobecności. Z czasem nawet przestałam się złościć – byłam po prostu smutna, zmęczona i coraz bardziej samotna.

To była katastrofa

To był czwartek, późne popołudnie. Dzień jak każdy inny – byłam w pracy, kiedy zadzwonił pan Mirek. Nie mogłam odebrać, byłam na ważnym spotkaniu. Oddzwoniłam po godzinie i od razu usłyszałam w słuchawce chaos.

– Pani Karolino, niech pani przyjeżdża! Pękł zawór główny w pionie, zalewa nas! – krzyczał pan Mirek. – Zakręciliśmy, co się dało, ale woda leci z góry, sąsiedzi też zalani!

Serce mi zamarło. Rzuciłam wszystko i wybiegłam z biura. Po drodze dzwoniłam do Roberta. Bez skutku. Wysłałam mu wiadomość: „Zalało mieszkanie, pękł zawór, jadę na miejsce, przyjedź!”.

Kiedy dotarłam do mieszkania, zastałam obraz totalnej katastrofy. Woda stała w naszym salonie, nowo położone panele pływały, ekipa próbowała ratować, co się dało. Bez zastanowienia zdjęłam buty, zakasałam rękawy i razem z nimi zaczęłam wynosić wodę, wycierać podłogi, dzwonić do hydraulika i do spółdzielni. Przez dwie godziny walczyliśmy z zalaniem, a ja miałam w głowie tylko jedną myśl: gdzie jest mój mąż?

Znalazł się tam, gdzie zawsze

Po wszystkim wróciłam do naszego wynajmowanego mieszkania. Byłam przemoczona, zmarznięta, z brudnymi rękami i włosami w nieładzie. Marzyłam tylko o tym, żeby Robert mnie przytulił, zapytał, co się stało, może zaparzył herbatę – cokolwiek. Otworzyłam drzwi i usłyszałam znajome dźwięki strzelanek z telewizora. Robert nawet nie podniósł wzroku, kiedy weszłam do pokoju.

– Cześć – rzucił, grając dalej. – Co tak późno?

Stałam przez chwilę z niedowierzaniem.

– Nie widziałeś, że dzwoniłam? Nie czytałeś wiadomości?

– A, czytałem. Ale i tak nie wiem, co miałbym zrobić. Przecież była ekipa, pan Mirek to ogarnął, tak?

Nasze mieszkanie pływało! – głos mi zadrżał. – Ja tam sama walczyłam z wiadrami. Ty w tym czasie grałeś sobie na konsoli?

Przecież nie znam się na hydraulice. No i co bym tam zrobił? Ty jesteś dobra w takie rzeczy.

Nie miałam już siły się kłócić. Przeszłam obok niego, nie patrząc nawet w jego stronę, i zamknęłam się w łazience. Stałam pod prysznicem, czując jak łzy mieszają się z wodą. Oparłam czoło o zimne kafelki i miałam ochotę krzyczeć. Ale nie krzyczałam. Bo i po co? Robert i tak by nie zrozumiał.

Ręce mi przy nim opadały

Następnego dnia od rana jeździłam po sklepach, rozmawiałam z ubezpieczycielem, sprawdzałam, ile paneli jest do uratowania. Robert wyszedł do pracy, rzucając tylko przez ramię:

– Daj znać, jak coś trzeba będzie podpisać.

Tak wyglądały kolejne dni. Spotkania z ekipą, ustalanie planu napraw, rozmowy z sąsiadami, którzy byli zalani razem z nami. Wieczorami Robert pytał, jak tam remont, ale nie czułam w jego głosie nic poza uprzejmym zainteresowaniem. Kiedy próbowałam mu opowiedzieć, co się działo, po kilku minutach zaczynał ziewać albo zerkać na telefon.

Któregoś wieczoru, kiedy znowu siedział przed telewizorem, zebrałam się na odwagę, żeby powiedzieć mu, co czuję.

– Wiesz, że nie chodziło o to, żebyś naprawiał rurę? Chciałam, żebyś tam był. Potrzebowałam cię obok siebie. To nasze mieszkanie, nasz wspólny problem. Od miesięcy czuję, jakbyś zostawił mi wszystko na głowie.

Robert westchnął, odłożył pada.

– Karolina, ja naprawdę nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Przecież płacę za wszystko, zarabiam. Nie każdy musi być budowlańcem.

– Nie oczekuję, żebyś był budowlańcem. Ale chciałabym mieć wrażenie, że jesteśmy drużyną. A czuję się, jakbym grała sama.

Nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i wrócił do gry. Poszłam do sypialni, długo nie mogłam zasnąć.

Sama wybierałam wszystko

Remontu nie dało się zatrzymać. Musiałam działać dalej: zamawiać nowe panele, uzgadniać terminy, pilnować ekipy. Robert coraz bardziej zamykał się w swoim świecie – praca, szybki obiad, konsola, sen. Czasem miałam ochotę po prostu wyjść, zostawić wszystko. Ale nie mogłam – wiedziałam, że jeśli ja nie dopilnuję remontu, to nikt tego nie zrobi.

Kiedy po raz kolejny pan Mirek zadzwonił z pytaniem, czy wybrać białe fugi czy jasnoszare, znowu nie miałam się z kim naradzić. Dzwoniłam do mamy, do przyjaciółki. Rozmawiałyśmy godzinami o meblach, kafelkach, farbach, ale to nie było to samo. To nie były nasze decyzje – to były moje wybory, moja odpowiedzialność, moje zmęczenie.

Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę chcę wprowadzać się do tego mieszkania z Robertem. Przecież powinniśmy być szczęśliwi, że kończy się remont, a ja czułam się, jakbym szła na wojnę. Oglądałam jego rzeczy, które pakował do kartonów – gry, słuchawki, kubek z logo ulubionej drużyny – i miałam wrażenie, że to rzeczy kogoś obcego.

Przestałam mu ufać

W przeddzień przeprowadzki usiadłam na podłodze wśród kartonów i przez chwilę po prostu płakałam. Przeżyłam pół roku w stresie i napięciu, dzięki czemu mamy piękne mieszkanie, ale nie mam pewności, czy mam jeszcze coś więcej. Robert przyszedł do pokoju, spojrzał na mnie niepewnie.

– Wszystko w porządku? Chcesz, żebym ci w czymś pomógł?

Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od dawna powiedziałam szczerze:

Chciałabym, żebyś był ze mną, a nie tylko obok mnie. Chciałabym poczuć, że mogę na ciebie liczyć, nie tylko na twoje pieniądze.

Nie odpowiedział. Usiadł obok, przez chwilę milczeliśmy. Poczułam jego dłoń na moim ramieniu, ale nie potrafiłam się do niej przytulić. Coś we mnie się zmieniło na tym zalanym parkiecie i trudno mi uwierzyć, że da się to naprawić.

A miałam być szczęśliwa

Przeprowadziliśmy się tydzień później. Wszystko było czyste, nowe, pachniało farbą i świeżością. Robert wnosił kartony, rozpakowywał elektronikę, ja układałam naczynia w szafkach. Wkrótce wszystko było na swoich miejscach. Niby rozmawialiśmy, niby żartowaliśmy, ale w środku miałam poczucie pustki. Wieczorem usiedliśmy na kanapie. Robert po chwili sięgnął po pada do grania. Ja patrzyłam w okno, na lampy świecące w ciemności.

Zdałam sobie sprawę, że mamy wymarzone mieszkanie, ale nie wiem, czy mamy jeszcze wymarzone małżeństwo. Po raz pierwszy zaczęłam poważnie myśleć, że jeśli nic się nie zmieni, nie chcę tak żyć. Chcę być z kimś, kto jest ze mną, kto bierze odpowiedzialność za wspólne życie, nawet jeśli nie potrafi naprawić rury. Chcę partnera, nie tylko współlokatora.

Czy Robert to zrozumie? Nie wiem. Na razie patrzę na niego z dystansem i czekam. Na rozmowę, na gest, na znak, że nie jestem w tym wszystkim sama.

Karolina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: