„Na wykładach grałam niedostępną, a po zajęciach topniałam w ramionach studenta. To był romans jak z taniego love story”
„Nie mogłam się uwolnić od jego słów. Starałam się zachowywać normalnie. Na zajęciach mówiłam z tą samą pewnością, zadawałam te same wymagające pytania, wystawiałam surowe oceny. Janek też nie wykroczył poza ramy tego, co akceptowalne”.

- Redakcja
Praca na uczelni to pasja, ale i rutyna. Codzienność wyznaczają wykłady, egzaminy, akademickie dyskusje, które nieraz kończą się na dywagacjach o literaturze, a zaczynają od zwykłego „Czy to będzie na egzaminie?”. Wymagam od swoich studentów sporo, bo i od siebie nie oczekuję mniej. Profesjonalizm, dystans, kontrola – to były trzy filary, na których zbudowałam swój świat. I wszystko działało, dopóki na zajęciach nie pojawił się Janek.
Lubiłam go
Z początku był jednym z wielu – bystry, dociekliwy, ale nie odstający od reszty grupy. Potem zaczęłam zauważać, że to właśnie jego pytania zostają we mnie dłużej. Że jego sposób myślenia sprawia, iż sama zaczynam wątpić w dogmaty, które przez lata były dla mnie oczywiste.
Rozejrzałam się po sali, szukając w twarzach studentów jakiejś reakcji, ale większość patrzyła obojętnie. Dla nich to był tylko kolejny poniedziałkowy wykład.
Kiedy studenci zaczęli zbierać się do wyjścia, Janek podszedł do biurka.
– Pani profesor – zaczął, a ja poczułam, jak coś mnie ściska w żołądku, choć nie dałam tego po sobie poznać. – Czy można zakochać się w idei?
– Literatura zna wiele takich przypadków – rzuciłam ogólnikowo.
– A pani? – zapytał, pochylając się lekko. – Co pani o tym myśli?
Popatrzyłam mu prosto w oczy, starając się zachować ten sam dystans, jaki utrzymywałam przez całe lata pracy na uczelni. Ale w środku coś mi podpowiadało, że właśnie zaczęłam go tracić. Nie powinnam była się zastanawiać nad odpowiedzią. Nie powinnam była czuć tej delikatnej nuty ekscytacji.
– To nie jest temat na dzisiejszy wykład – powiedziałam, zabierając notatki.
Janek uśmiechnął się lekko, ale nie wyglądał na zaskoczonego. Odwrócił się i wyszedł, zostawiając mnie w pustej sali z myślami, których nie powinnam mieć.
Był błyskotliwy
Jego interpretacje literatury nie były powielaniem akademickich schematów, raczej autorskimi teoriami, których nie bał się bronić. Ale nie tylko ja to zauważyłam – inni studenci też chętnie z nim dyskutowali, czasem nawet przewracali oczami, kiedy mówił zbyt długo albo z przesadną pewnością siebie. Ale ja zauważałam coś jeszcze.
Na przykład to, że zawsze siadał w trzecim rzędzie, nigdy bliżej, nigdy dalej. Że słuchał uważnie, ale nie notował zbyt wiele, jakby wystarczała mu sama rozmowa. Że czasem jego wzrok zatrzymywał się na mnie nieco dłużej, niż byłoby to naturalne.
Powinnam zdusić to w zarodku, odciąć jak martwy fragment tekstu, który nie pasuje do całości. Tego dnia po zajęciach wychodziłam z uczelni, gdy zobaczyłam Janka stojącego na dziedzińcu.
– Pani profesor – zaczął, kiedy zbliżyłam się do bramy.
Zatrzymałam się.
– Czy można zakochać się w idei? – powtórzył to pytanie z poprzednich zajęć.
– Myślałam, że już zamknęliśmy ten temat – odparłam ostrożnie.
– Wciąż o nim myślę.
Intrygował mnie
Coś w jego głosie sprawiło, że zamiast odejść, zostałam.
– Wykład o romantykach – dodał. – Mówiła pani, że byli gotowi umrzeć za idee. A czy można poświęcić się komuś tak, jak oni poświęcali się poezji?
To było pytanie o literaturę. Ale wiedziałam, że nie tylko. Mogłam to uciąć. Powiedzieć coś neutralnego, coś bezpiecznego, coś, co postawiłoby między nami barierę, której nie można przekroczyć. Ale zamiast tego powiedziałam:
– A myśli pan, że można?
Janek uśmiechnął się lekko, jakby spodziewał się właśnie tej odpowiedzi.
– Myślę, że tak. I myślę, że ludzie często nie przyznają się do tego nawet przed sobą.
Nie powinnam była pytać o więcej. Ale zrobiłam to.
– A pan? Poświęciłby się?
Janek spojrzał na mnie tak, jakbym to ja właśnie przekroczyła granicę.
– Myślę, że już to robię – powiedział cicho.
Zostawił mnie z tymi słowami i odszedł. A ja po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam, że nie mam nad tym wszystkim kontroli.
Myślałam o nim
Od tamtego dnia nie mogłam się uwolnić od jego słów. Starałam się zachowywać normalnie. Na zajęciach mówiłam z tą samą pewnością, zadawałam te same wymagające pytania, wystawiałam surowe oceny. Janek też nie wykroczył poza ramy tego, co akceptowalne. Był uważnym słuchaczem, bystrym rozmówcą, ale nie robił nic, co mogłoby wzbudzić podejrzenia innych. Tylko ja czułam, że coś się zmieniło.
Nie podchodził już do mnie po zajęciach. Nie próbował kolejnych intelektualnych gier. Ale jego obecność stała się bardziej namacalna. Jakby nie musiał nic mówić, bo wszystko zostało już powiedziane.
Któregoś wieczoru, wychodząc z uczelni, zobaczyłam go przed bramą. Stał oparty o mur, jakby na kogoś czekał. Miałam dwa wyjścia – przejść obok bez słowa albo się zatrzymać. Nie zatrzymałam się. Ale też nie przyspieszyłam kroku. Janek podszedł bliżej.
– Czy myślałaś kiedyś o tym, żeby przekroczyć granice? – zapytał.
Zatrzymałam się. Nie dlatego, że chciałam. Po prostu moje ciało nie wykonało polecenia, by iść dalej.
– Jakie granice? – zapytałam, choć doskonale wiedziałam, o co chodzi.
– Te, które sami sobie narzucamy.
Nie odpuszczał
Patrzył na mnie uważnie, jakby szukał najmniejszego drgnięcia powieki, napięcia ust, jakiegokolwiek sygnału, że powinnam go odepchnąć. Ale zamiast tego uśmiechnęłam się. I wtedy już wiedziałam, że coś we mnie pękło.
Nie było żadnych wielkich gestów, żadnych otwartych deklaracji. A jednak kilka dni później napisałam do dziekanatu, że jestem chora i nie poprowadzę zajęć.
Usiadałam w kawiarni, wciśnięta w kąt, z dłońmi owiniętymi wokół filiżanki herbaty. Z każdym dzwonkiem otwierających się drzwi czułam ten znajomy ścisk w żołądku. I wtedy wszedł. Nie zdziwił się, że mnie tu zobaczył. Nie wyglądał na zaskoczonego tym, że zamiast być na uczelni, czekałam właśnie na niego. Usiadł naprzeciwko mnie.
– Nie boisz się? – zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Janek uśmiechnął się, ale inaczej niż dotychczas.
– Czego? Że zrobię coś, czego będę żałował? – Oparł się wygodnie, patrząc na mnie bez cienia zawahania. – Nie można żałować prawdy.
Nie odepchnęłam go
To był moment, który należało przerwać, zanim zrobił się niebezpieczny. Mogłam się odwrócić, odejść, nie dać mu żadnego powodu, by myślał, że ta gra trwa dalej. Ale nie zrobiłam tego.
Kiedyś myślałam, że granice są czymś oczywistym. Że wystarczy je jasno określić i trzymać się ich, a wszystko pozostanie na swoim miejscu. Nie sądziłam, że można je przekroczyć tak łatwo – jednym spojrzeniem, jednym słowem, jednym wyborem, który wcale nie wyglądał jak wybór.
Nie wiedziałam, kiedy dokładnie przestałam się opierać. Może wtedy, gdy pierwszy raz pomyślałam o nim poza uczelnią. Może gdy pozwoliłam sobie na ten nieszczęsny uśmiech pod bramą. A może właśnie teraz, kiedy znowu byliśmy w tej kawiarni, tym razem siedząc obok siebie, a nie naprzeciwko.
Wiedziałam, że to ostatni moment, by się cofnąć. Ale nie zrobiłam tego.
Nie było wielkich słów, deklaracji, obietnic. Tylko jego dłoń, nieznacznie przesunięta w moją stronę, i ciepło, które poczułam, gdy pozwoliłam jej na chwilę dotknąć mojej.
– Wiesz, że to musi się skończyć – powiedziałam cicho.
Janek spojrzał na mnie uważnie.
– Naprawdę tak myślisz? – zapytał.
I wtedy zrozumiałam, że nie mam już dobrej odpowiedzi.
Marta, 30 lat
Czytaj także:
„Mój szef myślał, że jako potulna niania zgodzę się na wszystko. Za plecami żony złożył mi niemoralną propozycję”
„Teściowa poczuła się w moim domu panią na włościach. Traktuje moje skarby jak śmieci, a mąż udaje, że tego nie widzi”
„Teść mnie podrywał i liczył na gorący romans, ale go odtrąciłam. Z zemsty zrobił mi z życia piekło”