Krynica zawsze wydawała mi się miejscem bezpiecznym, wręcz stworzonym dla takich jak ja – szukających spokoju, powolnych spacerów i chwili ciszy z kubkiem ciepłej herbaty. Przyjechałam tu na dwa tygodnie, bo lekarz polecił mi zmienić otoczenie, odpocząć od codziennych spraw, pooddychać czystym powietrzem. Pensjonat, w którym się zatrzymałam, był niewielki, prowadzony przez starsze, serdeczne małżeństwo, które codziennie pytało, czy wszystko w porządku. Czułam się tam jak u siebie.

WIDEO

player placeholder

Nie podejrzewałam nic złego

Tego dnia pogoda była wymarzona – słońce świeciło, ale nie prażyło, na deptaku pełno ludzi, ale nie tłoczno. Usiadłam na ławce w cieniu klonu, obserwując przechodniów i ciesząc się spokojem. Nawet nie zauważyłam, kiedy obok mnie pojawiła się kobieta. Miała około pięćdziesięciu lat, była nienagannie ubrana – beżowy płaszcz, starannie ułożone włosy, delikatny makijaż. W ręce trzymała skórzaną teczkę i uśmiechała się tak, jakbyśmy znały się od lat.

– Przepraszam, że przeszkadzam – zaczęła ciepłym, uprzejmym tonem. – Jestem przedstawicielką fundacji „Złota Jesień”. Prowadzimy kampanię na rzecz aktywizacji seniorów i właśnie dziś zbieramy podpisy poparcia, a dla zainteresowanych mamy też miłą niespodziankę.

Zobacz także:

Spojrzałam na nią uważnie. Wydawała się sympatyczna, profesjonalna. Pewnie dlatego od razu opuściłam gardę.

Jaką niespodziankę? – zapytałam z odrobiną ciekawości, bo przecież czasem los potrafi zaskoczyć.

– Organizujemy loterię, w której można wygrać vouchery na darmowe turnusy rehabilitacyjne w najlepszych polskich ośrodkach. Udział jest dobrowolny, ale pomyślałam, że może panią zainteresuje. To szansa na wyjazd, o którym wielu marzy, zwłaszcza, że coraz trudniej o takie rzeczy z własnej kieszeni. Wystarczy wpłacić pięćdziesiąt złotych.

Poczułam dreszczyk ekscytacji. Od dawna odkładałam myśl o sanatorium nad morzem, bo zawsze było coś ważniejszego. Pięćdziesiąt złotych za szansę? To nie majątek, pomyślałam. Kobieta wyjęła z teczki elegancko wydrukowane ulotki i formularze. Ulotka wyglądała bardzo profesjonalnie, z logo fundacji, adresami, nawet numerem telefonu.

Byłam z siebie dumna

– Wystarczy wypełnić ten formularz i uiścić symboliczną opłatę manipulacyjną – powiedziała, przesuwając do mnie kartkę i długopis. – Pięćdziesiąt złotych. Ta kwota w całości zasila fundusz naszej fundacji, a dzięki temu może pani wziąć udział w losowaniu. Dodatkowo, jeśli nie wygra pani turnusu, dostanie pani od nas pakiet poradników zdrowotnych i zaproszenie na nasze spotkanie integracyjne.

Zrobiło to na mnie wrażenie. Wszystko wyglądało uczciwie, a kobieta sprawiała wrażenie osoby, która wie, co robi. Wpisałam swoje dane – imię, nazwisko, adres, numer telefonu i PESEL, bo, jak tłumaczyła, to konieczne do identyfikacji zwycięzcy. Nie zastanawiałam się nad tym. Wyciągnęłam pięćdziesiąt złotych i wręczyłam jej banknot. Kobieta schowała pieniądze do małej kasetki i wręczyła mi potwierdzenie zgłoszenia z nadrukowanym numerem losu.

– Losowanie odbędzie się pod koniec miesiąca. Będziemy dzwonić! – uśmiechnęła się. – Życzę pani dużo zdrowia i udanego pobytu w Krynicy.

Odeszła z taką lekkością, jakby nie zostawiła za sobą żadnych śladów. Przez chwilę poczułam dumę – zrobiłam coś dobrego, a może i los się do mnie uśmiechnie. Przez resztę dnia spacerowałam po parku, piłam wodę w pijalni i rozmyślałam o tym, jak przyjemnie byłoby pojechać na taki turnus.

Ziarno niepokoju zostało zasiane

Wieczorem w pensjonacie, kiedy szykowałam się do kąpieli, z torebki wypadł mi ten numerek. Usiadłam przy stole i zaczęłam mu się przyglądać. Był wydrukowany na zwykłym papierze, choć trochę grubszym. Logo fundacji „Złota Jesień” wyglądało znajomo, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie je widziałam. Pomyślałam, że sprawdzę w internecie, kiedy dokładnie będzie to losowanie.

Wyszukałam nazwę fundacji na telefonie. Wyniki były zaskakujące. Nie znalazłam oficjalnej strony, tylko kilka artykułów na lokalnych portalach. Jeden z nich miał tytuł: „Uwaga na oszustkę podającą się za pracownicę fundacji!” Serce zabiło mi mocniej. W artykule dokładnie opisano kobietę: elegancki płaszcz, skórzana teczka, uprzejmy sposób bycia, zbieranie danych osobowych pod pozorem loterii. Tak opowiadali o niej inni ludzie wciągnięci w tę akcję.

Przeczytałam tekst dwa razy. Wszystko się zgadzało. Opis sprawdzał się co do szczegółu – nawet sposób, w jaki zwracała się do rozmówców i miejsce rzekomego losowania. Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Przez chwilę siedziałam bez ruchu, z otwartą stroną w telefonie, czując narastający niepokój. Przecież podałam jej wszystkie swoje dane, nawet PESEL! I jeszcze te pieniądze…

Czułam wstyd i strach

Siedziałam na łóżku, ściskając w dłoni ten bezwartościowy świstek papieru. Pięćdziesiąt złotych – nie wielka strata, ale nie o pieniądze tu chodziło. Czułam się upokorzona, wykorzystana i, co najgorsze, sama sobie byłam winna. Przecież zawsze powtarzałam dzieciom i wnukom: „Nie podawajcie swoich danych, nie ufajcie obcym, nie klikajcie w podejrzane linki”. A ja? Dałam się nabrać jak bezmyślna nastolatka.

Przez głowę zaczęły przelatywać najczarniejsze scenariusze. Co ta kobieta może zrobić z moimi danymi? Wziąć kredyt? Założyć fałszywą firmę? A może wyłudzić coś jeszcze na mój koszt? Nie mogłam spać prawie całą noc. Wstawałam, chodziłam po pokoju, próbowałam uspokoić myśli. Po północy zadzwoniłam do dorosłej córki, choć wiedziałam, że ją zmartwię.

– Mamo, spokojnie – powiedziała, gdy wreszcie się wygadałam. – Najpierw zastrzeż dowód, potem zadzwoń do banku, a jutro rano zgłoś sprawę na policję. Zobaczysz, wszystko się ułoży.

Rano, ledwo słońce wzeszło, pojechałam autobusem do centrum. Najpierw odwiedziłam oddział banku i poprosiłam o zastrzeżenie dowodu osobistego oraz o blokadę wszelkich nowych wniosków kredytowych. Konsultantka uspokoiła mnie, tłumacząc, że na razie nie ma żadnych prób oszustwa na moje dane. Poradziła sprawdzić raport w BIK.

Następnie poszłam na komisariat. Funkcjonariusz spisał moje zeznania, obejrzał potwierdzenie zgłoszenia i pokiwał głową ze współczuciem.

– Niestety, nie jest pani pierwsza w tym sezonie – powiedział. – Te osoby są niezwykle sprytne, potrafią wzbudzić zaufanie. Wykorzystują, że w sanatoriach i kurortach ludzie są bardziej otwarci i rozluźnieni.

Przyjęli zgłoszenie, ale od razu uprzedzili, że szanse na odzyskanie pieniędzy są właściwie zerowe. Najważniejsze, by zabezpieczyć swoje dane i zachować czujność.

Przestałam ufać ludziom

Po powrocie do pensjonatu długo nie mogłam się pozbierać. Czułam, jak coś we mnie zgasło. Jeszcze tego samego dnia musiałam stawić się w urzędzie miasta, żeby złożyć wniosek o nowy dowód osobisty. Urzędniczka była miła, ale widziałam, że nie jestem pierwszą osobą, która przyszła z takim problemem.

Reszta pobytu upłynęła mi pod znakiem niepokoju. Przestałam wychodzić na długie spacery, omijałam ludzi szerokim łukiem, a każda próba rozmowy ze strony obcych wywoływała u mnie natychmiastowe napięcie. Nawet znajome twarze z pensjonatu wydawały mi się podejrzane, choć wcześniej tak swobodnie rozmawialiśmy przy śniadaniu.

Wieczorami długo nie mogłam zasnąć. Co chwilę sprawdzałam telefon i skrzynkę mailową, kontrolując, czy nie pojawiają się podejrzane wiadomości. Zgłosiłam sprawę na specjalistycznym portalu, żeby nikt nie wykorzystał moich danych do założenia fikcyjnej firmy czy wzięcia kredytu.

Najgorszy był jednak wstyd. Nie umiałam sobie wybaczyć tej naiwności. Zawsze myślałam, że jestem rozsądna, roztropna, nie dam się nabrać na takie sztuczki. Tymczasem wystarczyło kilka minut rozmowy i ktoś obcy zabrał mi nie tylko pieniądze, ale też poczucie bezpieczeństwa.

Po powrocie do domu opowiedziałam dzieciom i znajomym, co się stało. Reakcje były różne – jedni współczuli, inni nie kryli zdziwienia, że tak łatwo dałam się nabrać. Nawet sąsiadka, która zawsze była do mnie bardzo serdeczna, rzuciła:

– Tereso, jak mogłaś podać PESEL obcej osobie? Przecież o tym się teraz tyle mówi!

Wiedziałam, że mają rację, ale nie chciałam już roztrząsać tematu. Przez kilka następnych miesięcy byłam bardzo ostrożna. Unikałam rozmów z obcymi, w sklepie czy na ulicy reagowałam nieufnie na wszelkie pytania o dane osobowe. Czułam, że coś się we mnie zmieniło na stałe.

Najgorsze były dni, gdy w skrzynce pojawiały się listy z nieznanych instytucji. Każdy taki list przyprawiał mnie o szybsze bicie serca. Na szczęście nigdy nie przyszło żadne wezwanie do zapłaty czy decyzja kredytowa. Bank regularnie informował mnie, że wszystko jest w porządku. Jednak lęk pozostał.

Zamknęłam się na nowości

Minął rok, zanim znów wyjechałam gdzieś sama. Tym razem do Nałęczowa – i już od progu byłam podejrzliwa wobec wszystkich. Gdy młody chłopak rozdawał ulotki o jakiejś fundacji, minęłam go bez słowa. Z jednej strony czułam się bezpieczniejsza, z drugiej – samotniejsza. Straciłam tę radość z nawiązywania nowych znajomości, lekką ciekawość świata i ludzi. Wiem, że są uczciwe organizacje, które naprawdę pomagają potrzebującym. Ale ja już nie potrafię nikomu zaufać. Zawsze zadaję sobie pytanie: „A jeśli to kolejna pułapka?”.

Czasem myślę, że to nie kobieta w beżowym płaszczu odebrała mi najwięcej. Najbardziej boli utrata tej prostej wiary w dobre intencje innych. Być może z czasem wrócę do dawnej siebie, ale teraz czuję się, jakbym nosiła w sobie cienką warstwę lodu – zawsze gotową do ścięcia się mocniej, gdy ktoś za bardzo się zbliży.

Moja historia nie jest wyjątkowa. Rozmawiałam później z kilkoma osobami, które przeżyły coś podobnego. Każda z nas została w jakiś sposób zraniona – nie tylko finansowo, ale właśnie w środku. I każda z nas mówi to samo: „Lepiej być ostrożną niż naiwną. Ale szkoda, że musiałyśmy nauczyć się tego w taki sposób”.

Teresa, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: