Patrzyłam w lustro, poprawiając szminkę, i czułam, jak po plecach spływa mi zimny pot irytacji. To była nasza trzecia rocznica ślubu. Trzecia, podobno drewniana, chociaż wolałabym, żeby była diamentowa, bo może wtedy Igor poczułby presję. Ale nie, on nie czuł presji nigdy. Wyszłam z łazienki do salonu. Mój mąż siedział na kanapie w pogniecionej koszulce i dresach, wpatrzony w telefon.

WIDEO

player placeholder

To było jak samotna rocznica we dwoje

– Jesteś gotowy? – zapytałam, starając się brzmieć łagodnie, chociaż miałam ochotę krzyczeć.

Podniósł wzrok, jakby dopiero sobie przypomniał, że w ogóle tu jestem.

Zobacz także:

– A, tak. Zaraz. Gdzie właściwie idziemy?

Zacisnęłam zęby.

– Do „La Verandy”. Rezerwowałam stolik miesiąc temu, mówiłam ci o tym ze cztery razy.

– O, fajnie. Włoska? – mruknął, podnosząc się leniwie.

– Tak, Igor, włoska.

Czekałam na niego w przedpokoju kolejne piętnaście minut, podczas gdy on szukał czystej koszuli i skarpetek do pary. To ja musiałam pamiętać o dacie, to ja zadzwoniłam do restauracji, to ja zorganizowałam wszystko. W torebce miałam nawet małe pudełeczko z kolczykami, które kupiłam sobie rano. Powiedziałam sobie, że to prezent od niego, żeby nie było mi aż tak żal.

Wyszliśmy na klatkę schodową. Igor jeszcze coś sprawdzał w telefonie, ja już miałam dość. W ciszy zjechaliśmy windą, potem szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę restauracji. Padał lekki deszcz, przez chwilę miałam nadzieję, że może chociaż otoczenie nada temu wieczorowi odrobinę magii. Ale mokre chodniki i światła latarni odbijające się w kałużach wyglądały raczej smutno niż romantycznie.

Nie miał dla mnie nic

W restauracji było gwarno i przyjemnie, kelner przyniósł nam menu. Igor patrzył w kartę z miną człowieka, który ma rozwiązać skomplikowane równanie matematyczne.

Co bierzesz? – zapytał po chwili.

– Zastanawiam się nad risotto z owocami morza – odpowiedziałam, zerkając na niego.

– To ja chyba też. Nie chce mi się myśleć.

Odetchnęłam głęboko. „Nie chce mi się myśleć” – to było jego życiowe motto od dobrych kilku miesięcy. Kiedyś uważałam, że jego luz i brak pośpiechu są urocze. Był takim stabilnym, spokojnym punktem w moim zabieganym świecie. Ale teraz czułam się, jakbym miała na utrzymaniu dużego chłopca, który nie potrafi podjąć decyzji nawet w kwestii makaronu.

Kelner przyniósł napoje. Stuknęliśmy się kieliszkami.

Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy – powiedziałam z wymuszonym uśmiechem.

– No, wszystkiego najlepszego – odpowiedział, upijając spory łyk.

Czekałam. Czekałam, aż wyciągnie z kieszeni chociażby mały kwiatek, kartkę, cokolwiek. Ale on po prostu oparł się o stoół i zaczął jeść chleb z oliwą, patrząc na ludzi przy sąsiednich stolikach.

Kupiłeś mi coś? – zapytałam w końcu, nie mogąc znieść napięcia.

Spojrzał na mnie z paniką w oczach.

– Natka, przepraszam. Miałem taki młyn w pracy... Wiesz, ten projekt. Kompletnie mi wyleciało.

– Wyleciało ci? Przecież rano ci przypominałam.

– Wiem, wiem. Kupię ci coś jutro, obiecuję. Wybierzesz sobie.

Wyciągnęłam z torebki pudełeczko i położyłam na stole.

– Nie musisz. Sama sobie kupiłam. Zobacz, ładne?

Zrobił się czerwony na twarzy, ale nie powiedział nic. Spuścił wzrok na swój talerz.

Jakbym rozmawiała ze ścianą

Na początku próbowałam jeszcze podtrzymać rozmowę. Spytałam go o nową koleżankę z jego działu, o jego nowy ulubiony serial, o to, czy pamięta, jak wyglądała nasza pierwsza randka. Na wszystko reagował półsłówkami.

– A, ta nowa? Spoko babka, robi kawę dla wszystkich. Mówiłem ci już o niej?

– Mówiłeś. A nasza pierwsza randka, pamiętasz ją?

– No jasne. W kinie byliśmy, nie?

W teatrze. Na jakimś kiepskim spektaklu, pamiętasz, jak ci dwaj aktorzy zapomnieli tekstu?

– A, no tak. W sumie zabawnie było.

I znów cisza, tylko dźwięki sztućców i szum rozmów innych gości. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesadzam z tą potrzebą świętowania, ale potem poczułam, że to nie o prezenty i świętowanie chodzi. Chodzi o to, że czuję się niewidzialna we własnym małżeństwie.

Kelner przyniósł nasze dania. Igor od razu rzucił się na risotto, jakby był bardzo głodny. Ja grzebałam widelcem w talerzu, nie mogąc przełknąć ani kęsa. Spojrzałam na parę przy oknie – on obejmował ją ramieniem, ona śmiała się do łez. Poczułam ukłucie zazdrości i natychmiast zawstydziłam się własnych myśli.

Zadałam mu jedno proste pytanie

Przypomniałam sobie, jak Igor kiedyś potrafił mnie zaskakiwać. W pierwszą rocznicę zabrał mnie na spontaniczny piknik, w drugą zamówił do domu sushi, którym się objadaliśmy w piżamach. Śmialiśmy się wtedy, robiliśmy głupie selfie. Teraz wszystko spadło na mnie. Ja pamiętam o okazjach, ja planuję, ja dbam o nas. A on? On żyje obok, jakbyśmy byli współlokatorami, nie małżeństwem.

Zastanawiałam się, czy powinnam powiedzieć mu wprost, co czuję. Ale bałam się, że usłyszę kolejne „przepraszam, poprawię się”. Słowa, które nic nie zmieniają.

– Igor, ty w ogóle jeszcze chcesz być w tym związku? – wyrwało mi się nagle, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Uniósł brwi, zaskoczony.

– Co ty gadasz? Jasne, że chcę. Skąd ci to przyszło do głowy?

– Bo czasem mam wrażenie, że jestem ci zupełnie obojętna. Jakbyśmy byli tylko znajomymi, którzy razem mieszkają.

Westchnął, odłożył widelec.

– Przepraszam, Natka. Serio. Wiem, że nawaliłem. Ale mam ostatnio taki mętlik w głowie, że naprawdę nie ogarniam. Obiecuję, poprawię się. Może wyjedziemy gdzieś w weekend, co?

Pokiwałam głową, ale nie miałam już siły ciągnąć tej rozmowy. Dostałam kolejną słabą wymówkę. Chciałam już tylko wrócić do domu.

Powrót do pustego mieszkania

Wróciliśmy w milczeniu. Przez całą drogę czułam się, jakbyśmy każdy szli osobno, chociaż byliśmy obok siebie. W windzie Igor przytulił mnie lekko, jakby z obowiązku, a ja odsunęłam się pod pretekstem poprawiania torebki.

W domu on od razu poszedł do sypialni, rzucił się na łóżko, włączył telewizor i zniknął pod kołdrą. Ja zostałam w kuchni. Nalewałam sobie resztkę soku z otwartej wczoraj butelki, patrzyłam w ciemne okno. Wzięłam do ręki pudełeczko z kolczykami i obracałam je w palcach. Ładne, delikatne, srebrne. Sama sobie wybrałam i kupiłam, bo nikt inny o mnie nie pomyślał.

Usiadłam przy stole, rozpięłam marynarkę i pozwoliłam sobie na kilka łez. Pomyślałam, że to głupie – płakać przez prezent, przez kolację, przez rocznicę. Ale to nie o to chodziło. Chodziło o to, że nie chcę cały czas nieść wszystkiego na własnych barkach. Przypominać, planować, dbać, pilnować. Chciałabym choć raz poczuć, że ktoś o mnie pamięta bez podpowiedzi.

Jego słowa były puste

Gdy już miałam iść spać, Igor pojawił się w kuchni, potargany, zaspany.

Idziesz spać? – zapytał, ziewając.

– Za chwilę – odpowiedziałam cicho.

Podszedł i przytulił mnie niezgrabnie od tyłu.

Przepraszam za dzisiaj. Naprawdę się poprawię.

Słyszałam to już tyle razy. Zamknęłam oczy. Nie czułam złości, tylko dojmującą pustkę.

– Zobaczymy, Igor. Zobaczymy.

Chciałam mu powiedzieć, że nie chodzi o prezent, ale o to, jak się czuję. Że boję się, że nigdy nie przestanie być mu wszystko jedno. Ale nie miałam siły na kolejną rozmowę, którą i tak byśmy przerwali w połowie.

Zazdrościłam szczęśliwym koleżankom

Przez kolejne dni wracałam myślami do tej rocznicy. Do tego, jak bardzo się starałam, jak bardzo on nie zauważał. Do naszych rozmów, które są coraz bardziej powierzchowne. Do tego, że coraz częściej czuję się samotna, nawet kiedy Igor jest obok. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy dokładnie staliśmy się dla siebie tak obcy. Kiedy przestał się starać? A może to ja przestałam od niego czegokolwiek wymagać?

Pamiętam, jak kiedyś Igor potrafił mnie zaskoczyć drobiazgami. Wysłał mi kiedyś do pracy SMS-a z tekstem: „Myślę o tobie, zrób sobie przerwę na kawę”. Albo przyniósł mi śniadanie do łóżka w sobotę. Teraz nawet nie pamięta, jaka jest moja ulubiona kawa. Chciałabym, żeby znów mu zależało. Ale nie wiem, czy to jeszcze możliwe.

W pracy przyłapywałam się na tym, że zazdroszczę koleżankom, które opowiadają o swoich partnerach, o wspólnych wyjazdach, o drobnych gestach na różne okazje. A ja? Ja zmyślam, że Igor planuje nasz urlop, że kupił mi kwiaty „tak bez okazji”. Wstyd mi było się przyznać, że to wszystko wymyślam tylko po to, żeby nie czuć własnej samotności.

Obiecał mi, że się zmieni

Minął tydzień od rocznicy, a ja wciąż czułam ciężar na sercu. Postanowiłam, że spróbuję jeszcze raz porozmawiać z Igorem, ale tym razem nie o prezentach, tylko o nas. Kiedy wrócił z pracy, zaproponowałam spacer po parku. Było już letnie popołudnie, powietrze pachniało lipami.

– Igor, mogę ci coś powiedzieć?

– Jasne, co jest?

– Chciałabym, żebyśmy znów byli dla siebie ważni. Żebyś czasem o mnie pomyślał, zanim ci przypomnę. Żebyś sam coś zaplanował, nawet najdrobniejszą rzecz. Bo inaczej nie wiem, czy dam radę tak dalej.

Przez chwilę milczał, patrzył gdzieś w dal.

– Wiem, że cię zaniedbałem. Ostatnio wszystko mnie przerasta, praca, życie... Ale nie chcę cię stracić. Może pójdziemy na terapię? Albo spróbujemy zaplanować coś razem, na zmianę?

Ta propozycja mnie zaskoczyła. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby sam wyszedł z inicjatywą. Może to tylko słowa, ale może coś się w nim ruszyło.

– Spróbujmy – powiedziałam. – Ale musisz się postarać. Ja już nie chcę robić wszystkiego sama.

– Dobrze, obiecuję.

Nie wiem, co będzie dalej. Może Igor się zmieni, może nie. Ale czuję, że muszę też zadbać o siebie, nauczyć się nie brać na siebie całego ciężaru. Może powinnam odpuścić kontrolę i poczekać, aż on sam coś wymyśli. Może powinnam przestać udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest. Na razie patrzę na swoje nowe kolczyki i myślę, że chociaż ten jeden drobiazg zrobiłam dla siebie. I to też się liczy.

Natalia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: