Mój mąż stał z taką miną, jakby wygrał w totka. Wielkie pudło z logo znanej marki, on w progu z uśmiechem od ucha do ucha, a ja z zakupami w rękach, które nagle wydały mi się nieważne.
WIDEO…
– Beata, musisz to zobaczyć – powiedział, zanim jeszcze zamknęłam drzwi.
– Co to jest?
– Dron. Profesjonalny. Taki, jakim kręcą filmy w telewizji.
Wydał oszczędności
Postawiłam torby na podłodze w kuchni i wróciłam do przedpokoju. Tomek już rozrywał karton, jakby to były święta.
– Ile to kosztowało?
Zawahał się. To zawahanie mnie zaniepokoiło bardziej niż jakakolwiek liczba, którą mógłby wymienić.
– Trochę powyżej naszego budżetu na wakacje.
– Trochę, czyli ile?
– Sześć tysięcy.
Usiadłam na taborecie, bo nogi się pode mną ugięły. Sześć tysięcy złotych. Tyle odkładaliśmy od stycznia, żeby w sierpniu polecieć do Grecji, na wyspę, o której marzyłam od lat. Miałam już wybrany hotel nad samym morzem, z tarasem, z którego widać zachód słońca.
– To były nasze pieniądze na wakacje.
– Wiem, wiem, ale zobacz, jaki to sprzęt. Będziemy latać nad jeziorem, kręcić filmy, może nawet zaczniemy robić zdjęcia ślubne z powietrza. To się zwróci.
Kupił sobie drona
Nie wierzyłam w ani jedno słowo, ale byłam zbyt zszokowana, żeby się kłócić. Patrzyłam, jak wyciąga z pudła białe, błyszczące ramiona drona, cztery wirniki, kamerę wielkości pudełka od zapałek. Wyglądało to drogo. Wyglądało to jak coś, co powinno zostać w sklepie. Cały wieczór siedział z instrukcją, czytał fora, oglądał filmiki na YouTube. Ja siedziałam z kalkulatorem w telefonie, próbując policzyć, ile jeszcze musielibyśmy odłożyć, żeby wyjazd w ogóle miał sens.
– Może da się to zamienić na coś tańszego – powiedziałam w pewnym momencie. – Zwrócić i wziąć mniejszy model?
– Kupiłem to na Allegro od prywatnej osoby, bez faktury. Nie da się zwrócić.
– Czyli nie mamy nawet gwarancji?
– No, coś tam było, ale nieważne, przecież się nie zepsuje. To jest solidny sprzęt.
Pomyślałam o naszej córce, która w tym roku zaczynała studia i pytała, czy da się na coś dorzucić na akademik. Pomyślałam o moim ojcu, który od miesięcy powtarzał, że powinniśmy odpocząć, bo pracujemy jak automaty. Pomyślałam o tym, jak bardzo chciałam usiąść na plaży i przez tydzień nie myśleć o niczym.
– A jak coś się stanie? – zapytałam.
– Nic się nie stanie. Jestem ostrożny.
Nie wierzyłam mu
Uśmiechnął się do mnie tak, jak umiał to robić od dwudziestu lat, tym swoim rozbrajającym uśmiechem, który zwykle sprawiał, że wybaczałam mu prawie wszystko. Tym razem jednak w brzuchu czułam ciężki kamień. W sobotę rano Tomek obudził mnie wcześniej niż zwykle.
– Wstawaj, jedziemy nad jezioro, muszę go wypróbować.
Pojechaliśmy razem, bo nie chciałam siedzieć w domu i się zamartwiać. Może myślałam, że jeśli będę patrzeć, poczuję się częścią tego szaleństwa, a nie tylko jego ofiarą. Nad jeziorem było pusto, tylko kilku wędkarzy w oddali.
Tomek postawił drona na trawie, sprawdził akumulator, uruchomił aplikację w telefonie. Miał taką samą minę, jak wtedy, kiedy pierwszy raz próbował złożyć komodę z IKEA, czyli pewność siebie, której nic jeszcze nie zdążyło podważyć.
– Dobra, startujemy.
Dron wzniósł się z lekkim bzyczeniem, może metr, może dwa. Serce mi zabiło szybciej, może to jednak zadziała, może naprawdę odzyskamy pieniądze, robiąc zdjęcia na wesela? I wtedy coś poszło nie tak.
Wyrzucił nasze pieniądze
Dron zakołysał się w powietrzu, jakby zawahał się, w którą stronę polecieć, a potem, zupełnie bez ostrzeżenia, poszybował w bok i z całą siłą uderzył w gałąź drzewa. Rozległ się trzask, plastikowe kawałki posypały się na trawę, a to, co jeszcze przed chwilą kosztowało sześć tysięcy złotych, teraz leżało w kawałkach. Tomek stał z otwartymi ustami, telefon wciąż trzymał w rękach, jakby czekał, że aplikacja zaraz powie mu, że to tylko żart.
– Co się stało… – wymamrotał.
Ja nie powiedziałam nic. Patrzyłam na porozrzucane odłamki i myślałam tylko o jednym: to były nasze wakacje. To była Grecja, taras z widokiem na morze, wieczory, o których marzyłam całą zimę. Wszystko leżało teraz w trawie, roztrzaskane na kawałki wielkości paznokcia. Podeszłam bliżej, żeby dokładniej zobaczyć szkody. Jedno z ramion wirnika złamane. Coś w środku, jakaś płytka, wystawało na wierzch jak żebro.
– Może się naprawi – powiedział Tomek, ale głos mu się łamał.
– Spójrz na to. To jest roztrzaskane.
Marzenia uleciały
Zebrał kawałki do plastikowej torby i przez całą drogę do domu nie odezwał się słowem. Ja też milczałam, bo bałam się, że jeśli otworzę usta, powiem coś, czego nie da się już cofnąć. W domu włączył komputer i zaczął szukać w internecie serwisów, które naprawiają drony. Pierwszy wycenił naprawę na dwa tysiące złotych, jeśli w ogóle uda się dostać części. Drugi w ogóle nie odpisał. Trzeci powiedział, że taniej będzie kupić nowy.
– Czyli mamy teraz kupę złomu za sześć tysięcy złotych – powiedziałam w końcu, siadając przy stole. – I nie mamy pieniędzy na wakacje.
– Przepraszam. Naprawdę myślałem, że to się opłaci.
– Wiesz, co najbardziej mnie boli? Że nawet mnie nie zapytałeś. Po prostu to kupiłeś, jakby to były twoje pieniądze, a nie nasze.
Spuścił głowę. Nie próbował się kłócić, co jeszcze bardziej mnie rozzłościło, bo wolałabym, żeby się bronił, żebym mogła się z nim pokłócić i wykrzyczeć całą frustrację, a nie siedzieć naprzeciw kogoś, kto po prostu wygląda jak przyłapane dziecko.
Byłam wściekła
Myślałam o tym, jak bardzo się cieszyłam, planując tę podróż. Przeglądałam zdjęcia białych domków na wyspach, zapisywałam sobie nazwy tawern, w których chciałam zjeść. Teraz to wszystko wydawało się odległe. Wieczorem po pracy usiedliśmy w kuchni. Tomek przygotował kolację, co u niego było zawsze znakiem, że czuje się winny.
– Znajdę sposób, żeby to nadrobić. Może wezmę dodatkowe zlecenia, może sprzedam część sprzętu wędkarskiego.
– Nie chcę, żebyś sprzedawał swoje rzeczy. Chcę, żebyś przestał kupować coś, o czym nie rozmawialiśmy wcześniej.
– Wiem. Miałem wrażenie, że to dobra inwestycja.
– Chciałeś mieć nową zabawkę i nie pomyślałeś, że mamy inne plany.
Patrzył na talerz, jakby liczył ziarnka ryżu.
– Przepraszam. Naprawdę.
Wiedziałam, że to szczere przeprosiny, ale one nie oddadzą nam z powrotem sześciu tysięcy złotych. Czułam w sobie żalu i złość, ale też zmęczenie tym, że wciąż muszę być tą, która liczy, planuje, upomina.
Próbował to zrekompensować
Minęły dwa tygodnie. Zamiast pakować walizki, siedziałam na balkonie i rozmawiałam z sąsiadką. Próbowałam znaleźć jakiekolwiek oferty last minute, które nie kosztowałyby fortuny. Wszystko było poza naszym budżetem, bo budżetu praktycznie nie było. Tomek codziennie przynosił mi jakąś propozycję rekompensaty. Raz zaproponował, że zamiast Grecji zorganizujemy wypad nad polskie morze, innym razem, że będziemy grillować co weekend, żeby przynajmniej czuć się jak na wakacjach.
Zgodziłam się na weekend nad jeziorem, niedaleko domu. Spakowaliśmy namiot, śpiwory, jedzenie. Kiedy siedzieliśmy przy ognisku, patrząc na wodę, poczułam coś, co mnie samą zdziwiło. Nie była to radość porównywalna z marzeniami o Grecji, ale był w tym jakiś spokój.
– Wiem, że to nie to samo – powiedział Tomek, podając mi kubek z herbatą. – Ale obiecuję, że następny większy zakup będziemy omawiać razem. Nawet jeśli to będzie coś za pięćdziesiąt złotych.
Uśmiechnęłam się, choć wciąż czułam żal.
– Postaraj się, żeby to była nie tylko obietnica.
Dostał nauczkę
Drona oddaliśmy do punktu serwisowego, który zgodził się kupić resztki na części za niewielką kwotę, znacznie mniejszą niż to, co wydaliśmy. Te pieniądze wpadły na nasze konto wakacyjne, jak żałosna resztka po katastrofie.
Do dziś, kiedy widzę drona w telewizji albo na filmiku w internecie, czuję ukłucie w żołądku. Nie chodzi już o same pieniądze, choć te wciąż odczuwamy w budżecie. Chodzi o to uczucie, kiedy patrzyłam na roztrzaskane kawałki plastiku leżące w trawie i wiedziałam, że razem z nimi rozpadło się coś, na co czekałam cały rok. Grecję odłożyliśmy na następne lato. Tomek trzyma się swojej obietnicy, przynajmniej na razie, konsultuje ze mną każdy większy wydatek.
Czasem jeszcze wspominamy tamten dzień nad jeziorem, śmiejąc się nerwowo, bo to jedyny sposób, żeby nie czuć się głupio za to, jak łatwo można stracić coś, na co się długo czekało. A ja, kiedy wieczorami przeglądam zdjęcia greckich wysp, wiem, że kiedyś tam polecę. Może nie w tym roku, ale polecę. I chyba nigdy w życiu nie kupię nikomu drona na prezent.
Beata, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Latami pomagałam teściom w ogrodzie z dobrego serca. Z czasem zrozumiałam, że traktują mnie jak darmowego parobka”
- „Dostawałam jagodzianki pod drzwi od tajemniczego wielbiciela. Gdy poznałam prawdę o moim adoratorze, ręce mi opadły”
- „Gdy mąż zaproponował wyjazd w góry, czułam, że coś knuje. Wdzięczył się do sąsiadki i myślał, że niczego nie zauważę”



























