Poznaliśmy się na aplikacji randkowej. Jacek od razu wyróżniał się z tłumu. Nie pisał w kółko tego samego, nudnego „hej, co tam?”. Zamiast tego zapytał, czy wolałabym spędzić resztę życia w górskiej chacie, czy na jachcie zacumowanym gdzieś w okolicach Saint-Tropez. Oczywiście wybrałam to drugie. Wtedy zaczęła się nasza gra.
WIDEO…
Nie dopytywałam
Jacek godzinami opowiadał mi o swoich planach, inwestycjach i podróżach. Mówił, że odziedziczył po dziadku dom na południu Francji.
— To nic wielkiego, Martuś, zwykła kamienica, ale wiesz, widok na morze rekompensuje wszystko — opowiadał pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy w kawiarni. — Musimy tam pojechać. Chciałbym ci to pokazać. Wyobraź sobie: poranna kawa na tarasie, zapach lawendy, wino wieczorem przy zachodzie słońca.
Brzmiało to jak scenariusz filmu. A ja, naiwna, chłonęłam każde jego słowo. Pracowałam jako księgowa w średniej wielkości firmie, moje życie było do bólu przewidywalne. Jacek wnosił w nie powiew wielkiego świata. Nie przeszkadzało mi, że na nasze randki przyjeżdżał starym, trochę poobijanym oplem. Zawsze miał na to wytłumaczenie.
— Moje auto jest u mechanika, wiesz, te nowe modele to sama elektronika, psuje się na potęgę — mówił z uśmiechem, otwierając mi drzwi. — A ten gruchot to pożyczony od kolegi, żeby jakoś dojeżdżać do biura.
Nie dopytywałam. Byłam zbyt zafascynowana nim samym i jego opowieściami. Wierzyłam, że w końcu zabierze mnie w ten swój wymarzony świat.
Zgodziłam się
Minęły trzy miesiące. Nasz związek nabierał rumieńców, a Jacek coraz częściej wspominał o wyjeździe.
— Czas najwyższy, żebyś poznała mój francuski raj — ogłosił pewnego piątku, wręczając mi bukiet róż. — Zarezerwuj sobie dwa tygodnie urlopu na początku sierpnia.
Byłam wniebowzięta. Od razu zaczęłam przeglądać w internecie zdjęcia Lazurowego Wybrzeża, kupiłam nowe stroje kąpielowe, letnie sukienki i kapelusz z dużym rondem. Zaczęłam nawet uczyć się podstawowych zwrotów po francusku. Jacek zajmował się całą logistyką.
— Pojedziemy autem — zdecydował. — Samoloty są teraz takie nieprzewidywalne, odwołują loty, gubią bagaże. A tak zrobimy sobie road trip. Zatrzymamy się po drodze w fajnych miejscach.
— Ale chyba nie tym starym oplem? — zapytałam ostrożnie.
— Jasne, że nie! Odbieram swój wóz w przyszłym tygodniu. Zobaczysz, będzie super.
Niestety, dzień przed wyjazdem zadzwonił do mnie z grobową miną.
— Martuś, nie uwierzysz... Mechanik coś skiepścił. Części nie doszły, auto nie jest gotowe.
Zrobiło mi się gorąco.
— To co teraz? Odwołujemy?
— Nie ma mowy! — zaoponował. — Nie zrezygnuję z naszych wakacji. Pojedziemy tym oplem. Trochę potrwa dłużej, ale damy radę. Przecież liczy się cel, prawda?
Zgodziłam się. Choć perspektywa kilkunastu godzin w starym aucie bez klimatyzacji nie napawała mnie optymizmem, wizja kamienicy z widokiem na morze dodawała mi sił.
Spojrzałam mu prosto w oczy
Wyjechaliśmy wcześnie rano. Jacek zapakował moje walizki do bagażnika i ruszyliśmy. Początkowo byłam w doskonałym nastroju. Puszczaliśmy muzykę, śpiewaliśmy, planowaliśmy, co będziemy robić na miejscu. Jednak po kilku godzinach zaczęłam odczuwać pewien niepokój. Nawigacja w jego telefonie uparcie kierowała nas na południowy wschód, ale jakoś nie widziałam drogowskazów na granicę z Niemcami czy Czechami.
— Jacek, a my nie powinniśmy jechać w stronę Zgorzelca albo chociaż Kudowy? — zapytałam, patrząc na mijane tablice z polskimi nazwami miejscowości.
— Spokojnie, kochanie. Mam tu wpisaną specjalną trasę, omijamy korki na autostradach. Zaufaj mi.
Ufałam. Przez kolejne dwie godziny. Ale gdy zobaczyłam znak z napisem „Radom 20 km”, coś we mnie pękło.
— Jacek, zatrzymaj się — powiedziałam stanowczo.
— Co się stało? Musisz do toalety?
— Zatrzymaj się! — krzyknęłam.
Zjechał na pobocze. Spojrzałam mu prosto w oczy.
— Gdzie my jedziemy?
— No... na południe.
— Do Radomia? Z tego co wiem, Radom nie leży na trasie na Lazurowe Wybrzeże.
Jacek zaczął nerwowo przecierać twarz.
— Bo widzisz, Marta... Musimy po drodze coś załatwić.
— Co załatwić?
— Zatrzymać się u mojej rodziny. Na kilka dni.
— Jakiej rodziny? Przecież mówiłeś, że twoi rodzice mieszkają w Gdańsku!
— Rodzice tak, ale... to moja żona i dzieci.
Złapałam się za głowę
Zatkało mnie. Myślałam, że się przesłyszałam.
— Żona? Dzieci? — wydukałam w końcu. — Ty masz żonę?!
— Jesteśmy w separacji! — wybuchnął, próbując się tłumaczyć. — To znaczy... nie formalnie, ale żyjemy osobno. Ja pracuję w Warszawie, ona została w domu pod Radomiem z chłopakami.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Cały ten misternie zbudowany wizerunek zaczął pękać jak mydlana bańka.
— A kamienica we Francji? — zapytałam lodowatym tonem.
Spuścił wzrok.
— Dziadek miał tam działkę. Kiedyś. Zanim ją sprzedał.
— A ten stary opel?
— Mój. Mamy z Gośką wspólnego vana, ale ona go używa, żeby wozić dzieci do szkoły.
Czułam, jak narasta we mnie gniew, który miesza się z ogromnym upokorzeniem.
— I co ty sobie myślałeś?! — zaczęłam krzyczeć. — Że zabierzesz mnie na wakacje do swojej żony? Że przedstawię się jej i powiem: cześć, jestem kochanką twojego męża, będziemy tu teraz mieszkać w trójkę?!
— Nie! — zawołał spanikowany. — Gośka wie o tobie. Znaczy... wie, że kogoś mam. Myślałem, że wynajmiemy domek na polu namiotowym nad zalewem niedaleko niej, żebym mógł widywać chłopców w ciągu dnia, a wieczorami bylibyśmy razem.
Złapałam się za głowę. Zamiast porannej kawy na tarasie w Saint-Tropez, miałabym wieczorne komary na polu namiotowym pod Radomiem, podczas gdy mój chłopak odgrywałby rolę tatusia u swojej żony.
— Zawieź mnie na najbliższą stację PKP — powiedziałam cicho, ale z taką stanowczością, że nawet nie próbował dyskutować.
Całą drogę do stacji milczeliśmy. Wysiadłam, wyciągnęłam z bagażnika moją piękną, nową walizkę wypełnioną kreacjami na Lazurowe Wybrzeże i odeszłam bez słowa pożegnania. Czekałam na pociąg powrotny na opustoszałym peronie, w upale, z kapeluszem o wielkim rondzie w dłoniach. Czułam się jak największa idiotka na świecie. Jacek próbował dzwonić jeszcze przez kilka dni, ale zablokowałam jego numer. Teraz, kiedy słyszę słowo „Saint-Tropez”, mam przed oczami znak drogowy na Radom.
Marta, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na zjeździe absolwentów chciałem pokazać, że mi się powodzi, choć nie śmierdzę groszem. Sam sobie podstawiłem nogę”
- „Godzinami robiłam dla synowej dwudaniowy obiad. Przepłakałam całą noc po tym, jak mnie potraktowała”
- „Facet obiecywał mi luksus na Lazurowym Wybrzeżu, a był tani hostel z widokiem na śmietnik. Upokorzył mnie ostatni raz”



























