„Mąż widział we mnie praczkę i kucharkę, więc na randki chodziłam z innymi. Nasz związek rozkwitł jak kwiaty na wiosnę”
„Czułam się winna, a jednocześnie niesamowicie podekscytowana. Nie szukałam nowego męża, szukałam siebie. Ale te spotkania dawały mi paliwo. Wiedziałam, że stąpam po cienkim lodzie. Jeden fałszywy ruch i mogłam stracić wszystko, ale jednocześnie czułam, że to jedyna droga, by odzyskać naszą relację”.

- Redakcja
W małżeństwie czułam się jak stary, zaniedbany mebel, na który nikt nie zwraca uwagi. Mój mąż przestał mnie zauważać gdzieś pomiędzy trzecią rocznicą ślubu a remontem łazienki. Stałam się przezroczysta i potwornie samotna w mieszkaniu pełnym ludzi. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie zrobię, uduszę się we własnym życiu albo po prostu zniknę. Postanowiłam zaryzykować wszystko. To była gra na krawędzi, ale w tamtym momencie czułam, że nie mam już nic do stracenia.
Czułam się zrezygnowana
Pamiętam dokładnie ten wieczór, kiedy coś we mnie pękło. To była środowa kolacja, rutyna, która zabijała nas powoli, kęs po kęsie. Siedzieliśmy przy stole w kuchni, tym samym dębowym stole, który wybieraliśmy z taką pasją pięć lat temu. Teraz dzielił nas już nie tylko ten drewniany blat, ale cała galaktyka niewypowiedzianych słów i stłumionych emocji.
– Jak było w pracy? – zapytałam, starając się nadać głosowi jakąś barwę, choć w środku czułam tylko zrezygnowanie.
Krzysztof, mój mąż, nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. Przewijał wiadomości kciukiem, rytmicznie, hipnotycznie.
– W porządku – mruknął, wkładając do ust kawałek pieczeni. – Jutro muszę zostać dłużej. Audyt się zbliża.
– Kupiłam te nowe zasłony, o których mówiliśmy – spróbowałam jeszcze raz, chwytając się ostatniej deski ratunku.
– Mhm. Fajnie.
Fajnie. To słowo było jak gwóźdź do trumny naszej relacji. Nie było kłótni, nie było krzyków, latających talerzy. Była tylko ta przerażająca, lepka obojętność. Czułam się jak duch we własnym domu. Miałam trzydzieści dwa lata, dbałam o siebie, miałam dobrą pracę w agencji reklamowej, a czułam się jak znoszone kapcie.
Posprzątałam po kolacji w ciszy. Krzysztof przeniósł się przed telewizor. Kiedy przeszłam obok niego w nowej, koronkowej koszuli nocnej, nawet nie drgnął. Jego wzrok był utkwiony w meczu ligi angielskiej. Wtedy zrozumiałam, że jeśli czegoś nie zrobię, moje serce po prostu przestanie bić z braku miłości. Nie chodziło o fizyczność, chodziło o uwagę i zainteresowanie.
Ziarno zostało zasiane
Następnego dnia w pracy byłam rozkojarzona. Moja przyjaciółka z biurka obok, Ania, zauważyła to natychmiast. Poszłyśmy na kawę do małej kafejki na rogu, gdzie zapach cynamonu mieszał się z aromatem świeżo mielonej arabiki.
– Wyglądasz, jakby ktoś złamał ci serce – zażartowała, mieszając latte.
– Gorzej – westchnęłam, patrząc w okno na przechodniów. – Mam wrażenie, że moje małżeństwo to fikcja. Krzysztof traktuje mnie jak powietrze.
– To może spraw, żeby powietrze zgęstniało? – rzuciła Ania, a w jej oczach pojawił się błysk. – Faceci już tak mają, Ewelina. Dopóki wiedzą, że jesteś, że czekasz, że jesteś bezpieczna, nie muszą się starać. Musisz stać się trofeum, a nie elementem wyposażenia.
– Co masz na myśli?
– Zacznij żyć. Wyjdź do ludzi. Daj się zaprosić na kawę komuś innemu. Nie mówię o zdradzie, mówię o atencji. O poczuciu, że wciąż jesteś atrakcyjna. Jak ty w to uwierzysz, on też to zobaczy.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to szaleństwo. Ja, mężatka, w przyszłości matka, miałabym chodzić na randki? Ale ziarno zostało zasiane. Tego samego popołudnia, kiedy wracałam do domu, zaczepił mnie mężczyzna w księgarni. Szukałam nowości wydawniczych, a on zapytał o rekomendację kryminału. Rozmawialiśmy dziesięć minut. Patrzył mi w oczy, uśmiechał się, słuchał. Czułam, jak krew zaczyna szybciej krążyć w moich żyłach. Wymieniliśmy się numerami „w sprawach książkowych”. Nazywał się Piotr.
Byłam tym podekscytowana
Wróciłam do domu inna. Nie weszłam cicho jak mysz pod miotłą. Trzasnęłam drzwiami, rzuciłam torebkę na komodę i zaczęłam nucić pod nosem. Krzysztof uniósł brew znad laptopa.
– Coś się stało? – zapytał, wyczuwając zmianę energii.
– Nic, po prostu miałam świetny dzień – rzuciłam lekko, idąc do łazienki.
Zamiast szybkiego prysznica, wzięłam długą kąpiel. Wklepałam w ciało balsam o zapachu drzewa sandałowego. Kiedy wyszłam, Krzysztof wciąż pracował, ale czułam na sobie jego wzrok, gdy myślał, że nie patrzę.
Tydzień później umówiłam się z Piotrem na kawę. Moje serce waliło jak młot pneumatyczny, gdy wchodziłam do kawiarni w centrum. Miałam na sobie czerwoną sukienkę, która od dwóch lat wisiała w szafie, ciągle z metką. Czułam się winna, a jednocześnie niesamowicie podekscytowana.
To nie była randka w romantycznym sensie. Rozmawialiśmy o literaturze, o podróżach, o marzeniach. Piotr był architektem, rozwodnikiem, szukał rozmowy. Ale sposób, w jaki na mnie patrzył – z uznaniem, z ciekawością – działał na mnie hipnotyzująco. Przez godzinę nie byłam żoną Krzysztofa, która zapomniała kupić tabletki do zmywarki. Byłam Eweliną, inteligentną, atrakcyjną kobietą, która ma coś do powiedzenia. Wróciłam do domu o dwudziestej. Krzysztof czekał w kuchni. Nie siedział przed telewizorem.
– Gdzie byłaś? – zapytał, a w jego głosie usłyszałam nutę, której nie było tam od lat. Niepokój.
– Na mieście. Spotkałam się ze znajomym – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale bez wchodzenia w szczegóły.
– Z jakim znajomym?
– Nie znasz go. Opowiadał mi o nowej wystawie w muzeum narodowym. Może byśmy się wybrali w weekend?
Krzysztof mruknął coś niewyraźnie, ale widziałam, jak jego szczęka się zaciska. Mechanizm ruszył.
Mogłam stracić wszystko
Przez kolejne miesiące spotykałam się z trzema różnymi mężczyznami. Był Piotr od książek, był Adam – trener personalny, z którym zaczęłam biegać w parku i który prawił mi komplementy na temat mojej kondycji, i był Dawid, dawny kolega ze studiów, którego przypadkiem napotkałam na portalu społecznościowym.
Z żadnym z nich nie doszło do niczego fizycznego. Granica była dla mnie święta. Nie szukałam nowego męża, szukałam siebie. Ale te spotkania dawały mi paliwo. Wracałam do domu naładowana energią, uśmiechnięta, pewna siebie. Przestałam prosić Krzysztofa o uwagę. Przestałam pytać, czy ładnie wyglądam – bo wiedziałam, że tak jest, słyszałam to od innych.
Paradoksalnie, im mniej uwagi poświęcałam mężowi, tym więcej on poświęcał jej mnie. Pewnego wtorku, kiedy szykowałam się do wyjścia – oficjalnie na „kawę z koleżanką”, choć w rzeczywistości szłam do kina z Dawidem – Krzysztof stanął w drzwiach sypialni. Oparł się o futrynę i patrzył, jak maluję rzęsy.
– Znowu wychodzisz? – zapytał.
– Tak. Nie czekaj z kolacją, zjem coś na mieście.
– Ewelina... – zaczął, podchodząc bliżej. Dotknął mojego ramienia. – Co się z tobą dzieje ostatnio? Jesteś inna.
Odwróciłam się do niego, trzymając w ręku szminkę.
– Jestem szczęśliwa, Krzysztof. Przypomniałam sobie, że lubię wychodzić, rozmawiać, śmiać się.
– A ze mną już nie możesz tego robić?
– Próbowałam. Przez ostatnie dwa lata. Ale ty byłeś zajęty byciem zmęczonym.
Zostawiłam go z tą myślą. Wyszłam, czując, że stawka rośnie. Wiedziałam, że stąpam po cienkim lodzie. Jeden fałszywy ruch i mogłam stracić wszystko, ale jednocześnie czułam, że to jedyna droga, by odzyskać naszą relację.
Chciałam czuć się jak kobieta
Przełom nastąpił w listopadzie. Adam, ten od biegania, zaprosił mnie na wernisaż swojej siostry. To była elegancka impreza. Kupiłam nową, czarną sukienkę z wycięciem na plecach. Wyglądałam obłędnie i wiedziałam o tym. Kiedy wyszłam z łazienki, Krzysztof siedział na brzegu łóżka. Wyglądał na zdruzgotanego. W ręku trzymał mój telefon, który zostawiłam na szafce nocnej.
Ekran wciąż się świecił. Przyszła wiadomość od Piotra: „Dzięki za wczorajszą rozmowę, jesteś niesamowitą kobietą. Do zobaczenia”. Serce stanęło mi w gardle. Nie dlatego, że miałam coś do ukrycia, ale dlatego, że naruszył moją prywatność.
– Kto to jest Piotr? – zapytał cicho, ale jego głos drżał. – I Adam? I ten trzeci, Dawid? Masz kogoś?
Podeszłam do toaletki i spokojnie założyłam kolczyki.
– Nie, Krzysztof. Nie mam nikogo w tym sensie, o którym myślisz. Nie romansuję z nimi. Nie planuję z nimi życia.
– To kim oni są?! – wybuchnął, wstając gwałtownie. – Piszą do ciebie, że jesteś niesamowita. Spotykasz się z nimi. Ubierasz się dla nich!
– Ubieram się dla siebie! – krzyknęłam, odwracając się gwałtownie. – A oni są ludźmi, którzy mnie dostrzegają! Którzy pytają, co myślę, co czuję, co lubię! Kiedy ty ostatnio zapytałeś mnie o coś innego niż to, czy zapłaciłam rachunek za prąd? Kiedy ostatnio spojrzałeś na mnie tak, jak patrzysz teraz – z emocjami, nawet jeśli to wściekłość?
W pokoju zapadła cisza. Krzysztof stał, oddychając ciężko. Widziałam w jego oczach ból, ale też zrozumienie. Prawda uderzyła go prosto w twarz.
– Myślałem, że cię tracę – wydusił w końcu.
– Traciłeś mnie każdego dnia, siedząc przed telewizorem i traktując jak element inwentarza. Te spotkania... one mi przypomniały, że jestem kobietą. Że jestem warta uwagi.
Krzysztof podszedł do mnie powoli. Był blady. Chwycił mnie za ręce.
– Nie idź tam dzisiaj. Proszę. Zostań ze mną.
– Dlaczego?
– Bo chcę cię zabrać na kolację. Nie do kuchni. Do tej włoskiej knajpy, którą lubisz. I chcę posłuchać, co masz do powiedzenia. O wszystkim. O tych facetach też, jeśli musisz. Ale chcę, żebyś ten czas poświęciła mnie.
Patrzyłam na niego i widziałam tego mężczyznę, w którym się zakochałam. Walczył. W końcu walczył.
To był ryzykowny eksperyment
Nie poszłam na wernisaż. Odwołałam spotkanie, wysyłając Adamowi krótką wiadomość z przeprosinami. Tego wieczoru Krzysztof zabrał mnie do restauracji. Nie było łatwo. Rozmowa była trudna, pełna żalu, pretensji, ale też oczyszczająca. Opowiedziałam mu o samotności. O tym, jak bardzo brakowało mi jego dotyku, jego zainteresowania. On przyznał się do tego, że wpadł w rutynę, że praca go przytłoczyła, że uznał moją obecność za pewnik. Bał się. Bał się panicznie, że ci inni mężczyźni dali mi coś, czego on już nie potrafił.
– Musisz się postarać – powiedziałam mu nad pustym talerzem po deserze. – Nie wrócę do bycia meblem. Polubiłam tę nową Ewelinę. Jeśli chcesz z nią być, musisz dotrzymać jej kroku.
– Będę się starał. Obiecuję. Nie chcę, żeby ktokolwiek inny mówił ci, że jesteś niesamowita. To jest moje zadanie.
Od tamtego wieczoru minęło pół roku. Nie spotykam się już z Piotrem, Adamem ani Dawidem. Kontakty wygasły naturalnie, gdy przestałam ich potrzebować do podbudowania ego. Ale nie żałuję ani jednej minuty spędzonej z nimi. Byli lustrem, w którym musiałam się przejrzeć, żeby zrozumieć swoją wartość.
Krzysztof dotrzymał słowa. Oczywiście, nie jest idealnie. Czasem wciąż jest zmęczony po pracy, a ja czasem wciąż marudzę. Ale coś się zmieniło fundamentalnie. Zaczęliśmy chodzić na randki. Zapisaliśmy się razem na kurs tańca. Kiedy kupuję nową sukienkę, on to zauważa. A co najważniejsze – w jego oczach widzę znowu ten błysk, który mówi: „To moja kobieta”.
Zazdrość, w odpowiedniej dawce, okazała się najlepszym lekarstwem na naszą małżeńską apatię. Musiałam wyjść z domu, żeby mój mąż znowu zapragnął, bym do niego wróciła. To była ryzykowna terapia, balansowanie na linie bez zabezpieczenia, ale uratowała nas przed powolnym umieraniem w ciszy. Teraz, gdy siedzimy wieczorem na kanapie, on trzyma mnie za rękę. Nie oglądamy telewizji. Rozmawiamy. I wiem, że tym razem naprawdę mnie słucha.
Ewelina, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Śledzika spędzałam z mężem na balu. To miały być huczne ostatki, a okazały się ostatnimi chwilami mojego małżeństwa”
- „Mąż zbierał paragony do koperty, a później robił ze mnie darmozjada. Najtańsze perfumy to dla niego zbędny luksus”
- „Syn zamieszkał ze mną, żeby odłożyć na mieszkanie. Zamiast pieniędzy odkładał brudne skarpety, a ja robiłam za służącą”

