„Mąż w Wielki Post przesiadywał w kościele. Myślał, że woń kadzidła zamaskuje zapach tanich perfum jego kochanki”
„Nie chodziło tylko o zapach. Chodziło o dystans, o spojrzenia uciekające w bok, o telefon, który nagle stał się ważniejszy niż nasze rozmowy. Tamtej nocy nie spałam. Leżał obok mnie, a ja zastanawiałam się, czy to tylko moja podejrzliwość, czy może kadzidło rzeczywiście miało przykryć coś znacznie bardziej przyziemnego”.

- Redakcja
Wielki Post zawsze był dla mnie czasem ciszy i skupienia. W tym roku cisza w naszym domu miała jednak inny smak – cięższy, lepki od niedopowiedzeń. Paweł wracał z kościoła późnym wieczorem, przesiąknięty zapachem kadzidła, a we mnie narastał niepokój. Patrzyłam na niego i czułam, że modlitwa nie jest jedynym powodem jego nagłych uniesień duchowych.
Czułam od niego obce perfumy
Na początku byłam z niego dumna.
– Dobrze, że się wyciszasz – powiedziałam któregoś wieczoru, kiedy poprawiał kołnierz przed lustrem. – Może nam to wszystkim wyjdzie na dobre.
Uśmiechnął się do swojego odbicia.
– Człowiek musi czasem wrócić do podstaw.
Brzmiało to poważnie, niemal wzruszająco. Tyle że Paweł nigdy wcześniej nie był aż tak gorliwy. Owszem, chodził do kościoła w niedzielę, ale teraz znikał niemal codziennie. Wracał późno, mówił mało, a kiedy siadał obok mnie na kanapie, czułam coś słodkiego i duszącego pod warstwą kadzidła. Pewnego wieczoru, gdy odwieszał płaszcz, podeszłam bliżej.
– Zmienili kadzidło? – zapytałam niby mimochodem.
– Nie wiem. Może – odpowiedział zbyt szybko.
Wsunęłam twarz w materiał jego szalika. Oprócz ciężkiego, kościelnego aromatu była tam nuta tanich, kwiatowych perfum. Zbyt wyraźna, by ją zignorować.
– Pachniesz inaczej – powiedziałam spokojnie.
– Przewrażliwiona jesteś. W kościele pełno ludzi.
Odwrócił się do mnie plecami i zaczął przeglądać telefon. Ten drobny gest zabolał bardziej niż słowa. Dawniej opowiadał mi wszystko – kto czytał czytanie, o czym było kazanie, kogo spotkał. Teraz odpowiedzi były krótkie, jakby odhaczone z obowiązku.
Stałam się podejrzliwa
Kilka dni później postanowiłam sprawdzić, o której naprawdę kończy się nabożeństwo. Zadzwoniłam do parafii.
– Droga Krzyżowa trwa około godziny – wyjaśniła starsza kobieta z kancelarii. – Zaczynamy o osiemnastej.
Paweł wracał po dwudziestej pierwszej. Tamtego piątku nie powiedziałam ani słowa. Przygotowałam kolację i czekałam. Zegar tykał głośno, dzieci spały u mojej siostry. W domu było nienaturalnie pusto. Drzwi otworzyły się o dwudziestej drugiej.
– Długo dziś – rzuciłam, nie podnosząc wzroku znad stołu.
– Spowiedź się przedłużyła.
Podszedł, żeby mnie pocałować w policzek. Odsunęłam się odruchowo.
– Nie musisz mnie okłamywać – powiedziałam cicho.
Zamarł.
– O czym ty mówisz?
Wstałam i podałam mu jego szalik.
– To nie jest zapach kadzidła. I wiesz o tym.
Przez chwilę patrzył na mnie, jakby szukał odpowiedzi w suficie. Potem wzruszył ramionami.
– Wyobrażasz sobie różne rzeczy. Może ktoś obok mnie stał.
– Codziennie ta sama osoba? – zapytałam.
Nie odpowiedział. Zamiast tego zdjął płaszcz i poszedł do łazienki. Usłyszałam szum wody. Stałam w kuchni z jego szalikiem w dłoni i po raz pierwszy poczułam, że nie chodzi tylko o zapach. Chodziło o dystans, o spojrzenia uciekające w bok, o telefon, który nagle stał się ważniejszy niż nasze rozmowy.
Tamtej nocy nie spałam. Leżał obok mnie, oddychając równo, jakby nic się nie działo. A ja zastanawiałam się, czy to tylko moja podejrzliwość, czy może kadzidło rzeczywiście miało przykryć coś znacznie bardziej przyziemnego.
Nie chciałam w to uwierzyć
Nie chciałam być kobietą, która śledzi własnego męża. Zawsze gardziłam takimi historiami. A jednak w kolejną środę założyłam płaszcz i wyszłam z domu kilka minut po nim. Serce biło mi nierówno, kiedy skręcałam w stronę kościoła. Powtarzałam sobie, że jeśli naprawdę tam będzie, przeproszę go w myślach za brak zaufania.
Stanęłam po drugiej stronie ulicy. Światła w świątyni świeciły się jasno. Widziałam ludzi wchodzących i wychodzących. Minęło dziesięć minut, potem dwadzieścia. W końcu zobaczyłam Pawła. Tyle że nie wychodził z kościoła.
Stał przy bocznej bramie, kawałek dalej, w półmroku. Obok niego była kobieta w jasnym płaszczu. Śmiała się cicho, odchylając głowę. Paweł nachylił się do niej i poprawił jej włosy, jak kiedyś robił to mnie.
Zrobiło mi się zimno, choć wieczór był ciepły.
– Nie, to niemożliwe – wyszeptałam do siebie.
Przesunęłam się bliżej, chowając się za drzewem. Słyszałam urywki rozmowy.
– Przesadzasz – mówiła ona. – Twoja żona niczego się nie domyśla.
– I tak muszę uważać – odpowiedział Paweł. – To wszystko wymyka się spod kontroli.
Wymyka się spod kontroli. Te słowa wbiły się we mnie jak cierń. Stałam tam jeszcze chwilę, patrząc, jak odprowadza ją do samochodu. Otworzył jej drzwi z taką troską, jakiej dawno nie widziałam w naszym domu. Nie podeszłam, nie zrobiłam sceny. Odwróciłam się i wróciłam do mieszkania, zanim on zdążył mnie zobaczyć.
Jego słowa mnie zabolały
Kiedy wszedł do domu, siedziałam przy stole z otwartą książką. Ręce miałam lodowate.
– Długo dziś – powiedziałam spokojnie, niemal bezbarwnie.
– Było sporo ludzi – odparł, zdejmując buty. – Każdy chce się wyspowiadać przed świętami.
Spojrzałam na niego uważnie.
– A ty? Spowiadałeś się?
Uniósł brwi.
– Co masz na myśli?
– Pytam, czy powiedziałeś wszystko.
Zawahał się na ułamek sekundy. To wystarczyło.
– Marta, naprawdę zaczynasz mnie męczyć tymi aluzjami – westchnął. – Jeśli masz jakiś problem, powiedz wprost.
Wstałam. Krzesło zaskrzypiało.
– Widziałam cię – powiedziałam.
Zbladł.
– O czym ty mówisz?
– Przy bocznej bramie. Z kobietą w jasnym płaszczu. Śmiała się, a ty poprawiałeś jej włosy.
Przez chwilę milczał, jakby liczył, że zmienię zdanie, że powiem, iż to żart.
– To tylko koleżanka – rzucił w końcu. – Ma trudny czas. Potrzebuje wsparcia.
– I dlatego rozmawiacie o tym, że niczego się nie domyślam?
Jego twarz stężała.
– Podsłuchiwałaś mnie?
– Stałam kilka metrów dalej. Nie musiałam się wysilać.
Odwrócił wzrok.
– To nie jest tak, jak myślisz.
– A jak jest, Paweł?
Zamiast odpowiedzi usiadł ciężko na krześle. Po raz pierwszy wyglądał na zmęczonego, nie tylko sytuacją, ale sobą.
– Sam już nie wiem – powiedział cicho. – To miało być niewinne. Rozmowy po pracy, kawa. Przy niej czuję się… inaczej.
– A przy mnie?
Spojrzał na mnie bezradnie.
– Przy tobie czuję odpowiedzialność. Dom, dzieci, rachunki. Wszystko jest poważne.
Te słowa zabolały bardziej niż widok przy bramie.
– Czyli jestem ciężarem? – zapytałam, starając się, by głos mi nie drżał.
– Nie. Jesteś moją żoną.
Nie potrafiłam zdecydować, czy to wyznanie, czy wyrok.
Czułam się upokorzona
Tamtej nocy spaliśmy plecami do siebie. Dzieliła nas nie tylko kołdra, ale coś znacznie większego – świadomość, że nasze małżeństwo przestało być świętością. Rano Paweł wstał wcześniej niż zwykle. Słyszałam, jak krząta się w kuchni, jakby chciał pokazać, że wszystko jest normalne.
– Zrobiłem ci herbatę – powiedział, stawiając kubek na stoliku.
Usiadłam na łóżku.
– Nie musisz nadrabiać uprzejmością.
Westchnął.
– Nie chcę się kłócić.
– To przestań mnie okłamywać.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W jego oczach widziałam wahanie, może nawet strach.
– Ona ma na imię Karolina – powiedział w końcu. – Pracuje w naszym dziale od jesieni. Na początku rozmawialiśmy o projektach. Potem o życiu. Niczego nie planowałem.
– Ale planowałeś kolejne wizyty w „kościele” – przypomniałam chłodno.
Zacisnął dłonie.
– To wymknęło się spod kontroli.
– Wymknęło? – powtórzyłam. – Paweł, ty codziennie wybierałeś, dokąd idziesz po pracy. To była twoja decyzja.
Milczał. A ja po raz pierwszy poczułam w sobie coś innego niż zazdrość – poczucie upokorzenia. Nie chodziło już o nią. Chodziło o to, że nasze wspólne lata zostały zepchnięte na bok, jakby były czymś oczywistym i niewiele wartym.
– Kochasz ją? – zapytałam wprost.
Zaskoczyłam go.
– Nie wiem – odpowiedział po dłuższej chwili. – Przy niej czuję się potrzebny.
– A przy mnie nie?
– Przy tobie wszystko jest ustalone z góry. Wiesz, czego chcesz. Ja… czasem nie wiem, kim jestem.
Te słowa brzmiały szczerze. I może dlatego bolały jeszcze bardziej.
Czekałam na jego decyzję
W ciągu dnia zadzwoniła do mnie Karolina. Nie wiem, skąd miała mój numer. Kiedy zobaczyłam nieznane połączenie, prawie go nie odebrałam.
– Dzień dobry, tu Karolina – powiedziała cicho. – Chciałam z panią porozmawiać.
Zamarłam.
– O czym?
– O Pawle. Wiem, że to niezręczne.
Spotkałyśmy się w małej kawiarni niedaleko jej pracy. Była młodsza, niż się spodziewałam. Delikatna twarz, jasny płaszcz, ten sam, który widziałam przy kościele.
– Nie chciałam nikogo skrzywdzić – zaczęła, splatając palce. – On opowiadał, że w domu nie ma na kogo liczyć. Że już nawet nie rozmawiacie.
– A zapytałaś, czy próbował to zmienić? – odpowiedziałam spokojnie.
Spuściła wzrok.
– Myślałam, że skoro tyle czasu spędza ze mną, to znaczy, że coś się skończyło.
Poczułam nagły przypływ siły.
– Nic się nie kończy samo. Ktoś musi podjąć decyzję.
Wróciłam do domu z jasnym postanowieniem. Wieczorem usiadłam naprzeciw Pawła.
– Masz wybór – powiedziałam. – Albo kończysz to definitywnie i zaczynamy terapię małżeńską, albo się rozstajemy. Nie będę czekać, aż to się samo rozwiąże.
Patrzył na mnie długo, jakby po raz pierwszy naprawdę mnie dostrzegł.
– Dajesz mi ultimatum?
– Stawiam granicę.
Wstał i podszedł do okna.
– Myślałem, że wystarczy poczekać. Że wszystko samo się ułoży.
– Nic się samo nie ułoży – odpowiedziałam cicho.
Odwrócił się. W jego oczach nie było już pewności, którą widziałam przy bramie kościoła. Było zagubienie.
– Muszę z nią porozmawiać – powiedział w końcu. – Żeby to zamknąć.
Serce zabiło mi szybciej.
– Dobrze – odparłam. – Ale jeśli wrócisz i powiesz, że nie potrafisz z niej zrezygnować, spakuję twoje rzeczy.
Nie płakałam. Byłam zmęczona łzami. Czekałam tylko na decyzję, która miała rozstrzygnąć, czy nasze małżeństwo było czymś więcej niż przyzwyczajeniem.
To będzie dla nas sprawdzian
Wyszedł następnego dnia po południu. Nie powiedział dokąd, ale nie musiał. Stałam przy oknie i patrzyłam, jak znika za rogiem. W domu było cicho, dzieci miały wrócić dopiero wieczorem. Usiadłam przy stole i pierwszy raz od dawna pozwoliłam sobie na płacz. Nie histeryczny, nie gwałtowny – raczej spokojny, jakby coś ze mnie powoli uchodziło.
Minęły dwie godziny. Potem trzecia. Każdy dźwięk na klatce schodowej sprawiał, że podnosiłam głowę. Kiedy w końcu przekręcił klucz w drzwiach, serce miałam w gardle. Wszedł powoli. Nie pachniał ani kadzidłem, ani słodkimi perfumami. Pachniał zimnym powietrzem.
– Rozmawiałem z nią – powiedział, zdejmując płaszcz. – To koniec.
Nie odpowiedziałam od razu. Przyglądałam mu się, próbując wyczytać prawdę z jego twarzy.
– Dlaczego? – zapytałam w końcu.
Usiadł naprzeciwko mnie.
– Bo zrozumiałem, że uciekam. Nie do niej, tylko od siebie. Przy niej czułem się kimś innym, lżejszym, ale to było chwilowe. Kiedy powiedziała, że moglibyśmy spróbować być razem naprawdę… nie potrafiłem sobie wyobrazić życia bez was.
– A wcześniej potrafiłeś – odpowiedziałam cicho.
– Wcześniej nie myślałem o konsekwencjach. Teraz zobaczyłem je wyraźnie.
Wyjął telefon i położył go na stole.
– Skasowałem jej numer. Zmienię dział w pracy, jeśli trzeba. Pójdę na terapię, ale nie dlatego, że muszę. Dlatego, że nie chcę już uciekać.
Te słowa zatrzymały mnie na moment. Po raz pierwszy od tygodni mówił bez uniku.
– Nie obiecuję, że od razu ci zaufam – powiedziałam.
– Wiem.
– I nie wiem, czy jeszcze cię kocham tak jak kiedyś.
Zadrżał mu głos.
– Daj mi szansę, żebym mógł to odbudować.
Patrzyłam na niego długo. Widziałam w nim wciąż tego samego mężczyznę, z którym budowałam dom, śmiałam się przy kuchennym stole, planowałam wakacje. Widziałam też kogoś, kto mnie zawiódł. Te dwie wersje Pawła musiałam teraz jakoś pogodzić w mojej głowie i w sercu.
Przestaliśmy udawać
W Wielką Sobotę poszliśmy razem do kościoła. Po raz pierwszy od dawna trzymał mnie za rękę nie na pokaz, ale mocno, jakby bał się, że odejdę. W powietrzu unosił się zapach kadzidła, ale tym razem nie próbowałam go analizować. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, spojrzał na mnie.
– Dziękuję, że nie przekreśliłaś nas od razu.
– Jeszcze niczego nie wygrałeś – odpowiedziałam, ale uśmiechnęłam się lekko.
Trwało to długo. Były rozmowy, trudne pytania, chwile zwątpienia. Zdarzało się, że wracał później z pracy i serce podchodziło mi do gardła. Ale za każdym razem informował, gdzie jest. Cierpliwie znosił moje wahania.
Minął rok. Nie zapomniałam, ale nauczyłam się patrzeć na tamten czas jak na pęknięcie, które zostało zszyte – blizna została, lecz już nie boli przy każdym ruchu. Najważniejsze było to, że przestał uciekać. A ja przestałam udawać, że wszystko musi być idealne, żeby było prawdziwe.
Dziś, gdy czuję w kościele zapach kadzidła, nie myślę już o niej. Myślę o tym, że czasem trzeba stanąć twarzą w twarz z własną słabością, żeby naprawdę coś oczyścić.
Marta, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż zbierał paragony do koperty, a później robił ze mnie darmozjada. Najtańsze perfumy to dla niego zbędny luksus”
- „Syn zamieszkał ze mną, żeby odłożyć na mieszkanie. Zamiast pieniędzy odkładał brudne skarpety, a ja robiłam za służącą”
- „Śledzika spędzałam z mężem na balu. To miały być huczne ostatki, a okazały się ostatnimi chwilami mojego małżeństwa”

