„Mąż ukrywał przede mną drugie życie. Nawet nie przypuszczałam, na co idą nasze pieniądze”
„Ale to nie zdrada była najgorsza w moich domysłach. Najgorsza była tajemnica, którą nosił w tym portfelu, tuż przy sercu, przez tyle lat. Czułam, jak narastają we mnie mdłości. Każde jego spóźnienie, każdy wyjazd służbowy, każda dziwna rozmowa telefoniczna nagle nabierały nowego znaczenia. Czy on ma drugą rodzinę?”.

Byłam pewna, że nasze małżeństwo jest jak otwarta księga, w której nie ma zagiętych rogów ani wyrwanych stron. Przez blisko dwie dekady budowaliśmy dom oparty na zaufaniu, a ja naiwnie wierzyłam, że o moim mężu wiem absolutnie wszystko. Wystarczył jednak jeden zwyczajny poranek, pośpiech i zapomniany portfel, bym odkryła, że człowiek, z którym dzielę łóżko, jest dla mnie kimś zupełnie obcym. To nie istnienie innej kobiety czy dziecka wstrząsnęło mną najbardziej, ale świadomość, że przez lata odmawiałam sobie wszystkiego, by ratować nasz budżet, podczas gdy on finansował swoje drugie, ukryte życie.
Musieliśmy zaciskać pasa
Sobota zaczęła się leniwie. Promienie słońca wpadały do naszej kuchni, oświetlając stół, przy którym od lat jadaliśmy wspólne śniadania. Arek, mój mąż, wybiegł z domu w pośpiechu, bo umówił się z sąsiadem na pomoc przy naprawie ogrodzenia. Był taki, jak zawsze — roześmiany, trochę chaotyczny, całujący mnie w policzek w biegu i obiecujący, że wróci na obiad. Kochałam tę jego energię. Mimo upływu lat, wciąż patrzyłam na niego z tą samą czułością, co wtedy, gdy poznaliśmy się na studiach.
Gdy drzwi się za nim zamknęły, zabrałam się za porządki. Lubiłam ten czas, kiedy dom cichł, a ja mogłam uporządkować myśli i przestrzeń wokół siebie. W tle grało radio, a ja planowałam listę zakupów na nadchodzący tydzień. Musieliśmy zaciskać pasa. Od kilku lat nasza sytuacja finansowa była, delikatnie mówiąc, napięta. Arek ciągle powtarzał, że w jego firmie są cięcia, że premie zostały wstrzymane, a koszty życia rosną. Wierzyłam mu bezgranicznie. Sama zrezygnowałam z wielu przyjemności: przestałam chodzić do kosmetyczki, ubrania kupowałam tylko na wyprzedażach, a o zagranicznych wakacjach mogliśmy co najwyżej pomarzyć. Wszystko po to, by nasz syn, Michał, mógł pójść na dodatkowy angielski i byśmy nie musieli zadłużać się w banku.
Około południa zadzwonił dzwonek do drzwi. Kurier. Zupełnie zapomniałam, że zamawiałam karmę dla psa za pobraniem.
— To będzie sto czterdzieści złotych — powiedział chłopak, trzymając w rękach ciężką paczkę.
Zamarłam. W portfelu miałam tylko drobne, a kartę zostawiłam w torebce w samochodzie, który Arek zabrał, by podjechać do marketu budowlanego po drodze do sąsiada.
— Chwileczkę, muszę poszukać gotówki — rzuciłam nerwowo, wpuszczając kuriera do przedsionka.
Przebiegłam wzrokiem po salonie i wtedy go zobaczyłam. Skórzany, brązowy portfel Arka leżał na komodzie. Musiał go wyciągnąć, gdy szukał kluczyków. Odetchnęłam z ulgą. Wiedziałam, że mąż nie będzie miał nic przeciwko, jeśli pożyczę gotówkę, a potem mu oddam. Otworzyłam portfel. W przegródce na banknoty było pusto. Zaczęłam przeszukiwać mniejsze kieszonki, licząc na to, że znajdę jakiś ukryty banknot stuzłotowy na „czarną godzinę”.
Wsunęłam palce głębiej, do przegródki, w której zazwyczaj trzyma się dowód rejestracyjny. Zamiast dokumentu, wyczułam sztywny papier. Wyciągnęłam go, spodziewając się paragonu albo wizytówki. To było zdjęcie. Małe, formatu legitymacyjnego, nieco wyblakłe na brzegach.
Najgorsza była tajemnica
Na zdjęciu była młoda kobieta o jasnych włosach, trzymająca na rękach małą dziewczynkę. Dziecko mogło mieć dwa, może trzy latka. Uśmiechało się szeroko, pokazując mleczne zęby. Kobieta patrzyła w obiektyw z jakąś taką… dumą. Poczułam ukłucie w sercu, ale pierwsza myśl była racjonalna: to pewnie jakaś daleka kuzynka, może zdjęcie, które dostał od ciotki i zapomniał wyrzucić.
Ale potem przyjrzałam się dziewczynce. Miała charakterystyczny dołeczek w brodzie. Ten sam, który każdego ranka widziałam w lustrze, gdy golił się mój mąż. Ten sam, który miał nasz syn, Michał. I te oczy. Oczy Arka patrzące na mnie z twarzy obcego dziecka. Ręce zaczęły mi drżeć. Odwróciłam fotografię. Tam, wyblakłym długopisem, ktoś napisał datę sprzed osiemnastu lat i jedno imię: „Julka”.
Zapłaciłam kurierowi pieniędzmi wyciągniętymi ze skarbonki syna (obiecałam sobie, że oddam mu z nawiązką), odebrałam paczkę i usiadłam na kanapie. Czas stanął w miejscu. Wpatrywałam się w to zdjęcie, a w mojej głowie powstawała przerażająca układanka. Osiemnaście lat temu… Byliśmy już wtedy parą, planowaliśmy ślub. Czy to możliwe, że mnie zdradził? Że miał romans, o którym nigdy się nie dowiedziałam?
Ale to nie zdrada była najgorsza w moich domysłach. Najgorsza była tajemnica, którą nosił w tym portfelu, tuż przy sercu, przez tyle lat. Czułam, jak narastają we mnie mdłości. Każde jego spóźnienie, każdy wyjazd służbowy, każda dziwna rozmowa telefoniczna nagle nabierały nowego znaczenia. Czy on ma drugą rodzinę? Czy w weekendy, kiedy mówił, że jedzie na ryby z kolegami, jechał do nich?
W uszach mi szumiało
Kiedy usłyszałam zgrzyt klucza w zamku, siedziałam przy kuchennym stole. Zdjęcie leżało przed mną na blacie, niczym oskarżenie. Arek wszedł do domu w świetnym humorze.
— Ale się narobiliśmy! — zawołał od progu, ściągając buty. — Ewa, zrobisz mi kawy? Padam z nóg.
Wszedł do kuchni i zamilkł w pół słowa. Zobaczył moją twarz, a potem jego wzrok powędrował na stół. Zobaczyłam, jak z jego twarzy odpływa krew. Z pewnego siebie, dorosłego mężczyzny, w jedną sekundę zmienił się w przerażonego chłopca.
— Ewa… — zaczął chrapliwie, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
— Kto to jest? — zapytałam. Mój głos był dziwnie spokojny, lodowaty. — I dlaczego ta dziewczynka ma twoje oczy?
Arek oparł się o blat, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko tykaniem zegara ściennego. W końcu westchnął ciężko, jakby zrzucał z ramion ogromny ciężar, który dźwigał przez połowę życia.
— To Julia. Moja córka — powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy.
Świat wirował. Czułam, jak podłoga usuwa mi się spod stóp.
— Córka? — powtórzyłam tępo. — Jak to… córka? Kiedy? Z kim?
— To było zanim… zanim zaczęliśmy być tak na poważnie — tłumaczył, jąkając się. — Pamiętasz, jak mieliśmy tę przerwę na trzecim roku? Pojechaliśmy wtedy osobno na wakacje. Poznałem Anetę. To był tylko letni epizod, nic nieznacząca znajomość. Wróciłem do ciebie, bo zrozumiałem, że to ty jesteś tą jedyną. O Julii dowiedziałem się rok później, tuż przed naszym ślubem. Aneta zadzwoniła, powiedziała, że ma dziecko i że to moje. Zrobiłem badania. Potwierdziły to.
Słuchałam go, a w uszach mi szumiało. Rok po… Przed ślubem.
— I nie powiedziałeś mi?! — krzyknęłam, wstając gwałtownie. — Planowaliśmy wesele, przysięgaliśmy sobie uczciwość przed ołtarzem, a ty wiedziałeś, że masz dziecko z inną kobietą?!
— Bałem się! — wrzasnął, a w jego oczach pojawiły się łzy. — Bałem się, że cię stracę. Że odwołasz ślub, że mnie zostawisz. Byłem gówniarzem, Ewa. Tchórzem. Myślałem, że jakoś to załatwię, że to zniknie, jeśli będę milczał.
Wspomnienia uderzały we mnie falami
Usiadłam z powrotem, czując, jak gniew miesza się z bezbrzeżnym żalem. Miał córkę. Gdzieś w Polsce żyła dziewczyna, która była przyrodnią siostrą mojego syna.
— Czy… czy ty się z nimi widujesz? — zapytałam drżącym głosem.
— Nie — zaprzeczył gorliwie. — Widziałem ją tylko raz, wtedy, gdy robiłem testy. Aneta nie chciała, żebym ingerował w ich życie. Miała już kogoś, chciała ułożyć sobie życie po swojemu. Chciała tylko… — Urwał.
Poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Wiedziałam, co chciała powiedzieć.
— Chciała tylko pieniędzy — dokończyłam za niego.
Arek milczał, wpatrując się w podłogę. To milczenie było gorsze niż jakiekolwiek słowa.
— Płacisz alimenty? — zapytałam wprost.
— Tak — szepnął. — Od osiemnastu lat.
Wtedy to do mnie dotarło. Cała ta finansowa mizeria, w której żyliśmy. Te wszystkie wyrzeczenia. Spojrzałam na swoje dłonie, zniszczone od prac domowych, bo „nie stać nas” było na pomoc. Przypomniałam sobie, jak płakałam w poduszkę, gdy musieliśmy odmówić Michałowi obozu sportowego, bo „samochód się zepsuł” i trzeba było wydać oszczędności na naprawę.
— Ile? — zapytałam ostro. — Ile miesięcznie?
— Tysiąc pięćset złotych –—powiedział cicho. — Czasem więcej, jak były jakieś dodatkowe wydatki, szkoła, lekarze…
— Tysiąc pięćset?! — Zerwałam się na równe nogi. — Od osiemnastu lat wyciągasz z naszego budżetu półtora tysiąca miesięcznie?!
— Musiałem! — bronił się, choć w jego głosie słychać było desperację. — To moje dziecko, mam obowiązek…
— A my?! — przerwałam mu, czując, jak łzy płyną mi po policzkach. — A ja? A twój syn tutaj, w tym domu? Arek, czy ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłeś? Nie chodzi o to, że masz dziecko! Dzieci nie są winne błędów rodziców. Ale ty nas okradałeś! Okradałeś nas z poczucia bezpieczeństwa, z marzeń, z normalnego życia!
Zaczęłam krążyć po kuchni jak zwierzę w klatce. Wspomnienia uderzały we mnie falami.
— Pamiętasz, jak cztery lata temu chciałam wyremontować łazienkę? — pytałam, wyrzucając z siebie słowa jak pociski. — Odpadały kafelki, grzyb wychodził na sufit. Powiedziałeś, że w firmie obcięli ci pensję. Że musimy czekać. Pamiętasz, jak chodziłam w zimowym płaszczu przez sześć sezonów, bo było nam „ciężko”? A ty w tym czasie przelewałeś pieniądze na inne konto!
— Ewa, nie mogłem przestać płacić, poszedłbym do więzienia, dowiedziałabyś się… — tłumaczył się nieudolnie.
— Więc wolałeś zrobić ze mnie idiotkę?! — krzyknęłam. — Wolałeś patrzeć, jak odmawiam sobie kawy na mieście, jak szukam najtańszych produktów w dyskoncie, jak martwię się po nocach, czy starczy nam do pierwszego? Ty wcale nie zarabiałeś mało! My nie byliśmy biedni! Ty po prostu prowadziłeś podwójną księgowość!
Zamknęłam się w sypialni
To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Przez lata uważałam go za ofiarę niesprawiedliwego rynku pracy, za człowieka, który stara się, ale mu nie wychodzi. Wspierałam go, pocieszałam, gdy wracał „zmartwiony” rzekomymi problemami w pracy. A on po prostu kalkulował. Każde kłamstwo o „awarii silnika”, o „pożyczce dla chorego kolegi”, o „zgubionym portfelu” — to wszystko było przykrywką dla przelewów alimentacyjnych.
Czułam się upokorzona. Nie faktem istnienia Julii — ona była niewinną ofiarą tej sytuacji tak samo jak ja. Czułam się upokorzona tym, jak łatwo dałam się zmanipulować. Mój mąż, mój partner, człowiek, któremu powierzyłam życie, codziennie patrzył mi w oczy i kłamał. Patrzył, jak oszczędzam na jedzeniu, i nie mrugnął nawet okiem.
— Ona idzie w tym roku na studia — powiedział nagle Arek, jakby to miało coś zmienić. — Alimenty się niedługo skończą, albo będą mniejsze… Chciałem ci powiedzieć, naprawdę. Czekałem na odpowiedni moment.
— Odpowiedni moment był osiemnaście lat temu! — rzuciłam. — Teraz nie ma już żadnych momentów.
Wyszłam z kuchni, zostawiając go z tym przeklętym zdjęciem. Zamknęłam się w sypialni. Padłam na łóżko, ale nie mogłam płakać. Byłam zbyt wściekła. Czułam się pusta w środku. Przez głowę przelatywały mi obrazy z naszego życia. Nasz skromny ślub, bo „trzeba oszczędzać”. Wakacje pod namiotem, bo „hotele są za drogie”. Używany samochód, który ciągle się psuł. To wszystko było kłamstwem. Mogliśmy żyć inaczej. Mogliśmy żyć spokojniej. Ale on wybrał kłamstwo, bo bał się konsekwencji.
Wieczorem, gdy Michał wrócił od kolegi, musiałam udawać, że wszystko jest w porządku. Arek spał w salonie. Syn zapytał tylko, czy tata jest chory, a ja odpowiedziałam, że tak, że głowa go boli. Nie chciałam wciągać dziecka w nasze bagno, przynajmniej nie od razu. Michał miał szesnaście lat, był wrażliwy. Jak miałam mu powiedzieć, że ma siostrę? Że jego ojciec nie jest bohaterem walczącym o byt rodziny, ale kłamcą?
To będzie jego pokuta
Przez kolejne dni w naszym domu panowała cisza, która aż dzwoniła w uszach. Arek próbował rozmawiać, przepraszać, tłumaczyć. Pokazał mi wyciągi z konta — tego ukrytego, o którym nie miałam pojęcia. Zobaczyłam te tysiące złotych, które wypływały z naszego życia miesiąc po miesiącu. Zobaczyłam też zdjęcia Julii, które Aneta przysyłała mu raz w roku. Była piękna, podobna do niego. Studiowała architekturę.
Paradoksalnie, poczułam do tej dziewczyny coś w rodzaju sympatii. Nie znała swojego ojca, dostawała tylko przelewy. Arek był tchórzem nie tylko wobec mnie, ale i wobec niej. Płacił za święty spokój, za to, by nie musieć być obecnym w jej życiu.
— Co teraz? — zapytał mnie czwartego dnia wieczorem, gdy siedzieliśmy w kuchni. Wyglądał na starszego o dziesięć lat. Schudł, miał podkrążone oczy.
— Nie wiem — odpowiedziałam szczerze. — Nie wiem, Arek. Zabrałeś mi osiemnaście lat prawdy. Zrobiłeś ze mnie skąpą, znerwicowaną kurę domową, która liczy każdy grosz, podczas gdy ty miałeś środki, byśmy żyli godnie.
— Oddam ci to — powiedział gorączkowo. — Będę pracował więcej, wezmę nadgodziny…
— Tu nie chodzi o pieniądze! — przerwałam mu ze zmęczeniem. — Chodzi o to, że nie wiem, czy kiedykolwiek będę mogła ci uwierzyć, gdy powiesz, że idziesz do sklepu po bułki. Nie wiem, czy uwierzę, gdy powiesz, że mnie kochasz. Bo jeśli kochałeś, to dlaczego pozwoliłeś mi tak żyć?
Nie wyrzuciłam go z domu. Mamy wspólny kredyt, syna, który zaraz ma maturę. Życie to nie film, nie mogłam tak po prostu spakować walizek i wyjść w deszcz. Ale coś między nami pękło bezpowrotnie. Zażądałam pełnego dostępu do jego finansów. Każda złotówka musi być teraz rozliczona. Wymusiłam też na nim coś jeszcze. Musi powiedzieć prawdę Michałowi. Nie ja, ale on. Musi spojrzeć synowi w oczy i przyznać się do siostry i do kłamstw. To będzie jego pokuta.
Czy mu wybaczę? Dziś, patrząc na to zdjęcie, które wciąż leży na dnie mojej szuflady, myślę, że droga do wybaczenia jest długa i wyboista. Może kiedyś, gdy ból zniknie, zostanie tylko blizna. Ale na razie, za każdym razem, gdy płacę za zakupy i wyciągam portfel, czuję ukłucie strachu. Boję się, co jeszcze może być ukryte w zakamarkach naszego życia. Najbardziej boli mnie jednak myśl o tych wszystkich straconych chwilach radości, które poświęciłam na ołtarzu fałszywej biedy. Tego czasu nikt mi już nie zwróci.
Ewa, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Śledzika spędzałam z mężem na balu. To miały być huczne ostatki, a okazały się ostatnimi chwilami mojego małżeństwa”
- „Ujawniłem zdradę żony przy rodzinnym obiedzie. Zemsta miała być słodka jak szarlotka z lodami”
- „Od lat czekałam, aż mój kochanek zostawi dla mnie żonę. Obiecał mi pierścionek i dzidziusia, jeśli będę cierpliwa”

