Reklama

Codzienność potrafi być jak cicho tykający zegar – przewidywalna, monotonna, niewzruszona. Od lat moje życie wyglądało tak samo. Śniadanie, praca, obiad, wieczorna cisza. Tomasz, mój mąż, wtapiał się w ten krajobraz jak element wystroju – był, ale jakby go nie było.

Reklama

Nie przejmował się

– Kupimy nowe drzwi balkonowe, obiecuję – powiedział kiedyś, gdy zima wciskała się przez nieszczelne framugi.

Obiecał. To było pół roku temu. Tymczasem ja każdej nocy nasłuchiwałam dźwięku wiejącego przez szpary wiatru. Jak nasze małżeństwo – niby wciąż trwało, ale rozchylały się w nim coraz szersze szczeliny. Pewnego dnia, kiedy po raz kolejny poczułam chłodne powietrze na twarzy, podjęłam decyzję.

– Jutro dzwonię po fachowca – oznajmiłam Tomaszowi, który nawet nie oderwał wzroku od telefonu.

– Mhm – mruknął tylko.

Miałam dość czekania, dość iluzji, że cokolwiek się zmieni. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam do sypialni. Czułam, jak rośnie we mnie irytacja. Przecież nie chodziło o te drzwi. Chodziło o obietnice, których nie dotrzymywał.

Zajęłam się tym

Rano, zanim wyszłam do pracy, znalazłam w Internecie numer do jakiejś firmy zajmującej się stolarką. Zadzwoniłam i usłyszałam ciepły, niski głos mężczyzny, który zapewnił, że ktoś może przyjechać już jutro.

– Świetnie, będę w domu od szesnastej – powiedziałam, notując w kalendarzu.

Tomasz nawet nie zapytał, czy sprawa załatwiona. Wieczorem, gdy mu o tym wspomniałam, tylko skinął głową.

– Dzień dobry, stolarka okienna – powiedział mężczyzna, gdy otworzyłam drzwi.

Nie spodziewałam się, że będzie wyglądał właśnie tak. Wysoki, barczysty, o dłoniach silnych i spracowanych, ale uśmiechu tak swobodnym, jakby wszystko w życiu przychodziło mu łatwo. Pachniał drewnem i lekkim zapachem farby.

– Proszę, to tutaj – powiedziałam, prowadząc go do balkonu.

Zlustrował drzwi fachowym okiem, podszedł, szarpnął klamkę raz, drugi, po czym spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko.

– To nie powinno się w ogóle domykać. Ktoś tu grzebał przy zawiasach?

– Nie, same zaczęły się psuć. Albo raczej… od miesięcy są takie i nikomu to nie przeszkadzało – odpowiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Urzekł mnie

Uniósł brew, ale nic nie skomentował. Zaczął wyciągać narzędzia, odkręcać śruby, sprawnie i pewnie. Patrzyłam, jak pracuje, i miałam wrażenie, że wypełnia całą przestrzeń swoją obecnością. W domu zawsze było cicho. Tomasz nigdy niczego nie naprawiał. Jeśli coś się psuło, mówił, że zajmie się tym później, a potem zapominał.

– Niech pani zobaczy – powiedział po kilkunastu minutach i otworzył drzwi płynnym ruchem.

Przesunęłam dłonią po ramie. Były jak nowe.

– Świetnie – uśmiechnęłam się do niego. – Dziękuję, naprawdę.

– To moja praca – powiedział, ale nie spieszył się z wyjściem. Spakował narzędzia, otarł dłonie o spodnie i spojrzał na mnie z lekkim wahaniem. – Pani… mieszka sama?

Zaskoczył mnie.

– Nie, mam męża. Ale rzadko bywa w domu – dodałam szybko, choć wcale nie musiałam tego mówić.

Skinął głową, jakby rozumiał więcej, niż chciałam mu przekazać.

– Kawy się pan nie napije? – zapytałam nagle.

Zaufałam mu

Nie wiem, czemu to powiedziałam. Może dlatego, że nie chciałam, żeby wyszedł tak szybko. Może dlatego, że po raz pierwszy od dawna miałam ochotę z kimś porozmawiać. Spojrzał na mnie uważnie.

– Chętnie.

Oparł dłonie na kubku z kawą, jakby jego ciepło było dla niego równie ważne co sam napój. Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, ale nie był to uśmiech wymuszony, grzecznościowy. Był prawdziwy.

– Dobra kawa – powiedział, upijając łyk.

– Zwykła – wzruszyłam ramionami. – Ale dziękuję.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Była inna niż ta, do której przywykłam. Nie wypełniona napięciem, chłodem, obojętnością. To była cisza, w której można się było rozgościć, posiedzieć, poczuć się swobodnie.

– Nie tylko o drzwi chodziło, prawda? – zapytał w końcu, a ja spojrzałam na niego zaskoczona.

Patrzyłam na niego dłuższą chwilę. Nie powinnam była z nim rozmawiać w ten sposób, pozwalać, by zadawał pytania, które rozbijały mur, jaki wokół siebie postawiłam. A jednak czułam, że chciałabym odpowiedzieć.

– Mój mąż miał je naprawić. Od miesięcy obiecywał – powiedziałam cicho.

Ulżyło mi

Pokiwał głową, jakby słyszał tę historię już wiele razy. To sprawiło, że nagle miałam ochotę opowiedzieć mu o wszystkim. O tym, jak Tomasz przestał mnie zauważać, jak jego obecność stała się ledwie tłem mojej codzienności, jak nasze rozmowy ograniczyły się do wymiany zdań o rachunkach i obowiązkach. Jak coraz częściej czułam się samotna, choć przecież byłam mężatką.

– Przepraszam, nie powinnam o tym mówić – urwałam nagle, przypominając sobie, że był tu tylko fachowcem od drzwi, a ja nie miałam prawa obarczać go moimi problemami.

– W porządku – odparł spokojnie. – Czasem łatwiej powiedzieć coś komuś, kogo się nie zna.

Miał rację. Łatwiej było otworzyć się przed obcym niż przed kimś, kto od lat patrzył na mnie, ale niczego nie widział.

– Powinienem już iść – powiedział, ale w jego głosie nie było pośpiechu.

Odprowadziłam go do drzwi. Stanął w progu, trzymając dłoń na klamce, jakby przez chwilę się wahał.

– Jeśli coś jeszcze będzie do naprawienia… proszę dzwonić – powiedział w końcu.

Kiwnęłam głową.

– Dziękuję.

Nie zauważał mnie

Wieczorem Tomasz wrócił z pracy. Zdjął buty, rzucił klucze na komodę, wszedł do kuchni. Nie zapytał, czy drzwi działają. Patrzyłam na niego przez chwilę. Na jego pochyloną nad telefonem głowę, na palce, które przesuwały się po ekranie w dobrze znanym, mechanicznym geście. I nagle coś we mnie pękło.

– Kiedy ostatni raz gdzieś razem wyszliśmy?

Nie podniósł wzroku.

– Przecież byliśmy u twojej siostry na imieninach.

– To było trzy miesiące temu.

Milczał.

– A kiedy ostatni raz spędziliśmy wieczór razem? Tak po prostu, bez telefonów, bez telewizora?

Westchnął ciężko, jakbym zadała mu pytanie, na które nie warto odpowiadać.

– O co ci chodzi?

Chodziło mi o wszystko. O to, że zapomniał, kim dla siebie byliśmy. O to, że przestał mnie widzieć.

– Nieważne – powiedziałam cicho i wyszłam z pokoju.

Byłam znużona

Następnego dnia po pracy poszłam na spacer. Nie chciałam wracać do domu, do tej samej ciszy, co zawsze. Szłam przed siebie bez celu, aż nagle zobaczyłam znajomą sylwetkę.

Fachowiec stał przy samochodzie, pakując coś do bagażnika. Gdy mnie zauważył, uśmiechnął się lekko.

– Dzień dobry, pani Dagmaro.

Nie poprawiłam go, że może mówić mi po imieniu.

– Dzień dobry.

Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy.

– Wszystko w porządku? – zapytał w końcu.

Chciałam powiedzieć, że tak. Że wszystko jest jak zawsze. Ale wtedy pomyślałam, że może nie muszę udawać.

– Chyba nie do końca – przyznałam.

Zamknął bagażnik i oparł się o samochód.

– Czasem coś trzeba naprawić, zanim całkiem się rozpadnie – powiedział spokojnie.

Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, czy mówi o drzwiach, czy o mnie.

Nie odwracał wzroku, czekał, aż coś powiem. Ale ja nie wiedziałam, co. Stałam przed nim, mając wrażenie, że to pierwszy raz od dawna, gdy ktoś naprawdę mnie dostrzega.

– Niektórych rzeczy nie da się naprawić – powiedziałam cicho.

– To prawda – przyznał. – Czasem lepiej coś zamknąć i zacząć od nowa.

Intrygował mnie

Patrzyłam na niego dłużej, niż powinnam. Nie był jednym z tych mężczyzn, którzy rzucają puste słowa. On mówił to, co myślał.

– Jedziesz dokądś? – zapytałam, wskazując na samochód.

– Do klienta – wzruszył ramionami. – Ale nie spieszy mi się.

Nie wiedziałam, co mną kierowało, ale zanim zdążyłam się zastanowić, powiedziałam:

– Może przejdziemy się kawałek?

Nie powinien się zgodzić. To nie było normalne. Byłam zamężna, on był tylko fachowcem, który naprawił mi drzwi. A jednak skinął głową.

Szliśmy wolnym krokiem przez park. Było późne popołudnie, słońce rzucało długie cienie na ścieżkę. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O jego pracy, o tym, że lubi drewno, bo jest żywe i plastyczne, ale czasem trzeba je oswoić, żeby dobrze się układało.

– Nie każdy umie się tym zająć – powiedział. – Niektórym się wydaje, że wystarczy mieć narzędzia, ale to nie wszystko. Trzeba rozumieć, z czym się pracuje.

Wiem, że miał rację

Nie wiem, czemu, ale te słowa wydały mi się ważniejsze, niż powinny.

– A ty to rozumiesz? – zapytałam.

Zaśmiał się cicho.

– Próbuję.

Chciałam zapytać, czy mówi tylko o drewnie, ale nie zdążyłam.

– A ty? – spojrzał na mnie uważnie. – Czego próbujesz?

Zatrzymałam się. Czego próbowałam? Naprawić coś, co było popsute od lat? Wypełnić pustkę, której nawet nie umiałam nazwać?

– Nie wiem – powiedziałam w końcu.

Nie naciskał.

– Jakbyś się dowiedziała, daj mi znać.

Odprowadził mnie pod blok, ale nie poszłam od razu do mieszkania. Stałam chwilę przed drzwiami. W salonie Tomasz siedział na kanapie. Nawet nie zauważył, że wróciłam. Wtedy zrozumiałam. Krystian miał rację. Nie wszystko da się naprawić. Ale można coś zamknąć.

Dagmara, 35 lat

Reklama

Czytaj także:
„Mąż mną gardził, bo sprzątam cudze domy. Przejrzał na oczy, gdy zaczęłam zarabiać więcej niż on, ale było już za późno”
„Nigdy nie płakałam tak jak w walentynki. Miała być romantyczna kolacja, a przeżyliśmy prawdziwy koszmar”
„Gorąca randka w walentynki okazała się niespodzianką z teściem u boku. Może jednak wszystko zostanie w rodzinie”

Reklama
Reklama
Reklama