Reklama

Wyjazd do sanatorium miał być moim nowym otwarciem. Wyobrażałem sobie długie spacery po tężniach z uśmiechniętą rówieśniczką, wieczorne rozmowy na deptaku i powoli rodzące się uczucie, o którym kiedyś opowiadalibyśmy naszym znajomym. Rzeczywistość uderzyła mnie już pierwszego dnia przy stole w jadalni. Zamiast romantycznej historii, dostałem rolę głównego trofeum w bezpardonowej rywalizacji bardzo zdeterminowanych pań w wieku mojej matki. Nigdy w życiu nie czułem się tak osaczony, zdezorientowany i całkowicie bezradny.

Liczyłem na coś więcej

Po latach siedzenia za biurkiem i ciągłego wpatrywania się w monitor otrzymałem możliwość trzytygodniowego wyjazdu do sanatorium. Perspektywa oderwania się od codzienności wydawała się wręcz idealna. Większość moich znajomych miała już dawno ułożone życie, domy z ogródkami i dzieci, a ja wciąż wracałem do pustego mieszkania. Pomyślałem, że taki turnus to doskonała okazja. Przecież w takie miejsca przyjeżdżają różni ludzie, pomyślałem, pakując do walizki swoje najlepsze koszule, eleganckie spodnie i nowe perfumy. Wyobrażałem sobie, że przy stoliku w kawiarni albo podczas spaceru alejkami parku zdrojowego poznam kogoś wyjątkowego. Kogoś, kto tak jak ja szuka spokoju i bratniej duszy.

Podróż pociągiem minęła mi na snuciu optymistycznych scenariuszy. Kiedy dotarłem na miejsce, pogoda była piękna, a sam budynek ośrodka robił niesamowite wrażenie. Otoczony starodrzewem, z wielkim tarasem i widokiem na fontannę, wydawał się idealną scenerią dla początku nowej znajomości. Uśmiechnięta pani w recepcji wręczyła mi klucz do pokoju i harmonogram posiłków. Czułem w kościach, że to będą wspaniałe trzy tygodnie. Moje złudzenia zaczęły pękać niczym mydlana bańka, gdy tylko otworzyłem drzwi do przypisanego mi pokoju. Na jednym z łóżek siedział pan Zygmunt. Miał na oko siedemdziesiąt lat, nienagannie zaczesane siwe włosy i właśnie układał na szafce nocnej imponującą kolekcję wód po goleniu.

– O, jest i mój współlokator! – zawołał radośnie, wstając z wyciągniętą dłonią. – Zygmunt jestem. Turnusowy weteran. Widzę, że młoda krew do nas przyjechała. Będziesz miał tu używanie, oj będziesz!

Nie zrozumiałem wtedy, co dokładnie miał na myśli. Odpowiedziałem uprzejmie, rozpakowałem swoje rzeczy i zacząłem przygotowywać się do pierwszej kolacji. Zygmunt spędził w łazience dobre pół godziny, po czym wyszedł, pachnąc tak intensywnie, że musiałem otworzyć okno.

Byłem zażenowany

Punktualnie o osiemnastej zszedłem do wielkiej jadalni. Dźwięk setek uderzających o talerze sztućców i szum rozmów wypełniały całe pomieszczenie. Pielęgniarka oddziałowa wskazała mi stolik numer czternaście. Zauważyłem, że siedzą tam już dwie osoby. Zbliżając się, poprawiłem kołnierzyk koszuli i przywołałem na twarz czarujący uśmiech. Przy stole siedziały dwie kobiety. Obie panie, sądząc po wyglądzie, niedawno świętowały przejście na zasłużoną emeryturę. Jedna z nich miała burzę rudych loków, mocny makijaż i jaskrawą bluzkę, która od razu rzucała się w oczy. Druga natomiast wyglądała spokojniej, nosiła okulary na łańcuszku i przypominała serdeczną ciocię, która zawsze ma w torebce cukierki.

– Dzień dobry – powiedziałem, siadając na wolnym krześle.

– No proszę, jaki przystojny kawaler nam się trafił! – wykrzyknęła Krystyna, o mało nie wylewając herbaty ze swojej szklanki. – A myślałyśmy z Halinką, że znowu dadzą nam jakiegoś smętnego dziadka do pary.

– Dzień dobry, synku – dodała Halina, posyłając mi ciepły uśmiech. – Jedz szybciutko ten chleb, bo taki chudzinek jesteś. Ja ci tu zaraz swoją porcję masła oddam, bo ty musisz mieć siłę.

– Dziękuję, ale naprawdę mi wystarczy – próbowałem oponować, czując, jak na moich policzkach pojawia się rumieniec zażenowania.

Przez całą kolację byłem zasypywany pytaniami. Skąd jestem, czym się zajmuję, czy potrafię tańczyć, a przede wszystkim – czy mam żonę. Kiedy zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że jestem wolny, spojrzenia obu pań zmieniły się w sposób, który przyprawił mnie o gęsią skórkę. Krystyna poprawiła fryzurę, a Halina przysunęła mi swój talerzyk z rzodkiewkami. Zrozumiałem, że zostałem właśnie wzięty na celownik.

Traktowała mnie jak maskotkę

Wieczorem, kiedy wróciłem do pokoju, Zygmunt siedział w fotelu i czytał gazetę. Opowiedziałem mu o moim doświadczeniu z jadalni, licząc na odrobinę współczucia lub radę, jak zmienić stolik. Zygmunt jednak tylko zarechotał, zdejmując okulary.

– Chłopaku, ty nic nie rozumiesz – zaczął tonem eksperta. – Ty tu jesteś jak rzadki okaz w rezerwacie. Wolny, młodszy, z własnymi zębami i bujną czupryną. Panie w tym ośrodku to prawdziwe drapieżniki. Krysia i Halina to dopiero początek. Zobaczysz, co będzie się działo na wieczorkach zapoznawczych.

Nie przyjechałem tu, żeby być maskotką dla starszych pań – tłumaczyłem, czując rosnącą frustrację. – Chciałem odpocząć, może poznać kogoś w moim wieku. Kogoś, z kim mógłbym normalnie porozmawiać o życiu, o wspólnych zainteresowaniach.

Zygmunt pokiwał z politowaniem głową.

Tu nie ma ludzi w twoim wieku, a przynajmniej jest ich garstka. Przygotuj się na oblężenie. I pamiętaj, z Krysią nie ma żartów. Jak ona cię porwie na parkiet, to do rana nie puści.

Słowa współlokatora wziąłem za zabawną przesadę. Niestety, bardzo szybko miałem się przekonać, że Zygmunt nie minął się z prawdą ani o milimetr. Następnego dnia rano poszedłem na zajęcia z gimnastyki grupowej. Ledwie zdążyłem rozłożyć swoją matę, gdy tuż obok mnie pojawiła się Krystyna. Wcisnęła się między mnie a ścianę, uśmiechając się szeroko. Przez całe czterdzieści minut zajęć instruktorka prosiła o skupienie, a Krystyna nieustannie komentowała moje ruchy, poprawiała mi koszulkę i głośno zachwycała się moją kondycją, sprawiając, że cała sala patrzyła tylko na nas.

Chciałem uciec

Prawdziwy dramat rozpoczął się jednak podczas pierwszego wieczorku zapoznawczego. Planowałem posiedzieć w rogu sali, wypić szklankę soku, posłuchać muzyki i w spokoju wrócić do pokoju. Zająłem miejsce przy niewielkim stoliku, obserwując bawiących się ludzi. Nagle poczułem silne szarpnięcie za ramię.

– No, kawalerze, nie będziesz tu tak sam siedział, jak na stypie! – Głos Krystyny przebił się przez głośne dźwięki przestarzałego syntezatora.

Zanim zdążyłem zaprotestować, zostałem wyciągnięty na sam środek parkietu. Zespół grał jakiś skoczny utwór, a Krystyna kręciła mną we wszystkie strony z siłą, o którą nigdy bym jej nie podejrzewał. Próbowałem delikatnie wyzwolić się z jej uścisku, ale jej dłonie były jak imadła.

– Pani Krystyno, ja nie bardzo potrafię do tej muzyki... – próbowałem przekrzyczeć hałas.

– Głupotki opowiadasz! Prowadzę cię, tylko przebieraj nogami! – odkrzyknęła, robiąc zamaszysty obrót.

Kiedy utwór się skończył, oddychałem z ulgą, mając nadzieję na powrót do stolika. Niestety, w drodze powrotnej przechwyciła mnie Halina.

– Krysia cię zamęczy, synku. Chodź ze mną, posiedzimy spokojnie. Mam tu w torebce ciasto, upiekłam przed wyjazdem i specjalnie dla ciebie trzymałam.

Posadzono mnie w loży, zablokowano wyjście, a na moim kolanie lądowały kolejne kawałki sernika i makowca, zawinięte w serwetki. Obie panie wymieniały się uszczypliwościami, a ja siedziałem pomiędzy nimi, czując się jak zakładnik. Każdą próbę opuszczenia towarzystwa torpedowano oburzeniem, że „młody człowiek nie ma szacunku do starszych” albo że „zostawi je same i komuś będzie przykro”. Zrozumiałem, że uprzejmość w tym miejscu to moja największa słabość.

Zebrałem się na odwagę

Pod koniec pierwszego tygodnia, całkowicie wyczerpany ciągłym ukrywaniem się przed moimi adoratorkami, odkryłem ustronną ławkę na tyłach ogromnego parku zdrojowego. To tam, schowany za rzędem gęstych krzewów, po raz pierwszy zobaczyłem ją. Miała na imię Alicja. Dowiedziałem się tego, gdy przypadkowo usłyszałem, jak rozmawia przez telefon. Wyglądała na osobę w moim wieku, miała piękne, ciemne włosy i często siadała na sąsiedniej ławce, czytając grube książki. To był mój cel. Powód, by jeszcze nie pakować walizek. Przez dwa dni układałem w głowie plan, jak do niej zagadać, by nie wyjść na zdesperowanego dziwaka. W końcu pewnego słonecznego popołudnia, kupiłem w pobliskim kiosku dwie kawy na wynos i zebrałem się na odwagę. Podszedłem do jej ławki. Spojrzała na mnie znad książki swoimi jasnymi oczami.

– Przepraszam, że przeszkadzam. Widzę, że często tu pani czyta. Pomyślałem, że może... – zacząłem, czując, jak ze zdenerwowania plącze mi się język.

Uśmiechnęła się ciepło i odłożyła książkę.

– Z przyjemnością. Ala – powiedziała, robiąc mi miejsce na ławce.

Usiadłem i poczułem, jak spada mi z serca ogromny kamień. Rozmowa od razu zaczęła się kleić. Okazało się, że Ala przyjechała tu, by zregenerować siły po ciężkim projekcie w pracy. Mieliśmy podobne poglądy na wiele spraw, śmialiśmy się z tych samych rzeczy. Patrzyłem na nią i myślałem, że to całe sanatoryjne piekło było warte tego jednego momentu. To był dokładnie ten scenariusz, o którym marzyłem przed wyjazdem.

Załamałem się

Rozmawialiśmy już ponad pół godziny, gdy nagle zza zakrętu usłyszałem głośny szelest i charakterystyczny, piskliwy głos, który sprawił, że krew zamarzła mi w żyłach.

A tu się schował nasz uciekinier!

Zza krzewów wyłoniła się Krystyna, trzymając pod ramię Halinę. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć lub zrobić, obie panie stanęły tuż przed naszą ławką. Ala spojrzała na nie z wyraźnym zdziwieniem, a potem przeniosła wzrok na mnie.

My cię szukamy po całym ośrodku! – kontynuowała Krystyna, zupełnie ignorując obecność Alicji. – Zaraz jest spacer z kijkami, a ty mówiłeś wczoraj, że nam pokażesz, jak to się prawidłowo reguluje.

– Panie Krystyno, ja teraz... ja jestem zajęty – wydukałem, czując, jak moje uszy stają się purpurowe.

Halina westchnęła ciężko, wyciągając z płóciennej torby plastikowy pojemnik.

– Zostaw go, Krysiu, widocznie nie ma czasu dla starych znajomych. Ale proszę, weź te kanapeczki. Przecież ty tu z głodu padniesz bez opieki.

Spojrzałem na Alę z niemym błaganiem w oczach, licząc, że zrozumie, w jak absurdalnej sytuacji się znalazłem. Niestety, Ala powoli wstała z ławki. W jej oczach widziałem mieszankę rozbawienia i zażenowania.

– Widzę, że pan ma już zorganizowany czas – powiedziała spokojnie, poprawiając torebkę na ramieniu. – Dziękuję za kawę. Może innym razem.

– Nie, proszę zaczekać! – zawołałem, zrywając się z miejsca, ale ona już odchodziła szybkim krokiem alejką w stronę głównego budynku.

Krystyna uśmiechnęła się triumfalnie i klepnęła mnie w ramię z taką siłą, że aż się zachwiałem.

– No, nie ma co za nią patrzeć. Młoda jest to jeszcze wiatry w głowie. Chodź z nami, my wiemy, czego ci potrzeba.

W tamtej chwili miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Mój genialny plan, moja jedna szansa na nawiązanie normalnej relacji z kimś w moim wieku, właśnie legła w gruzach, zdeptana butami ortopedycznymi moich dwóch zagorzałych wielbicielek.

Miała mnie za dziwaka

Przez kolejny tydzień robiłem wszystko, by unikać części wspólnych. Przestałem chodzić na wieczorki, posiłki jadłem w ekspresowym tempie, a wolny czas spędzałem w pokoju lub wyjeżdżając autobusem do sąsiedniego miasta. Alę widywałem tylko z daleka, ale ilekroć próbowałem się zbliżyć, zauważałem, że trzyma się na dystans. Wyraźnie uznała mnie za lokalnego dziwaka, który jest niańczony przez emerytki, i wolała nie mieć z tym nic wspólnego. Zygmunt, widząc moje zrezygnowanie, próbował mnie pocieszać na swój własny, specyficzny sposób.

– Nie martw się, na następnym turnusie będziesz już mądrzejszy. Zrozumiesz zasady gry. Trzeba od razu stawiać granice albo poddać się i czerpać z tego korzyści. Ja na ten przykład mam darmowe pranie.

Nie chciałem darmowego prania, ani domowego sernika z torebki, ani siłowych obrotów na parkiecie. Chciałem po prostu normalności. Zdecydowałem się na krok desperacki. Zamiast czekać na oficjalne, pożegnalne przyjęcie, spakowałem swoją walizkę dzień przed końcem turnusu. Poszedłem do recepcji, uregulowałem wszystkie opłaty i poprosiłem o wcześniejsze wymeldowanie. Recepcjonistka spojrzała na mnie ze zrozumieniem, jakby nie ja pierwszy uciekał stąd w popłochu. Kiedy wychodziłem głównym wejściem, by udać się na stację kolejową, usłyszałem w oddali znajomy, donośny głos Krystyny wołający moje imię z tarasu. Nie odwróciłem się. Przyspieszyłem kroku, ciągnąc za sobą walizkę po nierównym chodniku tak szybko, że kółka zgrzytały miarowo.

W pociągu powrotnym usiadłem przy oknie, patrząc na mijane krajobrazy. Mój wyjazd, który miał być przełomem i szansą na znalezienie miłości, zamienił się w komedię pomyłek i ciągłą ucieczkę. Moje starannie wyprasowane koszule wracały w walizce nienaruszone, a jedyne, co przywoziłem do domu, to ulgę, że to już koniec. Chciałem poznać przyszłą żonę, a dostałem lekcję, której nie zapomnę do końca życia. Dziś, gdy znajomi pytają mnie, jak było w ośrodku, po prostu uśmiecham się krzywo i mówię, że wyjątkowo dużo się działo. O detalach wolałbym nigdy więcej nie opowiadać.

Szymon, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama
Loading...