„Kiedy zobaczyłam 2 kreski, nie ucieszyłam się. Nie mam pojęcia, co powiedzieć teściowi – że będzie dziadkiem, czy ojcem?”
„Serce waliło mi w piersi, kiedy usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza. Marek wrócił z pracy. Szybko schowałam test do kosmetyczki i wzięłam kilka głębokich oddechów. Może powinnam nic nie mówić? Może mogłabym żyć w nieświadomości? Ale kiedy wyszłam z łazienki i zobaczyłam jego uśmiechniętą twarz, pękłam”.

- Redakcja
Małżeństwo to coś, co miało być na zawsze. Przynajmniej tak myślałam pięć lat temu, gdy mówiłam Markowi „tak”. Był troskliwy, ciepły, uczynny. A jednak coś poszło nie tak. A może po prostu to ja poszłam nie tak?
Najpierw były spojrzenia – ukradkowe, dłuższe, niż powinny być. Potem rozmowy. Kiedy Marek był w pracy, Andrzej – jego ojciec – znajdował preteksty, by wpaść do nas. Żartował, że jestem jego ulubioną synową. Szkoda, że jedyną – śmiałam się wtedy.
Potem ten żart przestał być śmieszny
Nie wiem, kiedy przekroczyłam granicę. Może wtedy, gdy pierwszy raz dotknął mojej dłoni i nie zabrałam jej od razu? A może wtedy, gdy wbrew zdrowemu rozsądkowi poszłam do jego mieszkania, wiedząc, że Marek ma służbowy wyjazd?
Stałam w łazience, patrząc na dwie kreski na teście ciążowym. Moje ciało ogarniał dreszcz. Oczy piekły od powstrzymywanych łez. To powinien być moment radości, a jednak jedyne, co czuję, to panika. Nie wiem, kto jest ojcem mojego dziecka.
– Proszę, niech to będzie tylko zły sen – wyszeptałam, wpatrując się w test ciążowy, który trzymałam w dłoni.
Ale to nie był sen. Dwie grube, różowe kreski zdawały się wrzeszczeć do mnie „jesteś w ciąży!”.
Opadłam na brzeg wanny, czując, jak ściska mnie w żołądku. Gdyby to było dziecko Marka, nie byłoby problemu. Powiedziałabym mu, uśmiechnąłby się, przytulił mnie, pewnie poszlibyśmy na kolację, świętować. Ale w tej ciąży nie było nic do świętowania.
Nie wiedziałam, czy to jego dziecko
Serce waliło mi w piersi, kiedy usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza. Marek wrócił z pracy. Szybko schowałam test do kosmetyczki i wzięłam kilka głębokich oddechów. Może powinnam nic nie mówić? Może mogłabym żyć w nieświadomości?
Ale kiedy wyszłam z łazienki i zobaczyłam jego uśmiechniętą twarz, pękłam.
– Marysia, coś się stało? – zapytał, podchodząc do mnie i kładąc ręce na moich ramionach. – Jesteś cała blada.
Patrzyłam na niego, czując, jak w gardle rośnie mi gula. Tyle razy mówiłam sobie, że przestanę. Że to koniec. Że to tylko błąd, chwilowe zauroczenie, że wrócę do bycia dobrą żoną. Ale nie wróciłam. A teraz byłam w ciąży i musiałam udawać, że wszystko jest w porządku.
– Marek… – zaczęłam cicho.
– Co się dzieje?
Przełknęłam ślinę. W jego oczach było tyle troski. Tyle miłości
– Jestem w ciąży – powiedziałam w końcu, a słowa odbiły się echem w mojej głowie.
Marek patrzył na mnie przez sekundę, jakby nie dosłyszał. A potem jego twarz rozjaśnił uśmiech.
– Naprawdę?! Marysiu! – chwycił mnie w ramiona i zakręcił wokół własnej osi. – To cudowne!
Próbowałam się uśmiechnąć. Naprawdę próbowałam.
– Tak… cudowne – wyszeptałam.
Ale w głowie wciąż miałam jedno pytanie. A jeśli to nie jest jego dziecko?
Andrzej czekał na mnie w zaparkowanym pod lasem aucie. Serce waliło mi jak oszalałe, kiedy otworzyłam drzwi i wślizgnęłam się na fotel pasażera. Nie popatrzył na mnie od razu.
– I? – odezwał się w końcu, nie odwracając głowy. – Coś się stało?
Zacisnęłam palce na torebce. Nie wiedziałam, jak mu to powiedzieć. Nagle dotarło do mnie, jak bardzo absurdalna była ta sytuacja. Spotykałam się w tajemnicy z ojcem własnego męża, żeby powiedzieć mu, że mogę urodzić jego dziecko.
– Jestem w ciąży – rzuciłam, nie owijając w bawełnę.
Andrzej w końcu odwrócił głowę. Patrzył na mnie uważnie, z tym swoim pewnym siebie wyrazem twarzy, który doprowadzał mnie do szału. Jakby wcale nie był zaskoczony. Jakby już wcześniej to podejrzewał.
– I to może być moje dziecko – powiedział w końcu spokojnie.
– Nie wiem – odparłam, a mój głos zabrzmiał cicho, jakby przytłumiony przez ciasne wnętrze samochodu. – Może być twoje. Może być Marka.
Andrzej wypuścił dym, a potem zgasił papierosa w popielniczce.
– Musimy to sprawdzić – oznajmił stanowczo.
Poczułam lodowaty dreszcz na plecach.
– Nie! – powiedziałam szybko. – Nie teraz. Nie od razu.
– Dlaczego? – Uniósł brwi.
– Bo Marek jest szczęśliwy – wyszeptałam. – Nie chcę go skrzywdzić.
Andrzej zaśmiał się cicho, kręcąc głową.
– A to zabawne – powiedział powoli. – Bo wydaje mi się, że skrzywdziłaś go już dawno temu.
Wiedziałam, że miał rację
– Proszę, nie naciskaj – powiedziałam w końcu, patrząc na niego błagalnie. – Daj mi czas.
Andrzej zmrużył oczy, jakby kalkulował coś w myślach. W końcu odchylił się na fotelu i westchnął.
– Dobrze – mruknął. – Masz czas. Ale to się nie rozejdzie po kościach, Marysiu. Im dłużej to ciągniesz, tym bardziej to się skomplikuje.
Nie odpowiedziałam. Wysiadłam z auta, zanim zdążył dodać coś jeszcze.
Gdy wracałam do domu, Marek wyszedł mi na spotkanie. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował czule w czoło.
– Gdzie byłaś? – zapytał, gładząc mnie po plecach.
– Na spacerze – skłamałam bez mrugnięcia okiem.
Czułam, jak powoli zaczynam tonąć we własnych kłamstwach.
Marek coraz częściej patrzył na mnie inaczej. Uważniej. Jakby coś przeczuwał.
– Jesteś jakaś inna – powiedział pewnego wieczoru, gdy jedliśmy kolację.
Podniosłam wzrok znad talerza.
– Inna? – powtórzyłam, siląc się na lekki uśmiech. – W jakim sensie?
– Nie wiem… – zmarszczył brwi. – Po prostu... zamyślona. Trochę jakby nieobecna.
Odstawiłam widelec.
– Marek, jestem w ciąży – przypomniałam mu łagodnym tonem. – Może to po prostu hormony?
Pokiwał głową, ale widziałam, że wciąż się zastanawia. Kiedy poszedł pod prysznic, sięgnęłam po telefon. Musiałam coś sprawdzić. Wpisałam w wyszukiwarkę jedno hasło, to, które od kilku dni nie dawało mi spokoju: „Jak sprawdzić ojcostwo?”.
Wtedy ekran zaświecił się innym powiadomieniem. Wiadomość: „Musimy porozmawiać o dziecku”.
Serce stanęło mi w gardle. Palce zaczęły drżeć, kiedy kliknęłam w nadawcę. Numer był anonimowy, ale nie musiałam się długo zastanawiać. Andrzej.
– Marysia?
Telefon prawie wypadł mi z dłoni, kiedy Marek pojawił się w drzwiach. Włosy miał jeszcze mokre po prysznicu, a na twarzy wciąż ten czujny wyraz.
– Coś się stało? – zapytał.
Zbyt szybko zablokowałam ekran. Zbyt nerwowo położyłam telefon ekranem do dołu.
– Nie, nic – skłamałam, siląc się na swobodę. – Po prostu jakaś reklama.
Marek usiadł obok mnie. Sięgnął po telefon. Zatrzymałam go w pół ruchu, kładąc dłoń na jego nadgarstku. Spojrzał na mnie i przez sekundę przysięgłabym, że widziałam w jego oczach nieufność. Ale potem uśmiechnął się lekko i opuścił rękę.
– Dobra, jak nie chcesz, to nie będę naciskał – powiedział, całując mnie w skroń.
Nie wiedział, że kłamstwo, które właśnie opowiedziałam, to dopiero początek.
Zdecydowałam się na test
Andrzej dał mi próbkę swojej śliny (i część pieniędzy na przeprowadzenie testu), a Marka próbkę "ukradłam" z kuchni, kiedy zostawił szklankę ze słomką na blacie. Słomkę schowałam do plastikowej torebki.
Wyniki testu na ojcostwo miały przyjść za tydzień. Siedem dni piekła. Siedem dni, w których każdy ruch Marka, każda jego czułość sprawiały, że czułam się jak śmieć.
Andrzej nalegał. Miał w sobie ten spokój i pewność siebie, które zawsze mnie do niego ciągnęły, a teraz przyprawiały o mdłości.
– Jeśli to moje dziecko, chcę to wiedzieć – powiedział, kiedy spotkaliśmy się na tyłach jego firmy, daleko od oczu przypadkowych znajomych.
– I co zrobisz z tą wiedzą? – syknęłam.
– To już zależy od ciebie – uśmiechnął się kpiąco. – Ale nie sądzę, żeby Marek był zachwycony, jeśli prawda wyjdzie na jaw.
– Prawda może nigdy nie wyjść – rzuciłam, sama nie wierząc w to, co mówię.
Andrzej się zaśmiał.
– Nie jestem idiotą. Będę wiedział.
Nie odpowiedziałam.
Telefon zadzwonił, kiedy byłam sama w domu. Dzwoniło laboratorium. Dłonie ślizgały mi się na ekranie, gdy próbowałam odebrać.
– Dzień dobry, pani Mario – usłyszałam spokojny, profesjonalny głos kobiety. – Dzwonimy z wynikami testu na ojcostwo. Czy może pani rozmawiać?
Mogłam? Nie. Ale i tak odpowiedziałam:
– Tak…
Kobieta zawahała się przez sekundę, a potem powiedziała coś, co roztrzaskało moje życie na kawałki. Nie oddychałam. Próbowałam coś powiedzieć, ale usta miałam jak z waty. „A” podpisałam próbkę Andrzeja.
– Rozumiem – wydukałam w końcu.
– Czy chce pani odebrać papierową wersję wyniku osobiście, czy mamy wysłać pocztą? – zapytała urzędowym tonem, jakby właśnie nie oznajmiła mi wyroku.
– Wyślę kogoś po odbiór – wydusiłam.
Rozłączyłam się.
Nie wiedziałam, jak długo siedziałam na kanapie, wpatrując się w pustą ścianę. Godzinę? Dwie? Wiedziałam tylko jedno: to się naprawdę dzieje. To było dziecko Andrzeja.
Wieczorem Marek wrócił do domu z butelką bezalkoholowego wina i szerokim uśmiechem.
– Myślałem, że możemy to uczcić – powiedział, całując mnie w policzek. – Nasze małe szczęście.
„To nie twoje dziecko”. Prawie wypowiedziałam te słowa na głos. Zamiast tego sięgnęłam po kieliszek i napiłam się wina, które nagle smakowało gorzko. Przez cały wieczór śmiałam się i udawałam, że wszystko jest normalnie. Ale nie było. Już nigdy nie będzie.
Marek siedział naprzeciwko mnie, a ja czułam, jak z każdą sekundą serce wali mi coraz mocniej. W końcu wypowiedziałam te słowa. Te, które paliły mnie od środka od chwili, gdy odebrałam wyniki testu.
Najpierw był bezruch.
Marek patrzył na mnie, jakby czekał, aż zaśmieję się i powiem, że to żart. Ale nie żartowałam. Gdy do niego dotarło, co właśnie usłyszał, wstał gwałtownie, jakby powietrze w pokoju stało się nagle zbyt gęste. Przeszedł kilka kroków, zatrzymał się, odwrócił w moją stronę i potrząsnął głową.
– Ty… i mój ojciec? – jego głos drżał. – Boże, Marysia…
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Widziałam w jego oczach coś, czego nigdy wcześniej tam nie było. Nie złość, nie gniew.
Coś gorszego: rozczarowanie
– Marek… przepraszam – wyszeptałam.
– Przepraszasz? – zaśmiał się gorzko. – Myślisz, że to wystarczy? Zdradziłaś mnie, z kimś, kogo powinienem móc szanować. I teraz... – urwał i spojrzał na mój brzuch, jakby widział go po raz pierwszy.
Podszedł do drzwi, jakby chciał wyjść, ale zawahał się. Przez chwilę myślałam, że może jednak zostanie. Może uda mi się coś powiedzieć, coś zrobić, cokolwiek, żeby naprawić to, co właśnie się rozpadało.
– Nie chcę cię znać – powiedział w końcu cicho i wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Nie wrócił na noc. Nie wrócił już nigdy.
Miesiąc później spotkałam Andrzeja. Przyszedł do mojego mieszkania, stanął w progu, trzymając ręce w kieszeniach, jakby obawiał się, że go wyrzucę. Nie wiedziałam, czego się spodziewać
– Chcę go poznać – powiedział wprost, spoglądając na mój brzuch.
Pokręciłam głową.
– Nie. Nie chcę, żebyś był częścią jego życia.
Nie kłócił się. Patrzył na mnie przez chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko skinął głową i wyszedł.
Kilka miesięcy później urodziłam syna. Był piękny. A kiedy spojrzałam w jego oczy, nie miałam żadnych wątpliwości, czyje były.
Nie wiem, gdzie teraz jest Marek
Nie odpowiadał na moje wiadomości, nie próbował się ze mną skontaktować. Może zaczął nowe życie, może starał się zapomnieć. Wiem tylko, że nie chce wiedzieć, co się stało z dzieckiem, które przez chwilę myślał, że będzie jego.
Czy żałuję? Każdego dnia. Nie tylko tego, co zrobiłam, ale też tego, że powiedziałam prawdę. Może gdybym milczała, wszystko wyglądałoby inaczej. Może Marek pokochałby to dziecko, może bylibyśmy rodziną. A może kłamstwo i tak kiedyś by nas zniszczyło.
Nigdy się tego nie dowiem. Wiem tylko, że pewne błędy kosztują więcej, niż jesteśmy w stanie zapłacić.
Marysia, 29 lat
Czytaj także:
„Chciałem mieć dużą rodzinę, ale żona nie chce więcej dzieci. Chyba zasieję nasionko w innym ogródku”
„Poszłam na kurs tańca, by dobrze wypaść na weselu. Narzeczony nie miał pojęcia, jakie figury ćwiczyliśmy po godzinach”
„Odkładałam każdy grosz na wyprawę dookoła świata, lecz narzeczony pozbawił mnie złudzeń. Jedyną podróż odbyłam do sądu”