Reklama

Zgodziłam się na te ferie w Tatrach tylko dlatego, że Bartek patrzył na mnie z taką nadzieją, jakby od tego wyjazdu zależało nasze małżeństwo. „To tylko tydzień” – powtarzałam sobie w myślach, pakując walizkę. Tydzień w jednym pensjonacie z moją teściową, kobietą, która od pierwszego dnia naszej znajomości dawała mi do zrozumienia, że jej syn mógł wybrać lepiej.

Teściowa nie szczędziła mi krytyki

Do Zakopanego dojechaliśmy późnym popołudniem. Śnieg padał gęsto, a dachy domów wyglądały jak obsypane cukrem pudrem. Przez chwilę poczułam nawet ekscytację. Może naprawdę będzie dobrze?

– Aniu, weź czapkę z walizki, bo zmarzniesz – odezwała się teściowa, gdy tylko wysiadłam z samochodu. – W twoim stanie zdrowia łatwo o przeziębienie.

Zamarłam.

– W jakim stanie zdrowia? – zapytałam spokojnie, choć poczułam ukłucie.

– No w takim… delikatnym. Zawsze byłaś taka wątła.

Bartek udawał, że walczy z bagażnikiem. Jak zwykle nie reagował. W pensjonacie było przytulnie – drewniane ściany, kominek, zapach herbaty z maliną. Właścicielka zaprowadziła nas do pokoi. Oczywiście teściowa pierwsza wybrała największy.

– Wy młodzi i tak pewnie będziecie cały czas na stoku – rzuciła z uśmiechem.

Pierwszego wieczoru usiedliśmy razem przy kolacji. Starałam się trzymać fason.

– Może jutro pójdziemy razem na spacer Doliną Kościeliską? – zaproponowałam.

– Spacer? – uniosła brwi. – Ja przyjechałam tu pochodzić po górach, a nie dreptać po dolinach. Aniu, ty zawsze byłaś taka mało ambitna?

Widelec zadźwięczał mi o talerz.

– Mamo, daj spokój – mruknął Bartek, ale bez przekonania.

Powoli miałam dość tego, że nigdy mnie nie bronił. A to był dopiero początek.

Narastała we mnie złość

Następnego dnia było jeszcze gorzej. Na stoku przewróciłam się przy pierwszym zjeździe. Nic poważnego, po prostu straciłam równowagę.

– Widzisz, Bartek? – usłyszałam zza pleców. – Mówiłam, że to nie dla niej. Może lepiej, żeby została w pensjonacie i zrobiła herbatę, kiedy wrócimy.

Odwróciłam się do niej.

Nie potrzebuję opiekunki – powiedziałam cicho. – Poradzę sobie.

Ale w środku narastała we mnie złość i bezradność. Każdy mój gest, każda decyzja była komentowana. Źle zapięta kurtka, za cienkie rękawiczki, zbyt wolne tempo marszu. Nawet to, że zamówiłam w restauracji pierogi zamiast kwaśnicy, stało się tematem wykładu o „braku lokalnego ducha”. Wieczorem nie wytrzymałam.

– Bartek, ile jeszcze mam to znosić? – zapytałam w naszym pokoju, kiedy zamknęliśmy drzwi. – Twoja mama traktuje mnie jak uczennicę, która nic nie potrafi.

Usiadł na łóżku i potarł twarz dłońmi.

– Ona już taka jest. Nie zmienisz jej.

– A ty? Ty możesz coś powiedzieć.

Spojrzał na mnie bezradnie.

– Nie chcę konfliktu.

Te słowa zabolały bardziej niż wszystkie uwagi jego matki. Poczułam się sama, jakbym przyjechała tu nie z mężem, tylko z dwojgiem ludzi, którzy tworzą zamknięty duet. Trzeciego dnia rano obudziłam się z myślą, że nie dam rady wytrzymać do końca tygodnia. Za oknem świeciło słońce, śnieg skrzył się jak w bajce, a ja miałam wrażenie, że tkwię w lodowatej chmurze krytyki. Nie wiedziałam jeszcze, że tego dnia coś pęknie – i to nie tylko we mnie.

Próbowałam z nią rozmawiać

Tego dnia Bartek oznajmił przy śniadaniu, że chce wejść na Kasprowy z kolegą, którego przypadkiem spotkał w pensjonacie.

– To może my pójdziemy razem do Doliny Strążyskiej? – zaproponowałam ostrożnie, patrząc na teściową.

Zmrużyła oczy, jakby oceniała, czy to prowokacja.

– Dobrze. Ale nie marudź po drodze.

Ruszyłyśmy przed południem. Mróz był lekki, powietrze przejrzyste. Śnieg skrzypiał pod butami. Szłyśmy w milczeniu, aż w końcu nie wytrzymałam.

– Pani Mario, mogę o coś zapytać? – zaczęłam.

– Słucham.

Dlaczego ja panią tak drażnię?

Zatrzymała się gwałtownie.

– Drażnisz? – powtórzyła chłodno. – Chcę tylko, żebyś była silniejsza. Żebyś nie ciągnęła Bartka w dół.

Ciągnęła w dół? – serce zaczęło mi bić szybciej. – Pracuję, dbam o dom, wspieram go. Co jeszcze mam zrobić?

– On zawsze był ambitny. Zdolny. Bałam się, że przy tobie… zwolni.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystkie wcześniejsze docinki.

– A może przy mnie po prostu jest szczęśliwy? – zapytałam cicho.

Nie odpowiedziała. Ruszyła dalej, szybciej niż wcześniej.

Te słowa zmieniły wszystko

Starałam się dotrzymać jej kroku, choć ścieżka zaczęła piąć się pod górę. W pewnym momencie teściowa poślizgnęła się na oblodzonym fragmencie. Zdążyłam złapać ją za rękaw kurtki.

– Uważaj! – krzyknęłam.

Straciłyśmy równowagę obie, ale udało mi się oprzeć o pień drzewa. Stałyśmy tak przez kilka sekund, złączone w niezgrabnym uścisku.

Puść mnie – powiedziała cicho, ale w jej głosie nie było już ostrości.

Kiedy stanęłyśmy pewnie, zobaczyłam, że drżą jej dłonie.

– Wszystko w porządku? – zapytałam.

– To tylko chwila… – usiadła na pobliskim kamieniu. – Nienawidzę tego uczucia, kiedy nie mam kontroli.

Usiadłam obok niej.

– Ja też – przyznałam. – Zwłaszcza kiedy mam wrażenie, że cokolwiek zrobię i tak będzie źle.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Myślisz, że jestem taka okropna? – zapytała nagle.

Nie spodziewałam się tego pytania.

– Myślę, że bardzo pani zależy na Bartku. Ale czasem zapomina pani, że on już nie jest tylko pani synem.

Westchnęła ciężko.

– Kiedy odszedł z domu, czułam się, jakby ktoś zabrał mi grunt spod nóg. Zostałam sama w dużym mieszkaniu. Cisza była nie do zniesienia. – Zawahała się. – Bałam się, że jeśli przestanę być mu potrzebna, to całkiem zniknę z jego życia.

Te słowa zmieniły wszystko. Nagle nie widziałam w niej surowej krytykantki, tylko kobietę, która boi się samotności.

On panią kocha – powiedziałam spokojnie. – Ale ja też go kocham. I nie chcę o niego rywalizować.

Przez chwilę patrzyłyśmy na ośnieżone szczyty.

– Może za bardzo się wtrącałam – przyznała cicho. – Trudno mi oddać ster.

Uśmiechnęłam się lekko.

– Możemy spróbować płynąć razem. Bez podkładania sobie lodu pod nogi.

Ku mojemu zaskoczeniu, roześmiała się krótko.

Masz charakter, Aniu. Może rzeczywiście nie jesteś taka krucha, jak myślałam.

W drodze powrotnej szłyśmy wolniej, ale rozmawiałyśmy. O jej młodości, o mojej pracy, o tym, jak Bartek jako dziecko bał się ciemności. Kiedy wróciłyśmy do pensjonatu, czułam zmęczenie, ale też coś na kształt ulgi. Wieczorem Bartek patrzył na nas podejrzliwie.

– Co się stało? – zapytał. – Wyglądacie… normalnie.

– Byłyśmy na spacerze – odpowiedziała jego mama. – I twoja żona uratowała mnie przed upadkiem.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Naprawdę?

– Naprawdę – potwierdziła. – I chyba powinnam ją przeprosić za kilka rzeczy.

Zrobiło mi się ciepło, choć za oknem znowu zaczął prószyć śnieg. Wiedziałam, że to jeszcze nie koniec naszych różnic, ale coś się zmieniło. Lód, który narastał między nami, zaczął topnieć.

Odwilż, której się nie spodziewałam

Następnego poranka obudził mnie zapach kawy. Zeszłam do jadalni w grubym swetrze, jeszcze zaspana, i zamarłam w progu. Przy stole siedziała pani Maria, a obok niej stały trzy filiżanki.

– Usiądź, Aniu – powiedziała, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. – Zrobiłam też dla ciebie. Bez cukru, prawda?

Bartek spojrzał na mnie znacząco, jakby chciał zapytać, czy śni. Usiadłam powoli.

– Dziękuję – odpowiedziałam ostrożnie.

Przez chwilę panowała cisza, ale nie była już ciężka. Raczej niepewna, jak pierwsze kroki po śliskiej drodze.

– Pomyślałam – zaczęła teściowa, mieszając kawę – że może dziś pójdziemy razem na targ pod Gubałówką. Słyszałam, że są tam rękodzieła. Ty podobno lubisz takie rzeczy.

Zaskoczyła mnie. Nigdy wcześniej nie interesowała się tym, co lubię.

– Tak, bardzo – przyznałam. – Robię nawet czasem własne ozdoby.

– Naprawdę? – uniosła brwi. – Nigdy nie mówiłaś.

Chciałam odpowiedzieć, że nigdy nie pytała, ale ugryzłam się w język. Na targu było gwarno i kolorowo. Drewniane stoiska uginały się od serwet, rzeźbionych figurek i wełnianych skarpet. Pani Maria zatrzymała się przy stoisku z haftowanymi obrusami.

– Moja mama takie robiła – powiedziała nagle. – Godzinami siedziała przy oknie.

Dotknęła materiału z czułością, jakiej wcześniej u niej nie widziałam.

– Nauczyła mnie kilku wzorów – dodała ciszej. – Ale potem zabrakło czasu.

– Może jeszcze nie jest za późno – odparłam. – Mogłybyśmy spróbować razem. Ja haftuję głównie kwiaty, ale chętnie nauczę się czegoś nowego.

Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Chciałabyś?

– Tak.

Bartek, który stał obok z kubkiem gorącej herbaty, uśmiechnął się szeroko.

Tego się nie spodziewałem – powiedział półżartem. – Dwie najważniejsze kobiety w moim życiu planują wspólne zajęcia.

Pani Maria popatrzyła na niego surowo, ale bez dawnej ostrości.

– Nie kpij. To poważna sprawa.

Wszyscy się roześmialiśmy. Pierwszy raz od dawna był to szczery śmiech.

Odbudowałyśmy naszą relację

Wieczorem usiadłyśmy w saloniku pensjonatu z zakupionymi nićmi. Pani Maria pokazywała mi, jak prowadzić igłę, żeby wzór był równy.

– Nie za mocno naciągaj – instruowała. – Delikatnie, ale pewnie.

– Tak? – zapytałam, próbując powtórzyć jej ruch.

– Właśnie tak.

Nasze dłonie niemal się stykały. Czułam, że to coś więcej niż nauka haftu. To był gest zaufania. W pewnym momencie Bartek wszedł do pokoju i oparł się o framugę.

– Wiecie, że wyglądacie jak duet z długoletnią tradycją? – zaśmiał się.

– Nie przeszkadzaj – rzuciła jego mama, ale w jej oczach błyszczało rozbawienie.

Później, gdy zostałyśmy same, odłożyła tamborek i spojrzała na mnie poważnie.

– Aniu, wiem, że przez pierwsze dni byłam… dość trudna.

Nie przerwałam jej.

– Bałam się, że mnie zastąpisz. Że przestanę być dla Bartka kimś ważnym.

Nie da się zastąpić mamy – odpowiedziałam spokojnie. – Ja nie chcę zajmować pani miejsca. Chcę tylko mieć swoje.

Przytaknęła.

– Chyba zaczynam to rozumieć.

Ostatniego dnia ferii wyszliśmy razem na krótki spacer. Słońce topiło śnieg, z dachów kapała woda. Bartek objął mnie ramieniem, a pani Maria szła obok, opowiadając o planach na wiosnę. Kiedy pakowaliśmy walizki, podeszła do mnie w korytarzu.

– Dziękuję ci – powiedziała cicho. – Za cierpliwość. I za to, że mnie wtedy złapałaś.

– To był odruch – uśmiechnęłam się.

– Może. Ale nie każdy by wyciągnął rękę.

W drodze powrotnej patrzyłam na oddalające się góry. Wiedziałam, że nie staniemy się nagle najlepszymi przyjaciółkami. Pewnie jeszcze nieraz się pokłócimy. Ale lód, który nas dzielił, naprawdę stopniał. A ja po raz pierwszy poczułam, że nie wracam z ferii jak z pola bitwy, tylko z miejsca, w którym coś się odbudowało.

Teściowa bała się samotności

Po powrocie do domu spodziewałam się, że wszystko wróci do dawnego układu. Że ta górska odwilż okaże się chwilowa, a pierwsza niedzielna kawa u teściowej znów będzie egzaminem z bycia „wystarczająco dobrą”. Ku mojemu zaskoczeniu, było inaczej. Tydzień po feriach zadzwonił telefon.

– Aniu, nie przeszkadzam? – usłyszałam w słuchawce głos pani Marii.

Zerknęłam na Bartka, który siedział obok z laptopem. Uniósł pytająco brwi.

– Nie, proszę mówić.

– Kupiłam tamborek. I nici. Ale utknęłam na tym listku, który mi pokazywałaś. Może wpadniesz jutro po pracy? Wypijemy razem herbatę.

Zatkało mnie na moment.

– Jasne. Chętnie.

Kiedy się rozłączyłam, Bartek patrzył na mnie, jakbym właśnie ogłosiła przeprowadzkę na drugi koniec świata.

– Mama sama zadzwoniła? – zapytał.

– Sama.

Następnego dnia siedziałyśmy przy jej stole, pochylone nad materiałem. Słońce wpadało przez okno, a na parapecie stały doniczki z pelargoniami.

– Widzisz? – mówiła, poprawiając mój ścieg. – Tu trzeba cierpliwości. Ja zawsze chciałam wszystko od razu.

– Nadal pani chce – odpowiedziałam z uśmiechem.

Spojrzała na mnie z udawanym oburzeniem.

– Może trochę.

W pewnym momencie odłożyła igłę.

– Aniu, powiedziałam już w górach, że przesadziłam. Ale chcę, żebyś wiedziała jedno. Bałam się, że jeśli nie będę was kontrolować, to zostanę sama. A samotność bywa głośniejsza niż jakakolwiek kłótnia.

Nie wiedziałam, że aż tak bardzo to w niej siedzi.

– Może zamiast kontrolować, lepiej po prostu być – powiedziałam cicho. – My nie chcemy się od pani odsunąć.

Pokiwała głową, jakby zapisywała te słowa w pamięci.

Nauczyłyśmy się rozmawiać

Kilka dni później Bartek wrócił z pracy wyraźnie poruszony.

– Mama dzwoniła do mnie – oznajmił. – Powiedziała, że powinnam częściej cię słuchać. I że mam szczęście.

– Naprawdę tak powiedziała?

– Dosłownie. A potem dodała, że jak jeszcze raz nie stanę po twojej stronie, to ona sama mi to wytłumaczy.

Roześmiałam się, a w moich oczach pojawiły się łzy. Nie ze smutku, tylko z ulgi. Pierwsze święta wielkanocne po feriach spędziliśmy u niej. W kuchni panował ruch, ale nie było napięcia. Kiedy sięgnęłam po przyprawy, usłyszałam:

– Aniu, ty dopraw. Masz lepsze wyczucie.

To było drobne zdanie, ale znaczyło więcej niż wszystkie wcześniejsze uwagi. Po raz pierwszy poczułam, że nie jestem intruzem, tylko częścią rodziny. Wieczorem, gdy siedzieliśmy przy stole, teściowa spojrzała na nas oboje.

– Cieszę się, że pojechaliśmy wtedy w góry – powiedziała. – Czasem trzeba się poślizgnąć, żeby ktoś podał rękę.

Złapałam jej spojrzenie i uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że tamten moment na oblodzonej ścieżce był przełomem, ale tak naprawdę obie musiałyśmy zrobić krok w swoją stronę. Dziś, kiedy myślę o tamtych feriach, nie pamiętam lawiny krytyki. Pamiętam śnieg skrzypiący pod butami i ciepłą dłoń, którą trzymałam, żeby nie upadła. I to, że czasem największa odwilż zaczyna się od jednej szczerej rozmowy. Nie stałyśmy się idealne. Nadal się różnimy. Ale nauczyłyśmy się mówić zamiast oceniać. A to zmieniło wszystko.

Anna, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama