Od zawsze uważałam, że słodkości są jedną z tych małych przyjemności, z których nie warto całkowicie rezygnować. Oczywiście wszystko powinno mieć swoje granice, ale trudno uwierzyć, że kilka ciastek, batonik czy kawałek domowego ciasta mogłyby komuś zaszkodzić.
Sama nigdy nie potrafiłam oprzeć się słodyczom. Wręcz przeciwnie – od lat chętnie przygotowywałam różnego rodzaju wypieki. Kiedy poznane przepisy zaczynały mi się nudzić, przeszukiwałam Internet w poszukiwaniu kolejnych. Nie zawsze wszystko wychodziło idealnie. Czasami ciasto było zbyt suche, innym razem czegoś dodałam za dużo lub za mało. Mimo to nie poddawałam się i próbowałam tak długo, aż w końcu byłam zadowolona z efektu.
WIDEO…
Szczególnie lubiłam przygotowywać torty na własne urodziny. Robiłam je sama, a później słuchałam pochwał gości zachwyconych kremem i połączeniem smaków. Koleżanki nieraz prosiły mnie o przepisy. Zawsze wychodziłam z założenia, że życie warto sobie od czasu do czasu osłodzić. Przecież codzienność nie zawsze jest łatwa ani kolorowa, a wielu rzeczy zwyczajnie nie jesteśmy w stanie zmienić. Tym bardziej uważałam, że nie ma nic złego w pozwoleniu sobie od czasu do czasu na odrobinę słodkiej przyjemności.
Nie pozwalała mi się zbliżyć
Kiedy Marek powiedział mi, że jego żona, Iwona, spodziewa się dziecka, byłam naprawdę szczęśliwa. Nigdy wcześniej nie rozmawiali ze mną o konkretnych planach dotyczących powiększenia rodziny, dlatego nawet nie wiedziałam, czy w ogóle zamierzają mieć dzieci.
– Niczego nie planowaliśmy, mamo – tłumaczył Marek. – Po prostu tak się wydarzyło. Teraz musimy odnaleźć się w tej nowej sytuacji.
Oczywiście od razu zapewniłam ich, że mogą na mnie liczyć i że z przyjemnością będę ich wspierać. Zdawałam sobie sprawę, że ciąża to wymagający czas, dlatego starałam się pomagać Iwonce na każdym kroku. Była za to wdzięczna, choć jednocześnie nie pozwalała mi zbytnio się do siebie zbliżyć. Od początku wydawała mi się nieco osobliwa. Jadła jakieś wyłącznie sałatki i dziwne rzeczy bez mięsa. Nieraz mówiłam jej, że teraz, gdy była w ciąży, powinna szczególnie o siebie dbać. Ona jednak pozostawała głucha na moje uwagi i najwyraźniej uważała, że przesadzam. Pozostawało mi jedynie mieć nadzieję, że to nie odbije się negatywnie na dziecku. Nawet zwykłego batonika ode mnie nie chciała przyjąć. Kiedyś zaproponowałam jej taki z orzechami, przecież pełnymi wartościowych składników, ale odmówiła.
Zdecydowali się zatrudnić nianię
Na szczęście zarówno mój wnuk Staś, jak i jego młodsza siostra Helenka, która przyszła na świat dwa lata później, rozwijali się zdrowo i nic im nie dolegało. Mimo to trochę żałowałam, że tak rzadko miałam okazję spędzać z nimi czas. Widywałam dzieci głównie podczas wizyt u syna albo przy okazji rodzinnych obiadów, kiedy to oni przyjeżdżali do mnie. Początkowo miałam nadzieję, że w razie potrzeby będą zostawiać wnuki pod moją opieką. Szybko jednak okazało się, że Marek i Iwona zdecydowali się zatrudnić nianię.
– Mamo, przecież nie chcemy dokładać ci obowiązków – tłumaczył mi syn. – Iwona znalazła naprawdę świetną dziewczynę. Ma dobre referencje, a dzieci ją uwielbiają. Naprawdę trudno byłoby znaleźć kogoś lepszego.
Nie chciałam się z nim kłócić, ale mimo wszystko zrobiło mi się przykro. W końcu jakaś młoda dziewczyna, Kasia albo jakoś tak miała na imię, spędzała z moimi wnukami znacznie więcej czasu niż ich własna babcia.
– Jak to w ogóle możliwe? – żaliłam się pewnego dnia Krysi, mojej wieloletniej przyjaciółce. – Powiedz sama, czy to normalne, żeby wnuki niemal nie miały kontaktu z babcią? Rozumiem, gdy ktoś pracuje od rana do wieczora i zwyczajnie nie ma czasu, ale przecież ja większość dnia jestem w domu!
– Wiesz, jacy są teraz młodzi – odpowiedziała, wzruszając ramionami. – Mają swoje pomysły na wychowanie dzieci i chyba wydaje im się, że dzięki temu są bardziej nowocześni. Dla takich babć jak my najlepiej przygotować miejsce w skansenie.
Trudno było odmówić jej racji, choć jej słowa wcale mnie nie pocieszyły. Ostatecznie uznałam, że muszę zaakceptować ich decyzje. Przecież nie mogłam na siłę zmieniać podejścia Iwony. Gdybym zaczęła się wtrącać, mogłabym tylko pogorszyć sytuację i doprowadzić do tego, że synowa bez powodu się na mnie obrazi.
Wnuki miały dobry apetyt
Kiedy Marek w końcu przywiózł dzieci, wszystko miałam już przygotowane. Na początku usiadły w salonie i zajęły się oglądaniem bajek, a ja w tym czasie kończyłam przygotowywać obiad. Gdy tylko znalazłam wolną chwilę, zajrzałam do nich i zapytałam, czy nie miałyby ochoty na coś słodkiego. Staś od razu się ożywił.
– Naprawdę możemy?
– Oczywiście! – odpowiedziałam z uśmiechem, zadowolona, że mogę sprawić im trochę przyjemności. Po chwili przyniosłam każdemu po batoniku.
Dzieci zjadły je z ogromnym apetytem. Pomyślałam, że pewnie są po prostu bardzo głodne, dlatego uspokoiłam je, że obiad będzie gotowy już niedługo. Do posiłku również zabrały się z wielkim entuzjazmem. Kiedy skończyły, podałam im kilka rodzajów ciasta na deser. Spróbowały każdego po kawałeczku, a mnie rozpierała radość, kiedy patrzyłam, jak bardzo im smakują. Po pewnym czasie, gdy trochę odpoczęliśmy, zaproponowałam im spacer do parku. Przeszliśmy się nad wodą, chwilę posiedzieliśmy, a później kupiłam wszystkim lody. Po powrocie do domu wyciągnęłam starą grę planszową, którą wcześniej znalazłam w szafie. Graliśmy razem aż do końca naszego spotkania.
– Nie było z nimi żadnych problemów? – zapytał później Marek.
– Ani trochę – odpowiedziałam. – Świetnie spędziliśmy czas. Prawda? – zwróciłam się do wnuków.
Oboje energicznie przytaknęli.
– Babciu, możemy przyjeżdżać do ciebie częściej? – zapytał Staś.
– Tak! Bardzo prosimy, tatusiu! – szybko dodała Helenka.
– Zobaczymy – odparł mój syn nieco wymijająco, po czym zabrał dzieci i wrócił z nimi do domu.
Synowa miała do mnie pretensje
Nie minęły nawet dwa dni, gdy niespodziewanie pojawiła się u mnie Iwona. Gdy tylko otworzyłam jej drzwi, od razu zauważyłam, że nie przyszła w dobrym humorze. Spojrzała na mnie surowo.
– Mamo, co też najlepszego zrobiłaś? – zapytała z wyraźnym wyrzutem.
Nieco zaniepokojona popatrzyłam na nią.
– Ale o co chodzi? Coś stało się dzieciom?
– Wszystko było w porządku, dopóki nie spędziły czasu u ciebie – odpowiedziała poirytowana. – Wiem, co im podawałaś. Batony, ciasto, a do tego jeszcze lody podczas spaceru!
Tylko wzruszyłam ramionami.
– Przecież bardzo im smakowało.
Iwona wyraźnie się oburzyła.
– My nie podajemy dzieciom słodyczy – powiedziała stanowczo. – To tylko niepotrzebne, puste kalorie. W domu jedzą owoce i warzywa i również bardzo je lubią.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Zawsze sądziłam, że dzieciństwo, podobnie jak młodość, ma swoje prawa. Dzieci powinny mieć możliwość cieszenia się życiem, beztroską i małymi przyjemnościami, bez ciągłego przejmowania się zakazami. A przecież słodycze były dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego moja synowa postanowiła całkowicie ich pozbawić swoich dzieci.
– No nie przesadzajmy – mruknęłam. – Przecież nie są królikami, żeby żywić je wyłącznie warzywami. Odrobina słodkiego jeszcze nikomu nie zrobiła krzywdy.
– Nie jestem tego taka pewna… – odpowiedziała, nadal nieprzekonana.
– Powinnaś czasem pozwolić im na coś słodkiego – próbowałam ją przekonać. – Przecież jeden batonik czy wafelek raz na jakiś czas naprawdę nie jest niczym złym.
Wtedy zmierzyła mnie chłodnym, oceniającym spojrzeniem.
– Nie chcę, żeby jadły tak często słodycze, jak mama. Z tego nic dobrego nie wynika, ani dla mamy, ani dla nich.
Na chwilę aż zabrakło mi tchu.
– I nie chcę, żeby mama podważała zasady, które wprowadziliśmy w swoim własnym domu – ciągnęła dalej, najwyraźniej uznając moje milczenie za kapitulację.
– Dzieci mają jeść tak jak ja mówię i koniec dyskusji. Jeśli mama się nie dostosuje, będziemy musieli ograniczyć wizyty dzieci do zera.
Nie mogę tego pojąć
Naprawdę trudno było mi zrozumieć, dlaczego Iwona tak bardzo ogranicza własne dzieci. Jeśli sama nie ma ochoty na słodycze, to przecież jej wybór. Niech je owoce, warzywa czy inne zdrowe rzeczy, skoro właśnie to jej odpowiada. Ale dlaczego odmawiać dzieciom choćby odrobiny słodkiej przyjemności? Postanowiłam, że koniecznie porozmawiam o tym z Markiem.
Przecież kiedy był dzieckiem, nigdy nie zabraniałam mu słodyczy, a mimo to wyrósł na porządnego i zdrowego człowieka i wcale nie ma problemów z jedzeniem warzyw i owoców. Rozsądne ilości jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Poza tym trudno mi uwierzyć, że naprawdę tak się trzyma tych jej surowych zasad. Znam mojego syna – moje domowe ciasta zawsze wychwalał pod niebiosa.
Grażyna, 65 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zakochałam się w bogaczu, a kumpele kręciły głowami. Ciekawe, czy będą takie cwane, gdy podeślę fotki z jachtu”
- „Rzuciłam prestiżowy staż, bo ukochany obiecywał mi złote góry. Po latach zostałam bez pieniędzy, faceta i wykształcenia”
- „W aucie męża znalazłam wyperfumowaną jedwabną apaszkę. Pękałam ze śmiechu, gdy słuchałam bajeczek, które mi wciskał”



























