Mój wewnętrzny krajobraz przypomina czasem górską kolejkę, gdzie bez ostrzeżenia przechodzę od stanu niemal bezgranicznego zachwytu nad światem do głębokiego smutku, w którym jedynym schronieniem staje się cicha sypialnia. Zastanawiam się nieraz, czy to dziedzictwo po przodkach, czy po prostu rezultat trudnych wyborów, które ukształtowały moją codzienność. Bywają dni, gdy postrzegam siebie jako kobietę spełnioną, stawiającą twardo warunki i realizującą pasje na własnych zasadach.
Chwilę później dopada mnie jednak poczucie izolacji i lęk, że stałam się kimś nieistotnym, zepchniętym na skraj cudzej uwagi. Zastanawiam się wówczas, która z tych postaci odzwierciedla prawdę o mnie. Moja rodzicielka nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości – zawsze wskazuje tę drugą, mniej optymistyczną wersję. Nigdy nie zdołała pogodzić się z faktem, że moje małżeństwo z Damianem rozpadło się zaledwie kilkanaście miesięcy po złożeniu przysięgi.
– Co ty ze sobą robisz, dziecko? Popełniasz największe głupstwo, jakiego można dopuścić się w życiu – powtarzała za każdym razem z tym samym wyrzutem w głosie. – Jaki by ten mężczyzna nie był, nosi tytuł twojego męża. Przed ołtarzem ślubuje się na dobre i na złe. Należy zacisnąć zęby i przetrwać trudniejszy czas, z czasem relacja sama się poukłada.
Trudne początki i szybkie rozczarowanie
Nic nie miało prawa się poukładać, ponieważ byliśmy jak dwa odrębne bieguny, których nic trwale nie łączyło. Dziś, patrząc z perspektywy czasu, wiem, że nasza decyzja o ślubie wynikała wyłącznie z dziecięcej naiwności. Poznaliśmy się na pierwszym roku akademickiej tułaczki, rzuceni na głęboką wodę w obcym, przytłaczającym mieście. Pochodziliśmy z tego samego prowincjonalnego miasteczka i znaliśmy swoje twarze z widzenia jeszcze z czasów szkolnych. Połączył nas przemożny strach przed odrzuceniem oraz niepewność, czy sprostamy wymaganiom nowego środowiska. Lęk przed byciem gorszymi sprawił, że chwyciliśmy się siebie niczym deski ratunkowej na wzburzonym morzu.
– Może po prostu weźmiemy ślub? – zapytał któregoś wieczoru bez większych emocji.
– Chcesz naprawdę zostać moim mężem na stałe? – spojrzałam na niego zaskoczona.
– A czemu by nie spróbować? Co nam szkodzi?
Niedługo potem odbyło się tradycyjne wesele, a po nim nastąpiła głuha, rozczarowująca pustka. Rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze oczekiwania. Damian niemal natychmiast odnalazł się w wielkomiejskim zgiełku – brylował na studenckich potańcówkach, błyszczał w uniwersyteckich kuluarach i szybko dołączył do lokalnej grupy grającej muzykę alternatywną. Szybko zaczął grać na gitarze basowej, a młode dziewczyny wpatrywały się w niego na koncertach z uwielbieniem, szukając kontaktu po występach. Ja w tym czasie zamykałam się w naszej ciasnej, wynajętej suterenie, próbując skupić się na nauce. Moje wysiłki spaliły jednak na panewce i w połowie drugiego roku odpuściłam, nie podchodząc nawet do zaliczeń.
– Przecież poprawki są dla ludzi – rzucił lekceważąco, pakując sprzęt na kolejny wyjazd. – To tylko zwykłe studia, nie mają żadnego istotnego znaczenia.
To koniec
Damian w mgnieniu oka przeobraził się w pewnego siebie, wielkomiejskiego estetę, dla którego dotychczasowe życie straciło wartość.
– A co według ciebie ma w życiu prawdziwą wagę? – spytałam, patrząc jak poprawia fryzurę przed lustrem.
– Sztuka, kreacja, zostawienie po sobie jakiegoś śladu. Po prostu tworzenie – odparł bez namysłu.
– Ale ja nie posiadam żadnych nadzwyczajnych talentów twórczych.
– Każdy człowiek ma w sobie potencjał, tylko większość nie ma odwagi, by go wydobyć. Ruszamy w dłuższą trasę koncertową po kilku województwach, zabierz się z nami, to rozprostujesz skrzydła i odzyskasz wigor.
– Nie, zostaję.
– Twoja sprawa, rób jak uważasz.
Gdy po kilku tygodniach wrócił ze swojej trasy, w naszym lokum nie było już po mnie śladu. Na stole zostawiłam jedynie zwięzły list informujący o mym odejściu. Zadzwonił jeszcze tego samego wieczoru.
– Co ty wyrabiasz, Kinga? – zapytał podirytowany.
– Nic szczególnego. Po prostu zrozumiałam, że to wszystko pozbawione jest sensu. Studia, nasza relacja, a nawet ja sama w tym układzie. Tak będzie uczciwiej dla nas obojga.
– Skoro tak stawiasz sprawę, to pewnie masz rację.
Formalności rozwodowe przebiegły szybko i bez zbędnych spięć. Nie mając dokąd pójść, musiałam powrócić pod dach mojej rodzicielki. To był wyjątkowo ponury rok, w którym obie ciągnęłyśmy się nawzajem na samo dno przygnębienia. Mama nieustannie opłakiwała swój nieudany los, ja natomiast zatapiałam się w poczuciu osobistej porażki.
Bezkompromisowa przyjaźń i ukryta pasja
Wszystko uległo zmianie, gdy w moim życiu pojawiła się Magda. Była absolutnym zaprzeczeniem mojego dotychczasowego marazmu – wulkanem energii, dla którego nie istniały bariery nie do przejścia.
– Dość tego rozczulania się nad sobą, Kinga! – ogłosiła pewnego dnia, wkraczając do mojego pokoju. – Pakuj manatki i przeprowadzasz się do mnie. Oddam ci pokój z widokiem na stary park. Pasuje?
Magda była ode mnie starsza o parę lat, ukończyła historię sztuki i miała jasny plan na przyszłość: pragnęła otworzyć w naszym rodzinnym mieście niezależną przestrzeń wystawienniczą.
– Będą tu ściągać tłumy z całego kraju, zobaczysz. Koncepcję mam dopracowaną w najmniejszych detalach, brakuje mi tylko stabilnego zaplecza finansowego.
Żyła stosunkowo dostatnio dzięki wsparciu ojca, który od lat mieszkał na stałe w Stanach Zjednoczonych i regularnie przesyłał jej gotówkę. Magda organizowała dla nas różne dorywcze zajęcia – dzięki nim miałam za co opłacić rachunki, a ona odkładała każdą nadwyżkę na realizację swojego marzenia. Była singielką z głębokiego przekonania. Od czasu do czasu widywano ją z mężczyznami, ale żadna relacja nie trwała dłużej niż kilka tygodni.
– Faceci są w gruncie rzeczy lękliwi i niedojrzali – powtarzała przy kawie.
– Czego dokładnie mieliby się w nas obawiać? – dopytywałam.
– Naszej samodzielności! Tym, że mamy własne zdanie, potrafimy same na siebie zarobić i myśląco patrzymy na świat. Przeciętny facet to zakompleksiony osobnik, który przestaje się rozwijać, siada z puszką taniego napoju przed odbiornikiem i rekompensuje brak pewności siebie opryskliwością.
– Ja też nie opływam w dostatki ani nie tryskam energią na co dzień…
– Kinga, ty jesteś wyjątkowa. Masz w sobie niesamowitą wrażliwość i subtelność, tylko musisz zrzucić z siebie pętające cię lęki. Ktoś kiedyś wmówił ci brak wartości i wtrącił w poczucie winy.
– Wiem, jak wygląda rzeczywistość.
– Widziałam twoje prace!
– Co takiego? – oburzyłam się.
– Nie przesadzaj, nie szperałam w sekretach. Szukałam dokumentów na biurku i przypadkowo natrafiłam na te kartony. Dziewczyno, ty masz prawdziwy dar!
Nigdy wcześniej nikomu się nie przyznawałam, że w chwilach samotności sięgałam po farby akwarelowe i malowałam na grubszych arkuszach papieru. Nocami podkradałam też z jej regału specjalistyczne opracowania poświęcone historii malarstwa.
– To tylko zwykłe próbki, dziecinne maźnięcia dla zabicia porywającej nudy – tłumaczyłam spłoniona.
– Ty nie musisz dostrzegać ich wartości, ale ja, jako dyplomowany krytyk i historyk sztuki, widzę to doskonale.
Z czasem malowałam coraz częściej
Prace zaczęły mi się podobać, a we mnie narastała śmiałość. Przymrużałam oczy, nakładając plamy barwne, dodając drobne akcenty: czasem kropkę, czasem zdecydowaną kreskę.
– Uwielbiam te twoje zestawienia kolorystyczne. Posiadasz niesamowite czucie formy. Będziesz pierwszą twórczynią, której urządzę indywidualną ekspozycję.
– Pierwszą i zapewne ostatnią, bo po takiej premierze twoja przestrzeń od razu zbankrutuje – żartowałam.
Taki tryb życia wiódł nas przez kolejne lata. Mnie to nawet odpowiadało. Pewnego świtu wpadła do mojego pokoju z impetem.
– Wstawaj, to jest ten moment! Nadszedł dzień naszego wielkiego sukcesu! Mamy pełne finansowanie, otwarcie staje się faktem!
– Co ty mówisz? – przecierałam oczy ze zdumienia.
– Ojciec przelał resztę kwoty. Napisał mi wiadomość: „Córeczko, po co masz się trudzić? Rzuć to wszystko i przyjedź do mnie do Stanów, ułożę ci tu wygodne życie. Ale skoro tak bardzo chcesz postawić na swoim, wysyłam przelew. Are You Happy?”.
Magda upatrzyła sobie zabytkowy, lekko nadgryziony zębem czasu budynek na skraju miasta, otoczony starym parkiem. Pracowałyśmy tam bez tchu, a nasz zapał udzielił się nawet ekipie remontowej.
– Panie naprawdę wierzą, że na to odludzie ktoś przyjedzie oglądać obrazy? – pytał kierownik prac, pan Władek.
– Panie Władku, niech pan skupi się na kafelkach i nie podkopuje naszego zapału. Wie pan, gdzie leży Janów Podlaski?
– Niezbyt kojarzę.
– No właśnie. Na dalekiej prowincji, a przyjeżdżał tam sam perkusista znanego zespołu rockowego kupować rasowe konie. Szejkowie też tam bywali. Słyszał pan?
– Coś tam w telewizji mignęło…
– Więc i do nas trafią wielcy tego świata!
Na inaugurację Magda przygotowała ekspozycję prac czterech autorek – trzech swoich znajomych oraz moich. Spełniła złożoną obietnicę. Kiedy tuż przed otwarciem przechodziłam obok własnych prac wiszących w oświetlonych salach, ściągało mi żołądek ze strachu. Gdy przestrzeń zaczęła wypełniać się gośćmi, w pewnym momencie poczułam delikatne szturchnięcie w ramię.
– Cześć, Kinga.
Obróciłam się i stanęłam jak wryta
Przede mną stał Damian. Po jego dawnej bujnej czuprynie nie zostało śladu, zakola odsłaniały łysinę, a na sobie miał niedopasowany, tani garnitur.
– Byłem w odwiedzinach u rodziców i mignęła mi informacja, że zajmujesz się teraz twórczością… – zaczął niepewnie.
– A co u ciebie? Jak ma się twój zespół muzyczny? – zapytałam zaskoczona.
– E, to dawne, szczeniackie czasy. Życie wymaga pragmatyzmu. Z grania nie da się utrzymać rodziny, a tu przecież dzieci, codzienne zobowiązania… Zostałem urzędnikiem w lokalnej instytucji. Teść pomógł mi znaleźć posadę.
W tym momencie dołączyła do nas Magda z eleganckim mężczyzną u boku.
– Przepraszam, że przeszkadzam. Kinga, poznaj Lucjana. Studiowaliśmy razem, a od lat pracuje jako ceniony krytyk w Londynie. Lucjanie, to jest właśnie moja najzdolniejsza artystka.
– Niezwykle mi miło – pociągający mężczyzna ukłonił się nisko. – Muszę przyznać, że robi pani na mnie jeszcze większe wrażenie niż pani płótna… A to naprawdę spory komplement.
Oglądnęłam się kątem oka, chcąc sprawdzić, czy Damian słyszał te słowa. Zauważyłam jedynie, jak spuszczając wzrok, przemyka w stronę stołu z przekąskami i zaczyna pośpiesznie nakładać sobie darmowe kanapki. Nie rozmawialiśmy już więcej. Lucjan zaproponował mi wyjazd do Wielkiej Brytanii, by przedstawić moje prace zagranicznym kolekcjonerom. Zdecydowałam bez wahania – jadę.
Kinga, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zaprosiłam teściów na 30. urodziny, a oni znów mają mnie w nosie. Nie dostałam w prezencie nawet kartki z życzeniami”
- „Teść robił nam remont za darmo, ale codziennie żądał trzydaniowego obiadu. Miałam mu usługiwać bez marudzenia”
- „Dostaliśmy w prezencie ślubnym od teściowej jej stary dom do remontu. Ta darowizna miała pewne ukryte warunki”


























