Zawsze uważałam się za osobę niezwykle rozsądną, zwłaszcza jeśli chodzi o planowanie domowego budżetu. Kiedy moje znajome wydawały fortunę na zagraniczne wyjazdy, ja postanowiłam udowodnić sobie i mężowi, że potrafię zorganizować luksusowe wakacje pod palmami za ułamek tej ceny. Ten jeden przycisk na stronie biura podróży miał nam zagwarantować raj na ziemi, a zamiast tego zamienił nasz wyczekiwany urlop w pasmo codziennych frustracji. Do dziś na samo wspomnienie tych wakacji czuję ścisk w żołądku i z ogromną nostalgią myślę o wietrznym, chłodnym, ale jakże przewidywalnym polskim wybrzeżu.
WIDEO…
Postawiłam na nowy kierunek
Zaczęło się od wieczornego przeglądania portali turystycznych na naszym wysłużonym laptopie. Siedzieliśmy w salonie. Za oknem padał ulewny, wiosenny deszcz, a ja marzyłam o słońcu. Moja przyjaciółka Justyna właśnie wrzuciła do sieci zdjęcia ze swojej bajecznej wycieczki na Majorkę. Opowiadała mi wcześniej, ile kosztował ich ten wyjazd, a kwota dosłownie przyprawiła mnie o zawrót głowy. Byłam przekonana, że to czysta rozrzutność. Ja, mistrzyni wyszukiwania okazji, zamierzałam pokazać, że można wypocząć w cudownych warunkach, nie rujnując przy tym oszczędności całego życia.
Hubert, mój mąż, od lat powtarzał, że najchętniej pojechałby znowu do Ustki albo Kołobrzegu. Uwielbiał nasze morze, długie spacery po plaży i zapach sosnowego lasu. Ja jednak byłam stanowcza. Argumentowałam, że nad Bałtykiem pogoda to wielka niewiadoma. Można spędzić cały tydzień w kurtce przeciwdeszczowej, siedząc w pokoju, a przecież nam zależało na prawdziwym, letnim wypoczynku.
Skupiłam się na południu Europy. Hiszpania, Włochy i Grecja szybko odpadły ze względu na wysokie ceny w szczycie sezonu. Wtedy algorytm podsunął mi coś innego: Albanię. Ofertę reklamowano jako nieodkrytą perłę, europejskie Malediwy z krystalicznie czystą wodą i fantastycznym jedzeniem. A co najważniejsze, cena za siedem dni dla dwóch osób z wyżywieniem była po prostu śmiesznie niska.
– Spójrz na to – zawołałam Huberta, obracając ekran w jego stronę. – Hotel z basenem, blisko plaży, wyżywienie w cenie, a do tego gwarantowana wspaniała pogoda. I to wszystko za kwotę, którą nad polskim morzem wydalibyśmy w trzy dni.
– Jesteś pewna? – Hubert zmrużył oczy, przyglądając się retuszowanym zdjęciom lazurowego morza. – Jakoś podejrzanie tanio to wygląda. Zawsze mówisz, że nie ma nic za darmo.
– Przestań marudzić – ucięłam, czując ekscytację. – To nowo otwarty kierunek, dlatego biura podróży mają takie zniżki. Chcą przyciągnąć turystów. Zobaczysz, będziesz mi jeszcze dziękował, jak usiądziesz pod palmą.
Nie czekając na jego dalsze wątpliwości, wpisałam dane naszej karty i wcisnęłam przycisk rezerwacji. Czułam dumę. Uważałam, że przechytrzyłam system.
Nie tak to miało wyglądać
Nasza podróż zaczęła się obiecująco, ale pierwsze rysy na moim idealnym planie pojawiły się tuż po lądowaniu. Kiedy wyszliśmy z terminala, uderzyło w nas gorące powietrze, ale też widok, który zupełnie nie przypominał folderów reklamowych. Wsiedliśmy do autokaru, który miał nas zawieźć do hotelu. Droga była wyboista, a za szybą przesuwał się krajobraz pełen niedokończonych budynków, z których wystawały stalowe pręty, oraz zakurzonych, prowizorycznych dróg.
Starałam się robić dobrą minę do złej gry. Tłumaczyłam sobie w myślach, że to tylko przedmieścia, a nasz kurort na pewno znajduje się w urokliwej oazie. Hubert milczał, ale jego wzrok, utkwiony w zakurzonym oknie, mówił sam za siebie.
Kiedy autokar w końcu zatrzymał się przed naszym hotelem, poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Budynek z zewnątrz wyglądał na mocno zmęczony życiem. Odpadający tynk i zardzewiałe balustrady balkonów zupełnie nie przypominały nowoczesnego ośrodka ze zdjęć.
– Może w środku jest lepiej – powiedziałam cicho, starając się brzmieć optymistycznie.
Recepcja okazała się ciemna i duszna. Klimatyzacja ewidentnie nie działała, a zmęczony pracownik, z trudem mówiący w języku angielskim, wręczył nam ciężki, metalowy klucz do pokoju na trzecim piętrze. Winda oczywiście była zepsuta. Z ciągnącymi się po schodach walizkami, pot zalewał nam czoła.
Widok z okna nie zachwycał
Po otwarciu drzwi do naszego pokoju zapachniało stęchlizną i silnym środkiem czyszczącym. Pomieszczenie było niewielkie. Z trudem zmieściliśmy nasze bagaże obok łóżka z podejrzanie twardym materacem i pożółkłą pościelą. Ale to nie wystrój uderzył we mnie najbardziej. Podeszłam do okna, by odsłonić ciężkie, zakurzone zasłony i wpuścić trochę światła.
Zapłaciłam dodatkowo za pokój z widokiem na morze. To był ten mały luksus, na który sobie pozwoliłam. Z niecierpliwością szarpnęłam materiał i zamarłam.
– Hubert, chodź tutaj – powiedziałam drżącym głosem.
Zamiast błękitnej tafli wody rozbijającej się o złocisty piasek za oknem, moim oczom ukazał się rozległy plac budowy. Ogromny żuraw górował nad stertą gruzu, a tuż za nim znajdowała się ruchliwa, głośna ulica. Morze? Owszem, było. Gdzieś na samym horyzoncie, widoczne jako wąski, szary pasek pomiędzy dwoma blokami.
– Rzeczywiście, europejskie Malediwy – skomentował z cichym westchnieniem Hubert, opierając się o ramę okna. – Mam nadzieję, że chociaż mają tu dobre wi-fi. Muszę pobrać mapę okolicy, bo nie mam zasięgu.
To był kolejny cios. W ofercie wielkimi literami napisano o bezpłatnym internecie bezprzewodowym w całym obiekcie. Okazało się, że zasięg jest tylko w lobby, i to głównie wtedy, gdy nikt inny z niego nie korzysta. W pokoju byliśmy całkowicie odcięci od świata. Moje marzenia o wrzucaniu pięknych relacji, by wzbudzić zazdrość Justyny, legły w gruzach w ciągu pierwszej godziny od przyjazdu.
Kulinarnie nie było lepiej
Postanowiłam się nie poddawać. W końcu przyjechaliśmy tu po to, żeby spędzać czas na plaży i cieszyć się lokalnym jedzeniem. Nasz pakiet obejmował wyżywienie, co miało być ogromną oszczędnością. Pełna nadziei zeszłam z Hubertem na naszą pierwszą kolację do hotelowej restauracji.
Zapach w jadalni przypominał mieszankę rozgotowanej kapusty i starego tłuszczu. Bufet wyglądał wyjątkowo ubogo. Podeszłam do bemarów z jedzeniem. Większość potraw była ledwie letnia. Na jednym półmisku leżał zlepiony makaron z sosem o bliżej nieokreślonym smaku, na innym podejrzanie wyglądające, wysuszone mięso mielone. Warzywa, które miały być dumą śródziemnomorskiej kuchni, były pozbawione smaku i wodniste.
Nałożyliśmy na talerze odrobinę jedzenia, mając nadzieję, że chociaż smak nas zaskoczy. Niestety.
– Nie dam rady tego zjeść – szepnęłam do Huberta, przesuwając widelcem bezkształtną masę. – To jest po prostu niesmaczne.
– Może zrobili to z wczorajszych resztek – odparł, próbując ugryźć kawałek twardego chleba. – Słuchaj, pójdziemy jutro do jakiejś restauracji na mieście. Zjemy coś normalnego.
– Ale przecież zapłaciliśmy za jedzenie tutaj! – oburzyłam się, chociaż w głębi duszy wiedziałam, że ma rację. – Jeśli będziemy stołować się na mieście, stracimy pieniądze bez sensu.
Zatęskniłam za Bałtykiem
Kolejne dni były tylko potwierdzeniem tego, jak bardzo się pomyliłam. Plaża, która miała być na wyciągnięcie ręki, znajdowała się dobrych dwadzieścia minut spacerem od hotelu, prowadzącym przez zakurzoną drogę bez chodnika. Sama plaża okazała się wąskim pasem ostrego żwiru, na którym nie dało się rozłożyć ręcznika bez bólu pleców. Musieliśmy wynajmować leżaki, co generowało kolejne, nieplanowane wcześniej koszty.
Woda rzeczywiście była ciepła, ale pełna wodorostów i plastikowych odpadów przyniesionych przez fale. Gwar na plaży był nie do zniesienia, a z głośników lokalnych barów dudniła muzyka, która uniemożliwiała jakąkolwiek relaksującą rozmowę.
Najgorsze jednak było jedzenie. Po trzech dniach hotelowych posiłków, od których oboje nabawiliśmy się problemów żołądkowych, poddaliśmy się. Zaczęliśmy jadać w restauracjach przy głównym deptaku. Tam ceny wcale nie były niskie. Z każdym dniem obserwowałam, jak nasze zaoszczędzone pieniądze znikają z konta w zastraszającym tempie.
Pewnego popołudnia usiedliśmy na małym murku przy plaży, jedząc kupione w pobliskiej piekarni wytrawne wypieki. Byłam zmęczona upałem, ciągłym hałasem i nieustannym przeliczaniem wydatków.
– Wiesz, co mi się dzisiaj śniło? – zapytał nagle Hubert, patrząc w stronę mętnego horyzontu.
– Nie mam pojęcia.
– Śniło mi się, że idziemy z samego rana plażą w Dębkach. Piasek był taki drobny i chłodny. Miałaś na sobie ten swój gruby sweter, bo wiał wiatr, ale powietrze było niesamowicie czyste. A potem poszliśmy do naszej ulubionej smażalni na świeżą, chrupiącą flądrę. Z frytkami i surówką z kiszonej kapusty.
Słuchając go, poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. Nagle ten wietrzny, chłodny Bałtyk wydał mi się najbardziej pożądanym miejscem na ziemi. Zatęskniłam za czystym powietrzem, zapachem gofrów, szerokimi plażami oddzielonymi pasem wydm i lasem. Nawet parawany, z których zawsze się śmiałam, wydały mi się teraz cudownym wynalazkiem zapewniającym prywatność.
Nigdy nie zapomnę tej lekcji
Zamiast cieszyć się wyjazdem, odliczałam dni do powrotu. Mój wspaniały plan zaoszczędzenia pieniędzy obrócił się przeciwko mnie. Ponieważ hotelowe warunki urągały podstawowym standardom, a jedzenie nie nadawało się do spożycia, wydaliśmy na miejscu znacznie więcej, niż założyłam w swoim skrupulatnym budżecie. Kiedy zsumowałam koszty taniej wycieczki, codziennych obiadów na mieście, biletów na prywatne, czystsze plaże i leżaków, okazało się, że wydaliśmy kwotę, za którą moglibyśmy spędzić wspaniałe, bezstresowe dwa tygodnie w doskonałym pensjonacie na polskim wybrzeżu.
Siedząc ostatniego wieczoru na naszym plastikowym krześle na balkonie i patrząc na uśpiony plac budowy, dotarło do mnie coś bardzo ważnego. Zrozumiałam, że skąpstwo to najgorszy doradca podczas planowania odpoczynku. Chciałam udowodnić całemu światu, że jestem sprytniejsza, że oszukam system turystyczny. Zamiast tego oszukałam samą siebie, fundując nam obojgu nerwy i potężne rozczarowanie.
Kiedy w końcu wróciliśmy do domu, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po rozpakowaniu naszych walizek, było wejście na stronę internetową małego, sprawdzonego pensjonatu w Jastarni. Zarezerwowałam nam krótki, weekendowy pobyt we wrześniu. Nie obchodziło mnie, czy będzie padać, czy będziemy musieli nosić czapki, spacerując brzegiem morza. Chciałam po prostu poczuć spokój, zjeść dobre, polskie jedzenie i przestać martwić się o to, na czym jeszcze powinnam zaoszczędzić.
Tania Albania miała być naszym rajem, a stała się bolesną lekcją. Lekcją, dzięki której zrozumiałam, że komfort, spokój umysłu i jakość zawsze mają swoją cenę. I czasem naprawdę warto ją zapłacić, by wrócić z urlopu z uśmiechem, a nie z poczuciem zmarnowanego czasu i pieniędzy.
Kamila, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nad Morzem Bałtyckim zrozumiałam, że nie chcę mieć dzieci. Może to i dobrze, że ukochany zrobił je kochance, a nie mnie”
- „Mieliśmy spędzić urlop w Kraju Kwitnącej Wiśni. Byłoby pięknie, gdyby mąż nie przepuścił wszystkich oszczędności”
- „Wzięłam pożyczkę, żeby zabrać ukochanego na grecką wyspę. Zamiast cieszyć się luksusem, liczyłam każdego eurocenta”



























