Reklama

Oszczędzałam na ten wyjazd przez pięć długich lat, odmawiając sobie niemal wszystkiego. Kiedy w końcu stanęłam na afrykańskiej ziemi, myślałam, że dotknęłam nieba. Nie miałam pojęcia, że mój wymarzony raj błyskawicznie zamieni się w pasmo niekończących się porażek, a jedyne, o czym będę marzyć, to powrót do mojego małego mieszkania.

Długo odkładałam do skarbonki

Odkąd pamiętam, fascynował mnie starożytny świat. Jako mała dziewczynka z wypiekami na twarzy oglądałam filmy dokumentalne o faraonach, piramidach i złotych piaskach pustyni. Z wiekiem ta fascynacja nie minęła, a przerodziła się w ogromne pragnienie, by choć raz w życiu zobaczyć to wszystko na własne oczy. Problem polegał na tym, że nasze domowe finanse nigdy nie pozwalały na zagraniczne wojaże. Ja pracowałam w administracji, mój mąż Maciej na stanowisku biurowym w średniej firmie. Żyliśmy skromnie, od pierwszego do pierwszego.

Postanowiłam jednak, że zrealizuję swoje marzenie, choćby miało to zająć lata. Założyłam specjalne konto oszczędnościowe i nazwałam je w myślach swoim prywatnym funduszem egipskim. Odmawiałam sobie wszystkiego. Zamiast wyjść do kawiarni z koleżankami, wracałam na herbatę w domu. Przez kilka sezonów chodziłam w tej samej zimowej kurtce, a nasze letnie urlopy spędzaliśmy na działce u teściów, jedząc proste posiłki z własnych warzyw. Maciek początkowo patrzył na to z lekkim przymrużeniem oka, ale widząc moją determinację, w końcu zaczął mnie wspierać.

Kiedy pewnego zimowego wieczoru zalogowałam się na konto i zobaczyłam kwotę wystarczającą na wykupienie dwutygodniowej wycieczki dla dwóch osób, popłakałam się ze szczęścia. Przeglądałam katalogi biur podróży z namaszczeniem, jakby to były święte księgi. Wybrałam hotel z mnóstwem gwiazdek, w folderze wyglądał jak pałac z baśni tysiąca i jednej nocy. Złociste plaże, błękitna woda, palmy dające kojący cień. Byliśmy gotowi na przygodę życia.

Koszmar zaczął się już na lotnisku

Już sam początek naszej wielkiej wyprawy dał mi wyraźny znak, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Na lotnisku w Warszawie okazało się, że nasz lot ma znaczne opóźnienie. Siedzieliśmy na twardych krzesełkach w poczekalni przez sześć długich godzin, nie wiedząc tak naprawdę, co się dzieje. Moja ekscytacja powoli ulatywała, ustępując miejsca narastającemu zmęczeniu. Gdy wreszcie wsiedliśmy na pokład, marzyłam tylko o tym, by zamknąć oczy.

Prawdziwy cios nadszedł jednak dopiero po wylądowaniu w Afryce. Powietrze było tak gorące i gęste, że z trudem łapałam oddech, ale to nie klimat był problemem. Staliśmy przy taśmie bagażowej w tłumie innych turystów. Widziałam, jak kolejne walizki znikają w rękach właścicieli. W końcu taśma opustoszała i zatrzymała się z głuchym zgrzytem.

– Przestań się denerwować, na pewno zaraz wyjedzie – pocieszał mnie Maciek, choć widziałam, że sam jest zaniepokojony.

– Minęła godzina, taśma jest pusta! – byłam bliska łez. – Tam są wszystkie moje rzeczy! Moje sukienki, kosmetyki, wszystko, co kupiłam specjalnie na ten wyjazd!

Zgłosiliśmy zagubienie bagażu, a pracownik lotniska w bardzo łamanej angielszczyźnie zapewnił nas, że walizka na pewno doleci kolejnym lotem i zostanie dostarczona prosto do hotelu. Zostałam w dresowych spodniach, ciepłej bluzie i adidasach, w kraju, gdzie temperatura w nocy rzadko spadała poniżej dwudziestu pięciu stopni.

Miałam mieć widok na morze

Do hotelu dotarliśmy w środku nocy, wyczerpani i spoceni. Chciałam tylko wejść do pokoju, wziąć prysznic i rzucić się na łóżko. Otrzymaliśmy kartę z numerem pokoju na parterze. Gdy tylko otworzyłam drzwi, uderzył mnie specyficzny zapach. Pachniało tak, jakby pomieszczenie od dawna nie było wietrzone, a w powietrzu unosiła się dziwna wilgoć.

Ważne, że jesteśmy na miejscu – powiedział mąż, próbując ratować sytuację. – Rano zobaczymy ten wspaniały widok z tarasu i zapomnisz o wszystkim.

Klimatyzator zamontowany nad drzwiami wydawał dźwięki przypominające stary traktor, przez co budziłam się niemal co godzinę. O poranku, z nadzieją w sercu, podeszłam do ciężkich zasłon i odsłoniłam je szerokim gestem. Zamiast lazurowego morza i egzotycznych palm, moim oczom ukazał się wysoki mur z szarego betonu, za którym znajdował się plac budowy. Pomiędzy zwojami zardzewiałych drutów i stertą gruzu biegały bezpańskie psy.

Poszliśmy do recepcji, żądając wyjaśnień i zmiany pokoju. Przecież dopłacaliśmy za widok na morze!

Zaszła jakaś pomyłka. Niestety, w tej chwili mamy pełne obłożenie – uśmiechał się szeroko recepcjonista, rozkładając bezradnie ręce. – Może jutro, a może pojutrze coś się zwolni. Proszę pytać.

Próbowałam ratować sytuację

Ponieważ moja walizka wciąż nie dotarła, a ja nie mogłam spędzić czternastu dni w dresach, musieliśmy udać się na miejscowy bazar. Maciek od początku był nastawiony do tego pomysłu sceptycznie, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Wyjazd z hotelu do centrum miasta był prawdziwym szokiem kulturowym. Ulice były pełne zgiełku, klaksonów i kurzu.

Zatrzymaliśmy się przy jednym ze straganów, gdzie zauważyłam proste, bawełniane sukienki. Gdy tylko dotknęłam materiału, natychmiast zjawił się obok mnie sprzedawca. Mówił bardzo szybko, wręcz krzyczał z entuzjazmem, zachwalając swój towar. Był tak natarczywy, że czułam się osaczona. Zanim zdążyłam pomyśleć, miał w rękach trzy sukienki i stanowczo pakował je do plastikowej siatki.

– Nie potrzebuję trzech, chcę tylko jedną! – próbowałam protestować.

Promocja dla pięknej pani! Dwie plus jedna gratis! – krzyczał, podając mi torbę i wyciągając rękę po zapłatę.

W całym tym zamieszaniu, zdezorientowani szybkością wydarzeń i przeliczaniem obcej waluty na złotówki, zapłaciliśmy kwotę, która uświadomiła mi moją naiwność dopiero w taksówce powrotnej. Za trzy cienkie, niemal prześwitujące sukienki zapłaciliśmy tyle, ile w Polsce wydałabym na drogie zakupy w galerii handlowej. Maciek milczał przez całą drogę, a ja miałam ochotę po prostu zapaść się pod ziemię. Z naszych ciężko odłożonych oszczędności znikały kolejne kwoty, a my nawet nie zaczęliśmy prawdziwych wakacji.

Myślałam, że gorzej być nie może

Wszystkie te niepowodzenia miał zrekompensować wyjazd na wielką wycieczkę pod piramidy w Gizie. To dla nich tu przyjechałam. To o nich czytałam w książkach i to one śniły mi się po nocach. Wyjazd z hotelu zaplanowano na drugą w nocy. Autokar, do którego wsiedliśmy, miał klimatyzację ustawioną na najwyższy poziom. Zapomniałam zabrać bluzy z hotelu. Podróż trwała kilka godzin, a ja drżałam z zimna.

Kiedy wreszcie dojechaliśmy na miejsce, zobaczyłam zarys wielkich budowli. Moje serce na chwilę zabiło mocniej. Niestety, urok tego miejsca pryskał z każdą minutą. Było niewiarygodnie tłoczno. Wszędzie słychać było krzyki przewodników, nawoływania handlarzy wciskających turystom plastikowe figurki i hałas silników autokarów.

Kiedy stanęliśmy bliżej Wielkiej Piramidy, nagle zerwał się porywisty wiatr. Niebo w ciągu kilku minut zmieniło kolor z błękitnego na żółto-pomarańczowy. Nasz przewodnik zarządził natychmiastowy powrót do autokaru.

– Szybko, szybko! – poganiał nas nerwowo. – Zbliża się wielka burza piaskowa, nie możemy tu zostać!

Wiatr uderzał z taką siłą, że drobinki piasku działały jak setki małych igieł wbijających się w odkrytą skórę. Piasek miałam w oczach, w ustach, we włosach. Ledwo widziałam drogę przed sobą. Moje wymarzone spotkanie ze starożytnością trwało może piętnaście minut, po czym musiałam uciekać w panice, osłaniając twarz nowo zakupioną, przepłaconą sukienką. Siedząc w autokarze i patrząc przez zapiaszczoną szybę na znikające we mgle piramidy, czułam absolutną pustkę i rezygnację.

O hotelowej uczcie mogłam zapomnieć

Po powrocie do hotelu chcieliśmy chociaż zjeść dobry, ciepły posiłek. Kolorowe foldery obiecywały wykwintne dania z całego świata, bogactwo owoców i wspaniałe wypieki. Rzeczywistość znów mocno nas uderzyła. Stołówka przypominała wielką halę dworcową, w której panował nieustanny gwar.

Na stołach z bemarami jedzenie wyglądało w większości nieapetycznie. Wszystko było rozgotowane, polane ciężkimi, zawiesistymi sosami o dziwnym zapachu. Kiedy próbowaliśmy lokalnych specjałów, czuliśmy, że nasze żołądki odmawiają współpracy. Nie było mowy o żadnych poważniejszych problemach, ale oboje z Maćkiem czuliśmy się niesamowicie ciężko, byliśmy osłabieni i apatyczni po każdym posiłku.

Zauważyłam też, że po wielkiej sali jadalnej swobodnie latają małe ptaki. Siadały na krawędziach otwartych pojemników z pieczywem i dziobały poukładane tam bułki. Kiedy zwróciłam na to uwagę obsłudze, kelner tylko wzruszył ramionami i odszedł. Od tamtej pory żywiliśmy się wyłącznie ryżem i pakowanymi hermetycznie herbatnikami, które kupowaliśmy w małym sklepiku obok recepcji. Mój afrykański sen o wielkich ucztach ograniczył się do jedzenia krakersów w pokoju z widokiem na beton.

Doceniłam polską ziemię

Dni mijały mi na narzekaniu na ukrop lejący się z nieba, ukrywaniu się przed hałaśliwymi animacjami nad basenem i odliczaniu czasu do wyjazdu. Moja zaginiona walizka dotarła do hotelu dokładnie w przeddzień naszego wylotu do Polski. Kiedy postawiono ją przed naszymi drzwiami, zaczęłam się histerycznie śmiać. Maciek patrzył na mnie z niepokojem, ale po chwili sam dołączył do tego śmiechu, pełnego ulgi i rezygnacji.

Lot powrotny był spokojny. Siedziałam przy oknie, opierając głowę o szybę. Spoglądałam w dół, na te bezkresne piaski, które z tej perspektywy wydawały się piękne i tajemnicze, dokładnie takie jak w książkach. Zrozumiałam wtedy pewną bardzo ważną rzecz. Zbyt mocno ufałam kolorowym obrazkom, zbyt wiele oczekiwałam. Skupiłam się na nierealnym wyobrażeniu, ignorując fakt, że podróże to nie tylko piękne zabytki, ale też zmęczenie, nieprzewidywalne sytuacje i zderzenie z inną rzeczywistością, do której niekoniecznie pasuję.

Kiedy wylądowaliśmy w Warszawie, przywitał nas mrok, chłód i padający, gęsty deszcz. Dla wielu byłaby to ponura pogoda, ale ja nigdy w życiu nie cieszyłam się tak na widok polskiej szarugi. Zmarznięci, ale dziwnie spokojni dotarliśmy pod nasz blok. Przekręciłam klucz w zamku.

W mieszkaniu panowała absolutna cisza. Pachniało woskiem z moich ulubionych świec i czystą pościelą. Podeszłam do okna w salonie. Nie było za nim morza ani palm, był tylko rząd zaparkowanych samochodów i mokry chodnik. A mimo to uśmiechnęłam się szeroko.

Dobrze być w domu – powiedział cicho Maciek, stając za mną i obejmując mnie ramionami.

– Nawet nie wiesz jak dobrze – odparłam, czując, jak w końcu schodzi ze mnie całe napięcie minionych tygodni.

Może nigdy więcej nie zobaczę piramid, może nie pojadę już na egzotyczne wakacje. Ale paradoksalnie ten okropny wyjazd dał mi coś niezwykle cennego. Nauczył mnie doceniać to, co mam na co dzień. Mój własny, cichy kąt, mój nudny, przewidywalny spokój i bezpieczeństwo, za które nie trzeba przepłacać na żadnym bazarze świata.

Edyta, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama
Loading...