Patrzyłem na strugi deszczu uderzające o szyby terminala lotniskowego w Modlinie i zastanawiałem się, po co my to właściwie robimy. Od ponad roku moje małżeństwo z Karoliną przypominało pole minowe. Każda, nawet najdrobniejsza rozmowa o zakupach czy rachunkach potrafiła przerodzić się w batalię pełną gorzkich słów i wzajemnych oskarżeń. Byliśmy sobą potwornie zmęczeni. Nasza piętnastoletnia córka, Zuzia, doskonale wyczuwała to napięcie. Zamykała się w swoim pokoju, komunikując się z nami głównie za pomocą burknięć i wzruszeń ramionami.

WIDEO

player placeholder

Jakby ktoś nas wysłał na wakacje za karę

Bilety na Kretę kupiłem w akcie desperacji. Wynająłem stary, kamienny dom na południu wyspy, z dala od wielkich kurortów i głośnych atrakcji turystycznych. Wierzyłem, że odcięcie się od codziennej rutyny pomoże nam odnaleźć dawną bliskość. Niestety, nawet wiozący nas na lotnisko taksówkarz musiał wyczuwać narastające między nami napięcie, bo zapytał mnie, jedziemy na czy przypadkiem nie pogrzeb.

Lot był koszmarnie nudny. Karolina czytała książkę, ostentacyjnie odwrócona w stronę okna, Zuzia miała na uszach wielkie słuchawki, a ja udawałem, że z uwagą oglądam przewodnik turystyczny. Po wylądowaniu w Chanii odebraliśmy z taśmy nasze trzy szare walizki, wsiedliśmy do wynajętego samochodu i ruszyliśmy w dwugodzinną trasę przez góry. Byliśmy wyczerpani, głodni i spoceni. Chciałem tylko wziąć prysznic i zasnąć.

Zobacz także:

Kiedy w końcu dotarliśmy do naszej willi, słońce chyliło się już ku zachodowi. Rzuciłem bagaże na podłogę w przestronnym salonie, odetchnąłem z ulgą i otworzyłem okiennice. Widok na lazurowe morze był oszałamiający. Pomyślałem, że chociaż przyroda nigdy nie zawodzi. Ten zalążek pogodnego nastroju prysł niczym bańka mydlana dokładnie pięć minut później.

Przerzucanie się winą

Usłyszałem dobiegający z sypialni krzyk mojej żony. To nie był okrzyk strachu, ale czystej, skondensowanej furii. Wbiegłem do pokoju i zamarłem. Karolina stała nad otwartą walizką. Wewnątrz, zamiast jej starannie wyprasowanych lnianych sukienek i luksusowych kosmetyków, leżały jakieś dziwne, jaskrawe tuniki, zestaw pędzli malarskich i wielki, słomkowy kapelusz.

Zuzia wpadła do pomieszczenia tuż za mną. Spojrzała na otwarty bagaż, po czym natychmiast rzuciła się do swojej walizki, szarpiąc za zamek.

To nie są moje rzeczy! – krzyknęła z przerażeniem w głosie, wyrzucając na łóżko męskie koszule w hawajskie wzory, pudełko cygar i stare wydanie jakiejś encyklopedii.

Szybko otworzyłem trzecią walizkę, modląc się w duchu, by chociaż mój bagaż ocalał. Nic z tego. W środku znalazłem kilkanaście książek o ptakach, kalosze i damską bieliznę w rozmiarze, który z pewnością nie należał do mojej żony. Zostaliśmy z cudzym bagażem.

– Dlaczego nie sprawdziłeś plakietek na lotnisku?! – Karolina odwróciła się w moją stronę z morderczym wzrokiem. – Jesteś kompletnie nieodpowiedzialny!

– Przecież to ty zdejmowałaś te walizki z taśmy! – mój głos natychmiast przybrał defensywny ton. – Trzeba było czytać nazwiska!

– Byliście zajęci kłótnią o to, kto ma prowadzić samochód! – wtrąciła się Zuzia, mając łzy w oczach. – W mojej walizce były moje pamiętniki i książki, i praca na konkurs. Zniszczyliście mi wakacje!

Złapałem za telefon i zacząłem gorączkowo wydzwaniać na lotnisko. Po czterdziestu minutach słuchania greckiej muzyki z automatu udało mi się połączyć z obsługą. Kobieta poinformowała mnie, że musimy wypełnić formularze online. Szukanie naszych bagaży i prawowitych właścicieli szarych walizek potrwa minimum trzy, może cztery dni.

Odrobina koloru w szarej codzienności

Poranek był upalny, a atmosfera w naszej rodzinie grobowa. Zuzanna siedziała na tarasie wpatrzona w jeden punkt i pogrążona w myślach. Od tygodni przygotowywała pracę na konkurs plastyczny. Karolina piła kawę, ostentacyjnie wpatrując się w horyzont, ubrana w gruby dres, w którym przyleciała. Ja również nie miałem nic na zmianę. Moje dżinsy lepiły się od potu. Willa znajdowała się w maleńkiej wiosce. Najbliższy większy sklep odzieżowy był oddalony o ponad godzinę drogi przez kręte, górskie serpentyny, a my byliśmy zbyt zmęczeni, by jechać teraz na shopping.

Około południa skwar stał się nie do zniesienia. Musieliśmy się znowu umyć i wreszcie przebrać w czyste ubrania. Skapitulowałem jako pierwszy. Poszedłem do sypialni, pogrzebałem w walizce pełnej hawajskich koszul i wyciągnąłem tę najbardziej jaskrawą, w wielkie, różowe flamingi. Znalazłem też za duże o dwa numery, krótkie spodenki, które musiałem zwinąć w pasie, by mi nie spadły. Stanąłem w salonie. Karolina odwróciła głowę i zamrugała z niedowierzaniem.

– Wyglądasz jak emerytowany sprzedawca używanych aut na Florydzie – powiedziała, a kącik jej ust niebezpiecznie drgnął.

– Być może, ale przynajmniej mogę oddychać – odpowiedziałem, rozkładając ręce. – Idźcie sprawdzić, co wylosowałyście. Mamy do wyboru uduszenie się w dresach albo kapitulację.

Moja żona, z ciężkim westchnieniem, ruszyła w stronę bagaży. Wróciła po dziesięciu minutach. Miała na sobie dużą, zwiewną tunikę w kolorze wściekłej fuksji i wspomniany wcześniej ogromny, słomkowy kapelusz, który zasłaniał jej pół twarzy. Kiedy Zuzia, z braku laku, wyszła ze swojego pokoju ubrana w za dużą męską koszulę w kratę i z przewiązaną wokół pasa chustą, spojrzeliśmy po sobie w milczeniu.

Ciszę przerwał cichy chichot Karoliny. Po chwili moja żona zaczęła się śmiać na głos. To był ten szczery, perlisty śmiech, którego nie słyszałem od lat. Nie wytrzymałem i również wybuchnąłem śmiechem. Nawet Zuzia, początkowo obrażona na cały świat, nie mogła powstrzymać uśmiechu.

Mapa, aparat i zatoczka tajemnic

Podczas dokładnego przeszukiwania cudzych walizek, Zuzia natrafiła na stary aparat typu polaroid oraz starannie złożoną, pożółkłą kartkę papieru. Okazało się, że to odręcznie narysowana mapa okolicznej linii brzegowej. Czerwonym krzyżykiem zaznaczono miejsce podpisane po angielsku: „zatoczka tajemniczej wody”.

Postanowiliśmy się wybrać na wyprawę. Zapakowaliśmy wodę do prowizorycznej torby plażowej znalezionej w bagażu, wzięliśmy polaroid i ruszyliśmy pieszo wzdłuż wybrzeża, kierując się wskazówkami z tajemniczej mapy. Droga była stroma i wymagała skupienia. Pachniało wyschniętym tymiankiem i solą morską. Dźwięk cykad zagłuszał nawet odgłosy naszych kroków.

Szliśmy ponad godzinę. Pomagaliśmy sobie nawzajem przy stromych zejściach, co dawniej byłoby nie do pomyślenia, bo zazwyczaj każde z nas szło własnym tempem. Kiedy w końcu dotarliśmy do celu, zamarliśmy z zachwytu. Naszym oczom ukazała się maleńka, ukryta między wysokimi klifami zatoczka, z wodą tak przejrzystą, że widać było najmniejsze kamyki na dnie.

Spędziliśmy tam pół dnia. Pływaliśmy, suszyliśmy się na nagrzanych skałach i robiliśmy zdjęcia polaroidem, śmiejąc się z naszych absurdalnych ubrań. Kiedy zbliżało się popołudnie, usiedliśmy we trójkę na kocu. Zuzia przyglądała się wywołującym się fotografiom.

Dawno nie widziałam was takich uśmiechniętych – powiedziała cicho moja córka, nie podnosząc wzroku. – Zazwyczaj tylko warczycie na siebie o brudne naczynia albo o rachunki.

– Chyba nie jest tak źle, kochanie – odpowiedziała Karolina, a jej głos delikatnie się załamał.

– Jest fatalnie, mamo. Aż mi się nie chce z pokoju wychodzić. Od dawna nie da się z wami normalnie pogadać, bo chodzicie ciągle wkurzeni.

– Bo tata – Karolina spojrzała na mnie – żyje tylko pracą… A ja się czuję bardzo samotna…

– A ja mam wrażenie, że wy mnie w ogóle nie zauważacie – rzuciłem, opierając się o skałę. –Zwracacie na mnie uwagę dopiero wtedy, kiedy trzeba coś załatwić, podwieźć gdzieś albo kasę dać – dodałem gorzko.

– No, już starczy – żachnęła się Zuzia. – Ty się czujesz samotna, a ty przeźroczysty, a ja z wami oszaleję. Koniec kłócenia. Macie szlaban na te wakacje – dodała buńczucznie.

Parsknąłem śmiechem. Po chwili roześmiała się Karolina.

Zuzia przysunęła się bliżej, położyła głowę na kolanach Karoliny, a stopy na moich, jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Karolina głaskała jej włosy. Siedzieliśmy w tamtej ukrytej zatoczce i było nam po raz pierwszy od dawna po prostu dobrze w swoim towarzystwie. Zaczęliśmy jakoś tak gadać. O przyrodzie i pogodzie. Potem o szkole i pracy. A potem trochę więcej o tym, co czujemy.

Córka stawia warunki

Czwartego dnia rano przed naszą willę zajechał furgon kurierski. Kierowca wypakował nasze właściwe walizki, przeprosił w imieniu linii lotniczych i zabrał te, które służyły nam przez ostatnie dni. 

Wnieśliśmy nasze bagaże do salonu. Karolina otworzyła swoją walizkę, spojrzała na pokaźny stos ubrań i kosmetyków. Zuzanna wyciągnęła farby, kartki i swoją prawie ukończoną pracę. Pomyślałem ze strachem, że czar prysł, a my zaraz wrócimy do naszych starych, bezpiecznych ról.

Moja żona odwróciła się do mnie, trzymając w ręce swoją ulubioną sukienkę, i uśmiechnęła się łagodnie.

– Wiesz co? Chyba wolałam ciebie w tej hawajskiej koszuli z flamingami. Wydawałeś się w niej o wiele mniej spięty.

Zrobię to od nowa – rzuciła Zuzia, chowając prace z powrotem do walizki. – Chcę namalować tutejszy krajobraz. Dzisiaj moja kolej na wybór trasy spacerowej. Widziałam wczoraj fajne wzgórze za wioską.

Reszta wakacji minęła nam w spokoju. Oczywiście, nie staliśmy się nagle idealną rodziną z reklamy margaryny. Jednak napięcia, z którym jechaliśmy na wakacje, już nie było. Kiedy tylko zaczynała nam grozić sprzeczka, Zuzia wkraczała ze swoim „szlaban na kłótnię”. Uparła się że namaluje nas na tle tajemniczej zatoczki i taką pracę wyśle na konkurs. Od tamtej greckiej przygody minęły dwa lata. Nasze małżeństwo stanęło już na nogi, a Zuzia dużo z nami rozmawia. Chce studiować malarstwo. Na ścianie w naszym salonie, w małej, drewnianej ramce, wisi zdjęcie z polaroida z tej naszej pamiętnej wyprawy, a obok obraz córki, za który otrzymała w konkursie wyróżnienie.

Artur, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: