nie chciałam tego dziecka fot. Adobe Stock

„Najpierw chciałam usunąć ciążę. Postanowiłam jednak wmówić mężowi, że to on jest ojcem”

Nie byłam gotowa na dziecko, lecz mój mąż nie potrafił tego uszanować. Wyprowadził się, sądząc, że coś na mnie wymusi. Zaszłam w ciążę z innym. Najpierw chciałam dokonać aborcji, ale potem uznałam że mój mąż będzie przecież świetnym ojcem.
/ 04.11.2020 10:49
nie chciałam tego dziecka fot. Adobe Stock

Moje małżeństwo od pewnego czasu nie miało się najlepiej. Było jak kolos na glinianych nogach. Byle podmuch mógł je przewrócić. W końcu zresztą niemal runęło z powodu różnicy zdań na temat powiększenia rodziny. Wyglądało to w ten sposób, że mąż chciał syna, a ja miałam go urodzić. Ponieważ jednak w tamtym czasie mój instynkt macierzyński nie był zbyt silny, ośmieliłam się zaprotestować. Nie chciałam znosić ograniczeń związanych z ciążą, a przede wszystkim popsuć sobie figury.

Poradziłam sobie świetnie bez niego

Wobec tak zdecydowanej odmowy z mojej strony, mąż wyniósł się z naszego małżeńskiego gniazdka. Jak podkreślił – tylko do czasu, aż ponownie przemyślę sprawę i odzyskam zdrowy rozsądek. Przy tej okazji pozbawił mnie swoich dochodów i pozostawił niemal bez środków do życia. Moja skromna pensja wystarczała ledwie na opłaty. Jednak poradziłam sobie, jakoś to wszystko przetrwałam. I byłam z siebie naprawdę dumna! A dzień, w którym dostałam lepiej płatną pracę, na dobre zakończył trudny okres.

Żeby być w pełni uczciwą, muszę przyznać, że mąż wielokrotnie proponował mi pomoc finansową, którą zawsze odrzucałam. A to dlatego, że czułam się porzucona, w dodatku z powodu jego głupiej fanaberii. Byłam zbyt urażona i zbyt dumna, aby wziąć od niego choć grosz.

Zdana wyłącznie na siebie, nauczyłam się oszczędzać, czego nie potrafiłam, żyjąc u boku świetnie zarabiającego męża. Teraz, choć nie miałam wiele pieniędzy, zawsze coś odkładałam. Postępując według tej zasady, uciułałam w końcu na samochód. Co prawda używany, lecz po solidnym remoncie i ogólnie w niezłej formie. A przede wszystkim był tani. Kupiłam go niemal za bezcen.

Wtedy poczułam się wreszcie bezpieczna. Miałam swoją małą stabilizację: mieszkanie, pracę i samochód. Powoli oswajałam się z myślą, że jestem kobietą samotną. Wówczas mój mąż zaczął przejawiać pierwsze oznaki opamiętania. Postanowił mianowicie wybaczyć mi wspaniałomyślnie niechęć do powiększania rodziny i ni z tego, ni z owego zapragnął do mnie powrócić.

Nie wzbudził tym pomysłem mojego entuzjazmu. Wciąż byłam na niego wściekła. Jeśli kiedykolwiek miałabym ulec jego namowom, to na pewno nie od razu. Musiał swoje odpokutować! Postanowiłam więc potrzymać go trochę w niepewności.

Tymczasem pewnego dnia pojawił się w moim życiu inny mężczyzna. Intrygujący. Tajemniczy. Spotkaliśmy się w dramatycznych okolicznościach.

Otóż jechałam sobie właśnie do pracy: niezbyt szybko, ostrożnie, bo ślisko, grzecznie trzymając się swego pasa. Zatrzymałam się na czerwonym świetle i włączyłam radio. Bocelli akurat śpiewał „Melodrammę”. Tak pięknie, że wzruszyłby kamień. Byłam w cudownym nastroju.

Po chwili zapaliło się zielone światło. Wrzuciłam pierwszy bieg i powoli ruszyłam. Wówczas w bocznym lusterku dostrzegłam TIR–a, który zmieniając pas ruchu, zmierzał wprost na mnie! Zaczęłam z całej siły walić w klakson. Usłyszeli mnie wszyscy kierowcy – poza tym, który siedział w ogromnym TIR–ze. Wciąż sunął w moją stronę, jakby w ogóle mnie nie widział...

Pomyślałam, że jeszcze chwila i zgniecie mnie jak pudełko zapałek, przyciskając do samochodu jadącego prawym pasem! Przerażona prawie nie odrywałam ręki od klaksonu. Tak naprawdę spanikowałam jednak dopiero, gdy ten olbrzym zaczął powoli wgniatać drzwi od mojej strony...
W tej samej chwili alarmujący klakson samochodu jadącego za mną musiał powstrzymać dalszą deformację mojego auta, bo TIR nagle odpuścił.

Później dowiedziałam się, że jego kierowca rzeczywiście mnie nie widział. W dużych samochodach pewien fragment przestrzeni na drodze pozostaje niewidoczny dla prowadzącego pojazd. Ja zaś miałam pecha, ponieważ znalazłam się akurat w takim ślepym polu.

Kiedy w końcu się zatrzymaliśmy i wysiedliśmy z naszych aut, kierowca TIR–a sprawiał wrażenie nawet bardziej przejętego niż ja. Zaczął coś tłumaczyć i gorąco mnie przepraszać. Zatrzymał też kierowca pięknego lexusa jadącego za mną.

Czyżbym spotkała ideał faceta?

– Chyba uratował mi pan życie! – wymamrotałam do niego oszołomiona, dysząc ciężko.
– Nic się pani nie stało? – zapytał facet, spoglądając na mnie z iście ojcowską troską.
– Mnie nic, ale mój samochód... – zmartwiłam się, patrząc na wgniecione drzwi auta.
Nie wyglądało to najlepiej.
– Samochód nie jest ważny. – odparł nieznajomy. – Najważniejsze, że pani nic się nie stało.

Jasne. Ktoś, kto jeździł drogim lexusem, mógł sobie tak myśleć. Lecz dla mnie ten samochód był prawdziwym skarbem! Największym luksusem, na jaki mogłam sobie pozwolić od dawna! Niby miałam wykupione ubezpieczenie, ale naprawa szkód i kosztuje, i trochę zajmuje. A w tym czasie co? Mam chodzić na piechotę albo tłuc się autobusami?

Zadzwoniłam do szefa i przed stawiłam pokrótce całą sytuację, informując go, że niestety się spóźnię. Niedługo później przyjechała policja i zaczęła ustalać wstępną wersję wydarzeń. Odetchnęłam z ulgą, gdy wreszcie było po wszystkim.

Nieoczekiwanie kierowca lexusa zaproponował, że podwiezie mnie do pracy.
– A mój samochód? – spytałam, spoglądając niepewnie na wgniecione drzwi wozu, na który wydałam ostatnie oszczędności.
– Przecież teraz pani do niego nie wsiądzie. To może być niebezpieczne – odparł. – Zadzwonimy po pomoc drogową, odholują go do warsztatu.

Po raz pierwszy raz przyjrzałam się mojemu rozmówcy uważniej: całkiem niezłe z niego ciacho. Był przystojny niczym jakiś model! Nie jestem głupia, żeby odmówić takiemu facetowi.

Zgodziłam się więc na jego propozycję i zadowolona wsiadłam do eleganckiego lexusa. Czułam się wspaniale, siedząc obok takiego przystojniaka. Przez całą drogę prowadziliśmy niezobowiązującą pogawędkę. Szybko stwierdziłam, że poza wyglądem nieznajomy miał jeszcze inne atuty. Był inteligentny, szarmancki i niezwykle oczytany. Istny ideał! Na koniec pożegnałam się grzecznie w przekonaniu, że na tym koniec tej znajomości.

Jednak o szesnastej, kiedy wychodziłam z pracy, znów zobaczyłam go pod moją firmą. Stał oparty o swój samochód, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, w modnych ciemnych okularach. Prezentował się super.

– Uznałem, że nie mogę pani zostawić bez środka lokomocji i skazać na komunikację miejską – wytłumaczył się, gdy do niego podeszłam. – Odwiozę panią pod sam dom, okej?

I w ten oto sposób rozpoczął się nasz płomienny romans. Można powiedzieć, że odnalazłam szczęście w nieszczęściu. Wypadek na drodze w cudowny sposób odmienił moje życie. Oliwier, bo tak miał na imię pan przystojniak, zamienił je w piękny sen. Jak nikt inny wiedział, co zrobić, by sprawić kobiecie radość. Zdawał się dosłownie czytać mi w myślach.

Gdybym była bardzo młoda i bardzo głupia, zakochałabym się jak nic. Na całe życie. Miałam już jednak trochę doświadczenia i wiedziałam, że z oddawaniem komuś swojego serca trzeba uważać. Ale, nie powiem – troszkę mnie zauroczył.

Dowiedziawszy się o niedoszłym wypadku, mój mąż natychmiast zadeklarował pomoc i chęć powrotu do domu. W innych okolicznościach być może bym go przyjęła z powrotem, ale nie teraz. Bo teraz jeździłam wygodnym lexusem i miałam namiętny romans z uroczym facetem. Nie odczuwałam przy tym najmniejszych wyrzutów sumienia. Byłam przecież kobietą porzuconą przez męża. A dzięki przystojnemu Oliwierowi moje życie nabrało blasku...

Nigdy się nie dowie, jaka jest prawda

Spotykaliśmy się niedługo, zaledwie dwa, trzy miesiące, kiedy okazało się, że ... jestem w ciąży!
„No nie! Przecież się zabezpieczałam!” – myślałam z rozpaczą, robiąc kolejny test. Najpierw wpadłam w popłoch, a potem w przygnębienie, bo nie miałam zielonego pojęcia, co robić. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to usunięcie ciąży. Przecież kompletnie nie nadawałam się na matkę! A Oliwier, choć był wspaniałym kochankiem, w ogóle nie wyglądał na potencjalnego troskliwego tatusia.

Nikomu nie wspomniałam ani o dziecku, ani o tym, co zamierzam z nim zrobić. Bałam się, że jak komuś powiem, spotkam się z potępieniem, a poza tym miałam wątpliwości, czy to aby na pewno dobry pomysł. Zadzwoniłam jednak do poleconego lekarza i dopiero kiedy prawie wszystko było już załatwione, zaczęłam się naprawdę poważnie zastanawiać. W końcu miałam zamiar uśmiercić własne dziecko...

Nie wiem, dlaczego zaczęły nachodzić mnie takie myśli. Dopóki ta sprawa nie dotyczyła mnie bezpośrednio, nigdy nie myślałam o aborcji w ten sposób. Teraz nosiłam w sobie życie, które chciałam unicestwić...

Postanowiłam wstrzymać się na razie z decyzją, jeszcze raz przemyśleć sprawę. Może podświadomie chciałam przeczekać moment, kiedy przeprowadzenie zabiegu było jeszcze względnie bezpiecznie, a potem powiedzieć po prostu: „Nie mogę tego zrobić, już jest za późno”, i po problemie. Bo tak naprawdę nie chciałam aborcji. Chyba już wtedy kochałam to dziecko.

Wówczas wpadłam na najlepszy pomysł w swoim życiu: jeśli mój mąż tak bardzo pragnie do mnie wrócić, to okażę wreszcie wspaniałomyślność i się zgodzę. A potem znienacka obdaruję go dzieckiem! Przecież sam tego chciał. Więc proszę bardzo.

Urodziłam córeczkę, którą mój mąż uwielbia i w której widzi swoje cechy. Niech widzi. Już ja wiem, czyje one są. Lecz nikt nigdy się o tym nie dowie. Ważne, że jesteśmy szczęśliwą rodziną, ja zaś, o dziwo, najszczęśliwszą matką na świecie. Nigdy nie przypuszczałam, że można aż tak kochać swoje dziecko.

Czytaj więcej prawdziwych historii:
Przyłapałam teściową na myszkowaniu w moim domu
Uciekłam sprzed ołtarza, bo zakochałam się w świadku
Po 7 latach uznałam, że duszę się w luksusie
Pojechałam z koleżankami do Hiszpanii, zarobić na wesele
Kilka lat temu usłyszałam wyrok. Mam HIV