Reklama

Jestem już matką dorosłego dziecka, ale od kiedy syn skończył półtora roku, zdarzyło mi się wyjeżdżać. "Ale jak to? To kto się nim zajmuje, jak ty się bawisz?", "Że ty tak potrafisz!" - słyszałam wielokrotnie. A wiecie od kogo najczęściej? Od innych kobiet. Zupełnie jakbym zostawiała własne dziecko na mrozie, bez żadnej opieki, czy regularnie wyjeżdżała na miesiąc lub dwa. Ale moje dziecko zostawało z drugim rodzicem, super ojcem, który świetnie sobie radził, a nasza rozłąka trwała maksymalnie dwa-trzy dni. Zwykle jeździłam z koleżankami, też matkami. Czasem z mężem i wtedy syn zostawał z moją mamą. Dla nas to był reset i odpoczynek. Ale nie wszyscy to rozumieli.

"Stereotyp matki Polki wciąż jest w naszej kulturze"

Chyba każda z nas, matek wyjeżdżających, usłyszała, że tak nie powinno być, że nasze miejsce jest przy dziecku. I przy męży. Pół biedy, jak komentowali tak obcy ludzie, ale zdarzało się, że robili to najbliżsi. I takie rzeczy potrafią boleć.

– "Stereotyp matki Polki wciąż jest w naszej kulturze mocno zakorzeniony, jakby kobieta po urodzeniu dziecka miała już tylko jedną rolę. A przecież to nieprawda. Zostajemy matkami, a jednocześnie wciąż jesteśmy partnerkami, przyjaciółkami, pracownicami, przedsiębiorczyniami, czy w końcu dziewczynami, które mają swoje potrzeby niezwiązane z macierzyństwem" – tłumaczy Karolina Rybus-Przeniosło, socjolożka i coach, matka trzech synów: piętnastolatka, jedenastolatka, i półtorarocznego Roszka.

Znam naprawdę wiele silnych, niezależnych kobiet, które bardzo przejmują się tym, jak ich macierzyństwo odbierane jest przez innych. To pewnie też wynika z ogromnej presji i odpowiedzialności, jaką jest według nas wychowanie dziecka. Ogólnodostępna wiedza psychologiczna wcale nie pomaga, bo nieustannie analizujemy, jak nasze postępowanie wpływa na dziecko. Łatwo jest więc obudzić w nas wątpliwości i wyrzuty sumienia, które zresztą chyba są nierozerwalnie związane z macierzyństwem
- dodaje.

Nic się nie zmieniło, pomyślałam z przerażeniem, gdy jakiś czas temu na profilu Agnieszki Hyży wybuchła gorąca dyskusja. Dziennikarka opublikowała zdjęcia z wyjazdu z mężem. Bez dzieci. Choć wiele kobiet gratulowało i pisało, że też praktykują takie "wypady", bo to dobre dla związku, inne w tym samym czasie krytykowały: "Jak ty możesz? Nie tęsknisz?", "Ja bym nie mogła!", "Albo dziecko, albo zabawa!". Hyży nagrała rolkę, w której tłumaczyła, że choć kocha dzieci, potrzebuje też czasu z mężem. Bo chcą dbać o ich wspólną relację, pielęgnować ją i pamiętać, że nie są tylko rodzicami.

"Ale po co ty to robisz?"

– "Pamiętam swój pierwszy wyjazd po urodzeniu starszej córki. Zuza miała półtora roku, a ja – choć ją bardzo kochałam– czułam, jak powoli uchodzi ze mnie powietrze. Z wesołej, zabawowej dziewczyny zmieniłam się w matkę i żonę roku. Sprzątanie, gotowanie, obiadki dla męża, spacery i czytanie książeczek albo układanie klocków"– wspomina Aneta Łyczkowska, która dziś pisze książki i pracuje jako mentorka dla kobiet. – "Któregoś dnia obudziłam się i pomyślałam: „Jeśli nie wyjadę choć na weekend, oszaleję". - Zadzwoniła do przyjaciółki i wspólnie zarezerwowały dwa dni w SPA nad jeziorem niedaleko Olsztyna. – "Cieszyła mnie już nawet ta rezerwacja. Wieczorem powiedziałam mężowi, że zostaje sam z dzieckiem, nawet go o to nie pytałam, ale zrozumiał."

Aneta wspomina tamten pierwszy wyjazd jako powrót do wolności, choć z koleżanką nawet nie wyszły z hotelu. Spały, rozmawiały, chodziły na zabiegi. – "Wróciłam jak nowo narodzona. I postanowiłam, że będę to powtarzać. Słowa dotrzymałam, nawet jak urodziłam drugą córkę."

Dziś Aneta– jako mentorka – odbiera dużo wiadomości od zmęczonych kobiet i dziewczyn.

Wciąż nie potrafimy o siebie dbać, a przecież jak my tego nie zrobimy, to kto nam pomoże? Nikt
- tłumaczy.

Aneta nigdy nie miała wyrzutów sumienia, ale czasem było jej nieswojo, gdy mama pytała: "Ale nie szkoda ci pieniędzy? Mogłabyś za to wyjechać z dziećmi". – "Ona nie robiła tego złośliwie, bardzo mi pomagała, przecież to ona często zostawała z wnuczkami. Ale nie mieściło się w jej głowie, jak żona i matka może mieć kawał przestrzeni bez rodziny. To pokazuje, jaką mamy mentalność. Zarabiałam, mój mąż potrafił wyjechać i jego nikt nie rozliczał, a mnie ktoś bliski pytał, czy nie szkoda mi pieniędzy na mój własny relaks" – podsumowuje Aneta. I dodaje: – "Od razu zastrzegę, ja wyjeżdżałam też z dziewczynkami, lubiłam pokazywać im świat, było nas stać na podróże. Nigdy więc nie bawiłam się ich kosztem."

– "Moje klientki to często matki, które poświęcają siebie. Już nawet nie mówię, że karierę, czy sukces, ale po prostu siebie. Swój dobrostan, swoją psychikę, swoje emocje" – tłumaczy Karolina Rybus-Przeniosło. Jej zdaniem dziś dużo się mówi o wypaleniu zawodowym, ale wciąż za mało o wypaleniu rodzicielskim. A tego wypalenia, zmęczenia rolą rodzica mogłybyśmy uniknąć, gdybyśmy dały sobie prawo do czasu bez dziecka.

Dziś już z badań wiadomo, że dobry opiekun to nie taki, który jest z dzieckiem bez przerwy, ale taki, który daje mu troskę, uwagę i prawdziwą obecność – a o tym trudno mówić, gdy jesteśmy umęczone swoją rolą. Bo wtedy może nie wyjedziemy nigdzie, ale będziemy bez sensu scrollować telefon, chociaż nasze dziecko będzie tuż obok.

Krótki reset czy dłuższy pobyt? Każdy ma zalety

– "Żadna z nas przecież nie musi decydować się na długi wyjazd. Czasem naprawdę wystarczy jeden dzień, ja kiedyś wynajęłam pokój w hotelu pod Warszawą tylko po to, żeby się wyspać, rano wypić w spokoju kawę i przejść się do pobliskiego parku na spacer" – przekonuje Aneta Łyczkowska. A Karolina Rybus Przeniosło wspomina swoje wyjazdy na Bali jeszcze przed urodzeniem Roszka.

– "Wspólnie z koleżanką organizowałyśmy wyjazdy coachingowe dla kobiet, które trwały około dwóch tygodni. Przez pierwsze dni naszego pobytu nasze rozmowy i myśli koncentrowały się wokół dzieci i partnerów, wymieniałyśmy się doświadczeniami, ale też, nie ukrywam, przejmowałyśmy się, co nasze rodziny robią i jak sobie bez nas radzą. Do tego my same uczyłyśmy się funkcjonować bez dziecka, nie rozglądać się wciąż wokół, nie zastanawiać: a zjadło, a było w szkole, a co w przedszkolu. Dla mnie to była przede wszystkim lekcja z odpuszczania nadmiernej kontroli, do której mam tendencję, i źle pojmowanego perfekcjonizmu, bo przecież wielu matkom wydaje się, że nie możemy wyjechać, bo rodzina rozpadnie się jak domek z kart. Dziecko nie zje, nie odrobi lekcji, nikt mu nie pomoże zrobić ludzików z kasztana. Taki wyjazd daje dystans. Nikt do ciebie nie zadzwoni na drugą półkulę, żebyś wracała do domu. I to dobrze, bo po kilku dniach twojego stresu okazuje się, że wszyscy sobie radzą, a ty masz czas, żeby zastanowić się nad sobą. I właśnie odpuścić, zaufać, że nie tylko logistycznie dom jest ogarnięty, ale też twoje dzieci są fantastycznie zaopiekowane emocjonalnie. Bo mają świetnego ojca, czy świetną babcię, a my nie jesteśmy centrum rodzicielskiego wszechświata, nie powinnyśmy być, bo w ten sposób robimy też nieświadomie krzywdę swojemu dziecku."

Zresztą– jak podkreśla Karolina– po to były te wyjazdy. Żeby odpuścić, wrócić do siebie, zastanowić się nad swoimi planami, marzeniami.

– "Ale napisz koniecznie, że to nie jest tak, że my musimy wyjeżdżać" – prosi Karolina. I szczerze przyznaje, że wyjechała na trzy dni bez Roszka i stwierdziła, że na razie nie jest gotowa na kolejne samotne eskapady.

Może to kwestia dojrzałego macierzyństwa, innego etapu w życiu, nie wiem, na razie mówię pas, dlatego tak ważne jest robienie tego, co się czuje. I czego się naprawdę potrzebuje. Nie chodzi o to, żeby robić to, co koleżanki, bo jest taka moda. Lepiej zadać sobie kilka ważnych pytań: 'Potrzebuję tej samotności?', 'Co mi na tu i teraz pomoże?', 'Jaki rodzaj wyjazdu jest mi potrzebny? Dwa dni z mężem, czy przeciwnie - brakuje mi innych kobiet i chcę pojechać gdzieś z przyjaciółką? Zależy mi na aktywności czy wyspaniu się? Co sprawi, że gdy wrócę, będę miała więcej sił i energii?'. A potem ustal to z bliskimi osobami, które mają się zajęć dzieckiem podczas twojej nieobecności, a resztą się nie przejmuj. Nieważne, co ktoś sądzi o twoim życiu, to nie jest jego życie, to nie on będzie ponosił konsekwencje twojego rodzicielskiego wypalenia. Ważna jesteś ty
– tłumaczy Aneta Łyczkowska.

Jej zdaniem czas intensywnego macierzyństwa szybko mija. Oczywiście, jest moment, kiedy koncentrujesz się tylko na dziecku, to naturalny etap, ale kiedy ono kończy rok, dwa, trzy, dziesięć i piętnaście, a ty wciąż żyjesz tylko nim - to robi źle również jemu. – "Znam kobiety, które nigdzie nie wyjeżdżały, nie miały własnego świata, wszystko inwestowały w tzw. rodzinę – energię, czas, emocje. A potem mąż odszedł, dzieci dorosły, a one nie miały nic – żadnej alternatywy. Bo przyjaciółek nie było, pasji nie było. I jasne, jak jesteśmy na początku swojej drogi, zawsze uważamy, że akurat nam się uda, ale niekoniecznie tak musi być. Wyjazdy dla siebie to nie tylko ratunek w macierzyństwie, ale też inwestycja w przyszłość" – podkreśla.

I już trochę ze śmiechem dodaje: – "Moje wyjazdy nie sprawiły, że córki mają traumę, z której nie potrafią się podnieść. Wręcz przeciwnie, czas spędzany z tatą, czy później z dziadkami wspominają jako fajny. Ale ważne jest dla mnie coś innego: są asertywne, świetnie radzą sobie w życiu, potrafią na siebie postawić. I wiedzą, jak ważne jest, by żyć w zgodzie ze sobą. Człowiek jest wtedy dużo lepszy dla innych i szczęśliwszy."


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama