POLECAMY

"Tak to się teraz robi" - We-Dwoje.pl recenzuje

Brak szczęścia w miłości. Coraz głośniejsze tykanie zegara biologicznego. Plan B w postaci inseminacji. Czy nie brzmi to jakoś znajomo?

Brak szczęścia w miłości. Coraz głośniejsze tykanie zegara biologicznego. Plan B w postaci inseminacji. Czy nie brzmi to jakoś znajomo?

Ach tak, całkiem niedawno Jennifer Lopez wcieliła go przecież w życie. A że w Hollywood brakuje pomysłów na oryginalny scenariusz powielono historię samotnej, czterdziestoletniej singielki marzącej o dziecku. W roli głównej Jennifer. Tym razem nie Lopez a Aniston. Lecz na tym koniec podobieństw. Bo „Tak to się teraz robi” jest strawniejsze od „Planu B”. Rzekłabym, że nawet całkiem przyjemne.

Kassie chce zajść w ciążę. Szuka idealnego dawcy nasienia. A gdy go znajduje odbywa się „zapłodnieniowa impreza”, czyli coś, na co wpaść mogliby tylko Amerykanie. Wally, przyjaciel Kassie, będąc pod wpływem alkoholu opróżnia pojemniczek zawierający cenne plemniki specjalnie wyselekcjonowanego dawcy. I wypełnia go własną spermą. Niczego nieświadoma kobieta zachodzi więc w ciążę ze swoim przyjacielem. Opuszcza Nowy Jork na sześć lat, a gdy powraca z synem nie sposób nie domyślić się, że chłopczyk jest żywą kopią Wally’ego. Oczywiście nie widzi tego matka chłopca. Fabuła razi więc swoją naiwnością i jak przystało na komedię romantyczną jest bardzo przewidywalna. A mimo to „Tak to się teraz robi” urzeka. Zwłaszcza wtedy, gdy na ekranie pojawia się postać małego Sebastiana.

Polski tytuł ma się do filmu jak piernik do wiatraka. Nie ma jednak sensu zastanawiać się nad tym, dlaczego prostą „Zamianę” (The Switch) przechrzczono na „Tak to się teraz robi”. Bo co się robi? I jak? Lepiej od razu wrzucić ten tytuł na listę niefortunnych tłumaczeń. A ta się ostatnimi czasy wydłuża, naprawdę wydłuża...

Najsłabszym ogniwem tego obrazu jest Jennifer Aniston. Zawsze uśmiechnięta i nienagannie uczesana. Może i zyskała rzesze wiernych fanów rolą postrzelonej Rachel z serialu „Przyjaciele”, lecz na dużym ekranie wypada nijako. Bardzo łatwo ją przyćmić. I tak też zrobili Jason Bateman oraz uroczy debiutant Thomas Robinson. Iście neurotyczny duet. Smutne, czasem pełne zadumy oczęta małego Thomasa przywodzą na myśl innego młodocianego łamacza kobiecych serc, Kolę z obrazu Jana Svěráka. Bateman ujmuje na pierwszy rzut oka bezpłciową rolą „małego starego ze świdrującymi oczami”. Nic nie można zarzucić Juliette Lewis oraz Patrickowi Wilsonowi, których to postaci co jakiś czas przewijają się przez film. Serce kraja się jedynie na widok Jeffa Goldblumma w tak mało znaczącej i źle napisanej roli. A skoro poruszyłam sprawę scenariusza, warto dodać, że najlepsze kwestie należą do przesłodkiego Thomasa.

Obraz Josha Gordona i Willa Specka ogląda się całkiem dobrze pomimo chwilowych dłużyzn. Miejscami wzrusza. Miejscami bawi. Daleko mu tu absurdalnie głupiej komedii z Jennifer Lopez. Jak na mało wymagający film angażuje bez reszty. Daję mu solidną 7.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)