Sophie Marceau i Christopher Lambert - Dama i lekkoduch

Nikt nie dawał im szans. Sophie, ulubienica Francuzów, i trochę szalony, „bardzo amerykański” Christopher. „Najbardziej niedobrana para pod słońcem”, mówiono. Mimo to od czterech lat są nierozłączni. Myślą nawet o ślubie.
Sophie Marceau i Christopher Lambert - Dama i lekkoduch fot. Viva! nr 21 z dnia 14 października 2010r.
To uczucie spadło na nich jak grom z jasnego nieba. Kiedy spotkali się w 2006 roku, Sophie Marceau od kilku lat tkwiła w nieudanym związku z amerykańskim reżyserem i producentem Jimem Lemleyem. Miała nadzieję, że po starszym o 26 lat Andrzeju Żuławskim, który był dla niej mentorem, relacja z rówieśnikiem będzie tym, czego potrzebuje. Ale znów spotkało ją rozczarowanie. Dobry, czuły, kochający Lemley okazał się śmiertelnie nudnym facetem. Dla energicznej i wciąż pełnej pomysłów Sophie ten związek był jak więzienie. Zaczęła uciekać w pracę. Po głośnym filmie „Wierność”, który zrealizowała po rozstaniu z Żuławskim, postanowiła po raz kolejny stanąć za kamerą. Wyreżyserowała „Kobietę z Deauville”, mroczną historię mężczyzny, który próbuje zmienić swoją partnerkę w dawno zmarłą żonę, co prowadzi do tragedii. Rolę policjanta Jacques’a, który wpada na trop zbrodni, powierzyła Christopherowi Lambertowi.

Dlaczego? Do dziś nie jest w stanie powiedzieć. Przystojny Lambert miał fatalną opinię kapryśnego aktora, który dokonuje dziwnych zawodowych wyborów.
Raz gra świetną rolę księdza Jerzego Popiełuszki w „Zabić księdza” Agnieszki Holland, innym razem w mało ambitnej sadze o Nieśmiertelnym. Uchodził też za trudnego człowieka. Outsidera stroniącego od ludzi. Na domiar złego był wtedy w złym stanie psychicznym. Jego życie prywatne weszło w kolejny zakręt. Pierwsza wielka miłość – do Diane Lane, z którą spędził sześć bardzo burzliwych lat – zakończyła się zupełnym wypaleniem. Para rozstała się jednak w przyjaźni. Ukochana córka Christophera, Eleonora, została z matką w USA. Lambert kupił w Los Angeles obok Diane dom, by być jak najbliżej najważniejszej kobiety w swoim życiu. Fiaskiem zakończyło się też jego drugie małżeństwo – z aktorką Jaimyse Haft. Zdradzony, czuł się zraniony, stracił zaufanie do kobiet.

Mimo to od pierwszej chwili na planie „Kobiety z Deauville” Sophie i Christopher wiedzieli, że łączy ich znacznie więcej niż tylko wspólny projekt. Spędzali razem mnóstwo czasu. Mimo różnic odkrywali w sobie coraz więcej podobieństw. Mieli wrażenie, że rozumieją się bez słów. Może los tak chciał? Bo nie dość, że powstał bardzo dobry film, to jeszcze nim się spostrzegli, byli już w sobie zakochani po uszy. Postanowili zaryzykować raz jeszcze. Być może to była ta jedna jedyna szansa na znalezienie prawdziwej miłości. Kiedy paparazzi po raz pierwszy przyłapali ich na namiętnych pocałunkach w Paryżu przed trzema laty, pisano, że to romans, jakich wiele w show-biznesie. Wielkie uniesienia, a potem przyjdzie proza życia i rozstanie. Że są zbyt różni, by się dopasować.

Ale przetrwali. I od tamtej pory są nierozłączni. Znaleźli patent na udany związek. Wspólnie zrealizowali kolejny dobry film, „L’homme de chevet” – historię miłości alkoholika i sparaliżowanej dziewczyny. Ale każde ma także swoje pasje, swoje życie. Sophie, która jest matką dwójki dzieci: 16-letniego Vincenta ze związku z Andrzejem Żuławskim i 8-letniej Juliette, córki Jima Lemleya, uważa opiekę nad dziećmi za rolę życia. Żaden mężczyzna nie może konkurować z nimi i Lambert to akceptuje. W wolnych chwilach Sophie maluje, pisze. Christopher zajmuje się biznesem: działa w nieruchomościach, w branży spożywczej. I choć oboje bardzo bronią swojej prywatności, po raz pierwszy zdecydowali się opowiedzieć o sobie.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


– Czy to nie ironia losu, że spotkaliście się dopiero jako dojrzali ludzie?
Christopher Lambert:
Może nie ironia. Ale chyba rzeczywiście los miał dla nas konkretne plany, bo przed 2006 rokiem, kiedy Sophie zaproponowała mi rolę w „Kobiecie z Deauville”, spotkaliśmy się tylko raz przelotnie, na kolacji w 1985 lub 1986 roku. Ale wtedy nie zaiskrzyło między nami.

– To prawda, że angażując Christophera do filmu „Kobiety z Deauville”, niewiele o nim wiedziałaś?
Sophie Marceau:
Z pewnością Christopher wiedział wtedy o mnie znacznie więcej niż ja o nim. Ja, nawet jeśli mam czas, rzadko chodzę do kina. Na pewno widziałam z nim „Subway”. Dopiero rok temu odkryłam „Greystoke”.
Christopher Lambert: Przyznam, że też niewiele wiedziałem o Sophie. Pamiętałem ją z filmu „Narwana miłość” – o trójkącie miłosnym. Myślałem wtedy, że trzeba mieć odwagę, aby przyjąć taką rolę.

– Mimo to zaryzykowałaś.
Sophie Marceau:
Oboje kierujemy się w życiu instynktem, przeczuciem. Pamiętam, że kiedy szukałam aktora do roli Jacques’a, od razu pomyślałam o nim. To był jakiś imperatyw, impuls. Po prostu czułam, że to on musi zagrać w moim filmie.
Christopher Lambert: Żadne z nas nie potrafi planować, kalkulować, kierować się w życiu i karierze jakąś strategią. Czasem wychodzi mi to na dobre, a czasem nie. Nikt nie może zrozumieć, dlaczego zrezygnowałem z roli w „Wielkim błękicie” Luca Bessona, a przyjąłem rolę w idiotycznym „Mortal Kombat”. A dla mnie było wtedy ważne tylko to, że będę pracował z ludźmi, których lubię. Po prostu chcę się dobrze bawić w pracy. Kiedy Sophie złożyła mi propozycję, nie wahałem się ani chwili.

– Nie żałowałaś swojej decyzji?
Sophie Marceau:
Nawet przez chwilę. Na pierwszy rzut oka Christopher robi wrażenie bardzo prostego, otwartego faceta. Z drugiej strony ma w sobie jakąś tajemnicę. Lubię takie przeciwności, które nadają człowiekowi głębię. Dobrze wypada też przed kamerą. Jest nie tylko fotogeniczny. Ma takie niesamowite, magnetyczne spojrzenie krótkowidza. Ale trzeba go trzymać krótko. Chwila nieuwagi ze strony reżysera i już się dekoncentruje. Na planie jako szefowa mogłam mu wiele narzucić. W życiu prywatnym byłoby to dużo trudniejsze.
Christopher Lambert: W trakcie pierwszego przesłuchania co chwila kazała mi zdejmować i wkładać okulary. I, na szczęście, pozwoliła mi w nich wystąpić. Od dziecka mam kłopoty ze wzrokiem. Mimo to często musiałem występować bez nich, bo inaczej nie dostałbym żadnej roli.

– I przyszła miłość?
Christopher Lambert:
To było nieuniknione. Nigdy nie czułem takiej bliskości z drugim człowiekiem jak z Sophie. Rozumiemy się bez słów. Nasz związek to nie tylko porozumienie ciał. Sophie to mój najlepszy przyjaciel.
Sophie Marceau: Oboje jesteśmy samotnikami, którzy poszukiwali bratniej duszy. Jestem dorosłą i silną kobietą. Przy Andrzeju Żuławskim nauczyłam się, jak walczyć o siebie, o niezależność. To dzięki niemu stałam się świadomą siebie kobietą i aktorką. Mimo to potrzebuję oparcia, mężczyzny, na którym mogę polegać. Christopher daje mi takie poczucie bezpieczeństwa. Ale i wolność. Nie podcina mi skrzydeł.


– Nie bałaś się związać z tak nieprzewidywalnym facetem? Był czas, kiedy lubił zaglądać do kieliszka...
Christopher Lambert:
To prawda, że w przeszłości moje życie było bardzo niepoukładane. Potrafiłem wszystkie pieniądze zarobione w filmie zainwestować w budowę hotelu w Hondurasie, po czym sprzedać go i kupić winnicę w Kalifornii. Mimo że interesy w Kalifornii szły dobrze, rzuciłem wszystko, bo nie lubiłem jednego z moich partnerów. To nie przysparzało mi przyjaciół. Mam ich może pięciu. Mam też za sobą kilkunastoletni epizod alkoholowy. Od 1984 do 1995 roku byłem częstym bywalcem nocnych lokali. Nawet za nimi nie przepadam. Ale szedłem tam utopić w kieliszku samotność.
Sophie Marceau: Mężczyźni nie potrafią być sami.
Christopher Lambert: Odwrotnie niż kobiety, które są bardziej odpowiedzialne. Ja bawiłem się coraz bardziej. Aż pewnego dnia obudziłem się i poczułem, że muszę z tym skończyć. I skończyłem.
Sophie Marceau: Może Christopher jest trochę szalonym facetem, ale za to życie z nim jest cudownie nieprzewidywalne. Mieszkamy we Francji i w USA. Tam jest nasz dom, gdzie są nasi bliscy, nasze uczucia. Nareszcie nikt mnie nie tłamsi, nie próbuje wpływać na moje życie, podcinać mi skrzydeł. Jestem w związku, a mimo to czuję się wolna. W wieku 44 lat nareszcie polubiłam i zaakceptowałam siebie. Znalazłam równowagę między pracą i życiem prywatnym.

– Po „Kobiecie z Deauville” obiecywaliście sobie, że już nigdy więcej nie wystąpicie razem. Dlaczego?
Sophie Marceau:
Trudno jest występować z partnerem. Z jednej strony to przyjemne. Szczególnie całowanie. Ale tu, inaczej niż w życiu, gdzie idzie się na kompromisy, każdy „gra na siebie”. Trzeba zapomnieć, że jest się w związku z aktorem. Niekiedy to bardzo trudne. Poza tym chcieliśmy w ten sposób chronić swoją prywatność. Kiedy ludzie oglądają film, w którym występuje para, nieuchronnie zaczynają przypisywać im takie same emocje w życiu prywatnym. Powstają plotki, spekulacje. A my unikamy mediów. Pokazujemy tylko to, co chcemy pokazać. Choć tak naprawdę nie mamy nic do ukrycia. Po prostu jesteśmy ludźmi, którzy żyją z dnia na dzień, cieszą się każdą chwilą.

– Mimo to odstąpiliście od zasady, że nie łączycie życia osobistego z pracą, i znów stanęliście razem na planie w „L’homme de chevet”.
Christopher Lambert:
Byliśmy w samolocie lecącym do Nowego Jorku, kiedy Sophie zaczęła czytać scenariusz tego filmu. I nagle się rozpłakała. Była tak poruszona, że kazała mi go przeczytać natychmiast. Co chwila zerkała, na której jestem stronie. Po pewnym czasie i ja miałem mokre oczy. Historia miłości przykutej do łóżka, sparaliżowanej Muriel i boksera alkoholika Leo, który się nią opiekuje, była napisana jakby dla nas. Byliśmy pewni, że w najgorszym przypadku to będzie dobry film!

– Nie było między Wami konkurencji?
Sophie Marceau:
Mówi się, że dwie gwiazdy pod jednym dachem to o jedną za dużo. I pewnie jest w tym dużo racji. Ale do konkurencji najczęściej dochodzi wtedy, gdy ludzie są sfrustrowani, wciąż oczekują na sławę. Zarówno ja, jak i Christopher mamy już za sobą świetne momenty w karierze. Zresztą mnie wystarczy, jeśli jego rozpoznają. Z taką twarzą to zresztą nieuniknione. Ja mogę zostać w cieniu.

– Po trzech latach wciąż jesteście razem. Jak to się udaje?
Sophie Marceau: Christopher jest bardzo prostolinijnym człowiekiem. Jest uczciwy wobec siebie i wobec mnie. Zawsze wiem, co myśli, na czym stoję.
Christopher Lambert: Najważniejszy jest szacunek dla drugiej osoby. Widzimy swoje wady, mimo to nie próbujemy zmieniać się wzajemnie. Po prostu trzeba kochać człowieka takim, jakim jest, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie.

– Myślicie o ślubie? Dla Sophie to byłoby pierwsze małżeństwo...
Sophie Marceau:
To prawda. Zawsze unikałam wiązania się na papierze. Wydawało mi się to zbędne. Ale z Christopherem wszystko jest inne...

Rozmawiał RICHARD GIANORIO/MADAME FIGARO
Tekst i opracowanie MAGDA ŁUKÓW
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)