Paulina Krupińska: Jaka tam ze mnie misska?

Paulina Krupińska: Jaka tam ze mnie misska?

Dlaczego nie weszła do finałów Miss Universe? Czy jej chłopak jest milionerem? Jak radzi sobie z popularnością?
/ 25.12.2013 08:06
Paulina Krupińska: Jaka tam ze mnie misska?
- Co tam się wydarzyło w tej Moskwie? Wszyscy już wizualizowaliśmy sobie Ciebie w koronie Miss Universe.
Rzeczywiście zrobił się szum, a polskie media świętowały mój rzekomy sukces, zanim w ogóle doszło do finału konkursu.

– Ale ponoć w kuluarach byłaś faworytką?
Byłam wysoko notowana przez osoby pracujące przy konkursie, jego fanów i bukmacherów. W dodatku tydzień przed finałem zrobiono konferencję, na której powiedziano, że stawiają na naturalne dziewczyny, ale, niestety, ta, która wygrała, z naturą nie ma nic wspólnego. Ja wykonałam zadanie tak, jak miałam je wykonać. Nie wiem, co jeszcze mogłabym zrobić, żeby zostać Miss Universe.

– Masz poczucie, że to rzeczywiście jest konkurs piękności?
Nie do końca. To też kwestia biznesu i polityki. Polska nigdy nie będzie dla organizatorów atrakcyjnym krajem, skoro nawet nie mamy transmisji z gali. U nas nikt się nie interesuje takimi konkursami, nie mamy fanów, na widowni siedzi jedna osoba z Polski i jest to dyrektor generalna konkursu. A za dziewczyną z Filipin jeździ 300 osób już dwa tygodnie przed finałem. W Polsce nie ma kultu miss, tak jak jest to w krajach latynoamerykańskich czy w Azji. Trudno nawet powiedzieć, jaką funkcję pełni u nas miss. W krajach latynoamerykańskich jest drugą najważniejszą osobą po prezydencie. Taka dziewczyna dostaje pensję, jeździ po kraju, ludzie wiwatują na ulicach. Staje się symbolem, bo jest mężczyzna, który rządzi krajem, i jest ta kobieta, która jest ich wizytówką. Tam jest kult piękna. U nas, gdy ktoś jest piękny, raczej się wstydzi, garbi, chowa, żeby za bardzo tego nie pokazać. Nie możesz powiedzieć, że jesteś fajna, szczęśliwa, ładna, nie możesz się przyznać, że siebie akceptujesz, bo zaraz cię zjedzą. 

– Ale jednak wystartowałaś w konkursie dla dziewczyn, które nie ukrywają, że są ładne.
To zdarzyło się spontanicznie. Miałam 16 lat, kiedy wzięłam udział w Miss Nastolatek. Traktowałam to jak przygodę. Chciałam się wyrwać z domu, doświadczyć czegoś innego. Poznałam tam Jarka Szado, który był wtedy najlepszym choreografem mody, Natalię Kukulską, która śpiewała podczas finału. To były osoby, które, jako dziewczynka, oglądałam w telewizji i nagle miałam szansę je poznać. Do tego pojawiła się możliwość oderwania od rodziców. Półfinał był w Kudowie-Zdroju, zgrupowanie miałyśmy w Kościelisku, a finał już we Wrocławiu. Nagle jechałam sama pociągiem dziewięć godzin, z innymi koleżankami, stałam się samodzielna… Traktowałam to jak kolonie, które ktoś mi dał w prezencie. To była fajna przygoda, ale nie chciałam jej powtarzać, bo przestraszyłam się, że jest to trochę próżne. Bałam się, że to mnie stawia w takim świetle: „Patrzcie, jestem taka najładniejsza w Polsce!”. Zawsze się tego wstydziłam. Do dziś nikomu nie mówię, że jestem Miss Polonia.

– To czemu zdecydowałaś się na ten konkurs?
Namówiła mnie Rozalia Mancewicz, czyli Miss Polonia sprzed dwóch lat. To ona też wkręciła mnie do Miss Polski Nastolatek. Sama bym się nie zgłosiła, ale 10 lat temu byłam w Jankach na zakupach i akurat odbywał się tam konkurs Elite Model Look. Jako że byłam jednym wielkim chodzącym wieszakiem, podszedł do mnie pan organizujący ten konkurs i spytał, czybym się nie zgłosiła. Zgłosiłam się więc, a tam poznałam Rozalkę, która przyjechała z mamą z Białegostoku. Powiedziała mi, że będą spały u jakichś sióstr zakonnych w Ożarowie Mazowieckim. A że ja mieszkałam w Piastowie, czyli niedaleko Ożarowa, zaproponowałam, żeby pojechały do mnie i mój tata je tam zawiezie. Ostatecznie dziewczyny spały u nas i tak się poznałyśmy. Rozalka była wtedy Miss Podlasia Nastolatek i wpadła na pomysł, że skontaktuje mnie z osobą, która te wybory u nich organizuje, to może da mi dziką kartę. I tak na wyborach Miss Polski Nastolatek, jako urodzona warszawianka, reprezentowałam Podlasie.

– Wygrałaś?
Nie, zostałam trzecią wicemiss, a Rozalka wtedy w ogóle nie dostała się do finału. Za to rok później wygrała. Po Miss Nastolatek zaczęłam dostawać propozycje pokazów. Nigdy wcześniej nie myślałam, że będę modelką. Zawsze byłam bardzo wygadana i pyskata, więc myślałam raczej, że będę prawnikiem. Ale jakoś tak się zdarzyło… A że dostawałam dużo zleceń, to w tym biznesie zostałam. Bałam się, że tytuł Miss mi trochę przeszkodzi, że te dwie role będą się wykluczały. Jednak, znając Rozalkę i Marcelinę, wiedziałam, że biuro Miss Polonia nie zamyka furtek, tylko pozwala działać na własnych polach, a pewne furtki otwiera. Dlatego się zdecydowałam. 

– Czego się spodziewałaś po wyborach Miss?
Mam 26 lat. To już sporo na modeling, więc muszę myśleć o tym, co będzie dalej. Taki tytuł ułatwia sprawę, bo jesteś w pewien sposób osobą publiczną, twoje nazwisko jest bardziej znane i to pomaga w kontaktach z agencjami reklamowymi czy wydawnictwami. Liczyłam, że ułatwi mi to pracę i stworzy nowe możliwości. I nie myliłam się. Pracodawcy sami się zgłaszają. Dostałam fajny cykl w „Pytaniu na śniadanie” – „Miss Sport”, w którym sprawdzam się w różnych sportach i jestem przede wszystkim sobą. Dzięki temu, że program ma dobrą oglądalność, pojawiają się kolejne propozycje i tak to się nakręca naturalnie. Kiedyś miałam spokojne życie, teraz zwiększyłam obroty. Czasem mam dwie, trzy prace dziennie. Telewizja, modeling, różne akcje, w których biorę udział, kampanie edukacyjno-społeczne. 

– Nie czujesz presji „czynienia dobra”?
Zdaję sobie sprawę, że muszę być wzorem i przykładem dla dziewczyn, które się zgłaszają do tych konkursów. Jestem na ten rok ich przedstawicielką, ale nie mam presji, że nagle muszę na siłę być kimś, kim nie jestem. Nawet jeśli chodzi o tę pomoc, to jest dla mnie normalne, bo jestem z wykształcenia pedagogiem, w podstawówce byłam harcerką, potem uczestniczyłam w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, zbierałam żywność dla dzieci z przyjaciółkami, robię „szlachetne paczki”. To wszystko jest dla mnie naturalne. 

– Jak Cię wychowywano?  
Byłam wychowywana w bardzo tradycyjnym, skromnym domu. Nie było złota na stole ani wakacji w Saint-Tropez. Ale był to bardzo ciepły dom, nastawiony na relacje i bliski kontakt z rodzicami. Rodzice cały wolny czas poświęcali mnie i mojemu bratu. Tata jest wielkim fanem piłki nożnej, podobnie mój rok starszy brat. Z racji ich sportowych pasji byłam wychowana trochę po chłopięcemu. Przede wszystkim naśladowałam brata. Chodziłam po drzewach, miałam siniaki, strupy. Nie nosiłam spódnic. Chciałam być po prostu klonem brata, tym bardziej, że jako dzieci byliśmy do siebie bardzo podobni.

– Rozumiem, że chciałaś też wzbudzić jego respekt? 
Tak, tylko że z biegiem czasu okazało się, że to ja jestem bardziej przebojowa. Mój brat jest spokojną osobą, a ja jestem krzykliwa. Zawsze byłam oczkiem w głowie taty, a mój brat był pupilkiem mamusi. Tata jest bezkrytycznie we mnie zakochany, jest moim największym fanem. Równocześnie jest chyba najbardziej śmiesznym człowiekiem, jakiego znam. Nie ma osoby, która by go nie lubiła. Wszystkie moje koleżanki go uwielbiają, a moi byli partnerzy, jak się ze mną rozstawali, mówili: „Szkoda, że już nie będę się spotykał z twoimi rodzicami”. Bo obiadki niedzielne w moim domu zawsze były pełne śmiechu. Rodzice stworzyli mi tak ciepły dom i czułam się przez nich tak dowartościowana, że nie musiałam tego szukać nigdzie indziej. Dlatego nie będę oszukiwać, że byłam zakompleksioną dziewczynką. Dostałam tyle akceptacji i miłości, że i sama zawsze akceptowałam siebie. Łatwość nawiązywania kontaktów też przejęłam od rodziców. Nasz dom był zawsze bardzo gościnny, pełen ludzi. W dużej mierze wychowywałam się na wsi, bo mój dziadek był przez 45 lat sołtysem. Każde wakacje, prawie całe dwa miesiące, kiedy nie jeździłam na kolonie, spędzałam na wsi z kuzynostwem. Było nas tam ośmioro wnucząt i spaliśmy czasem po czwórkę w łóżku. Robiliśmy wycieczki do lasu, spanie na sianie. Kombinowaliśmy, jak na dwóch rowerach przewieźć osiem osób do sklepu, który był oddalony o dwa kilometry. To było wyzwanie, ale jakoś sobie radziliśmy. Jakiś dziecięcy wózek rozkładaliśmy na części pierwsze, na koła kładliśmy skrzynkę na ogórki i przewoziliśmy się do sklepu po jednego loda. Miałam bardzo fajne dzieciństwo.

– Mówiono Ci, że jesteś śliczna?
Mówiono. Dlatego mam taką wysoką samoakceptację. Lubię siebie, dobrze się czuję sama ze sobą. Tata mi zawsze mówił, że jestem najpiękniejsza. Ale chyba każdy ojciec jest bezkrytyczny wobec swojej córki. 

– Nie, chyba nie każdy. 
Nie każdy? To mój był taki otwarty. Ale poza tym, że jestem śliczna, zawsze mówiono mi, że jestem bardzo mądra. Byłam zawsze najlepszą uczennicą, wręcz kujonką. Uwielbiałam chodzić do szkoły. Do końca gimnazjum nie opuściłam ani jednego dnia w szkole. Ani jednego! To jest niesamowity wyczyn. 

– Przyznaję, niesamowity.
Miałam wzorową frekwencję i średnią 5,5. W liceum też miałam najlepszą średnią w klasie. Chodziłam na wszystkie kółka zainteresowań, wuefy, nadrabiałam tymi innymi przedmiotami, żeby mieć szóstki, które zniwelują jakąś czwórkę. Chodziłam za nauczycielami i pytałam, co jeszcze mogę zrobić, by uzyskać lepszą ocenę.

– Dlaczego tak Ci zależało?
Bo byłam zawsze bardzo ambitna. Jestem krytyczna wobec siebie i chciałam być doskonała we wszystkim, co robię. Może chciałam też udowodnić rodzicom, że wszystko potrafię, że mi wszystko wychodzi. No i konkurowałam z moim bratem. Jak on miał jakiś egzamin czy średnią, to ja zawsze musiałam mieć o jeden lepszy stopień niż on. Musiałam być zawsze lepsza. 

– Już Ci przeszło?
Tak, ale ciągle dużo od siebie wymagam. W pracy jestem bardzo zorganizowana i oczekuję tej organizacji od innych. 

– Ten Twój perfekcjonizm nie jest jednak pewnym ograniczeniem?
Rzeczywiście lubię mieć wszystko ułożone, zapisuję w notesie, nie lubię, jak ktoś do mnie nie oddzwania. Przede wszystkim chciałabym, żeby wszyscy byli zadowoleni. To jest wada, bo czasem chcąc, żeby ktoś czuł się dobrze w moim towarzystwie, strasznie „ciągnę z siebie łacha”. Mówię: „Jaka tam ze mnie misska? Zobacz, jaka jestem pokraka!”, bo chcę, żeby komuś było miło. Kiedy widzę, że ktoś jest speszony tym, że mnie poznaje, od razu robię z siebie idiotkę. 

– Doskonale to rozumiem.
Chcę pokazać, że jestem taka „normalna”. Nie chcę być tą księżniczką w koronie, tylko chcę być tą Pauliną, którą byłam. I chcę, żeby inni zauważyli to we mnie. 

– Wyobrażam sobie, że możesz być przez niektórych traktowana protekcjonalnie.
Na pewno ludzie oceniają mnie po wyglądzie, ale dzięki temu, że przy okazji bycia Miss mogę też się głośno wypowiadać, może to się zmieni. Wiadomo, że nie mam wpływu na to, co piszą ludzie siedzący za ekranem komputera i wylewający jad na innych, ale nigdy nie usłyszałam negatywnej opinii na własne uszy. Może ktoś tam coś szepcze za moimi plecami, ale ja osobiście nie spotkałam się z zarzutem, że jestem pustą lalką. 

– To może więcej jest sytuacji, w których uroda Ci pomaga?
Nie mam takiego wrażenia. Kiedy pisałam egzaminy, to nikt nie wiedział, jak wyglądam. Nie było zdjęcia na teście egzaminacyjnym czy na klasówkach. Za danymi rzeczami, które człowiek robi, zawsze musi iść wiedza. Oczywiście jestem w zawodzie, w którym uroda jest ważna, ale ja uważam, że najładniejsi ludzie to są ci, którzy się uśmiechają. Ktoś może mieć nieziemską urodę, ale dla mnie nie jest atrakcyjny, bo od niego nie bije ciepło. Jeśli miałam łatwiej, to raczej ze względu na łatwość nawiązywania kontaktów, a nie ładną buzię.

– Pamiętasz, kiedy poczułaś się dorosła?
Jak miałam 20 lat i zamieszkałam z chłopakiem w Warszawie.

– Tata nie miał nic przeciwko? 
Nie miał. Chyba musiał zrozumieć, że córka stara się usamodzielnić. Byłam już niezależna finansowo, bo od 17. roku życia nie wzięłam od rodziców ani złotówki. Ale jak zamieszkałam w Warszawie, zaczęło się normalne życie. Nie byłam wyśmienitą kucharką i dalej się tego uczę, ale mogę szczerze przyznać, że jestem perfekcyjną panią domu. Nienawidzę kupować ubrań, męczą mnie centra handlowe, ale jestem największą fanką sklepów z chemią i akcesoriami do domu. Mam koleżankę, do której dzwonię i mówię: „Słuchaj, jest promocja, są ściereczki do ścierania mebli! A tu jest jakiś specjalny produkt do czyszczenia zlewu!”. Uwielbiam to. Każdy mój facet zawsze zastawał mnie w domu myjącą sedes albo pastującą podłogę na kolanach. Jestem przykładem kury domowej, uwielbiam porządek. I zaczęło się życie: chodzenie na uczelnię, sprzątanie, gotowanie, pranie i praca. Zrywałam się z wykładu 10, 20 minut wcześniej i szłam na casting. Albo szłam na ćwiczenia innej grupy, żeby nie mieć zaległości, bo robiłam reklamę czy pokaz. To jest dopiero wyzwanie i chyba z tego jestem najbardziej dumna, że udało mi się pogodzić studia dzienne na państwowej uczelni i pracę. 

– Rozumiem, że masz już plany na czas po oddaniu korony?
Dalej działam w modelingu, a jak mnie wyrzucą drzwiami, to nie będę się pchała oknem. Chciałabym się skupić na swoim życiu prywatnym. Marzy mi się rodzina. Zobaczymy, jak tam moje życiowe sprawy się potoczą, bo to nie ode mnie zależą pewne gesty. 

– Tylko od Twojego „milionera”.
A żeby to on jeszcze te miliony miał (śmiech). Po za tym, żeby być fajnym facetem, niepotrzebne są miliony. Ale wiesz, z czego się cieszę?

– Z czego?
Byłam pozytywnie zaskoczona, kiedy będąc w Moskwie, czytałam pozytywne artykuły i komentarze na swój temat. To się tak rzadko zdarza. Nawet kiedy nie wygrałam tego konkursu, pisali, że „nasza
Polka i tak ładniejsza niż Wenezuelka”. Byłam w szoku. 

– Słusznie. Ciesz się chwilą. 
Tak robię! A potem będę robić swoje, będę miała więcej czasu dla siebie, dla przyjaciół, na swoje pasje, podróże.

Rozmawiała Aleksandra Kwaśniewska
Zdjęcia Mateusz Stankiewicz/AF PHOTO
Stylizacja Andrzej Sobolewski
Makijaż Marianka Jurkiewicz/D’vision Art
Fryzury Kacper Rączkowski/D’vision Art
Manikiur Studio Urody Ekert
Produkcja Ela Czaja
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)