Marianna i Kamil Durczokowie

On pracuje w Warszawie, ona – w Katowicach. Najpopularniejszy polski dziennikarz i jego żona zdradzają nam swoje rodzinne sekrety.
Marianna i Kamil Durczokowie na okładce magazynu Viva! fot. Viva! nr 1 z 11.01.2007
Na co dzień dzieli ich 300 kilometrów. On pracuje w Warszawie, ona – w Katowicach. Jak mimo to udaje im się tworzyć udane małżeństwo i wspólnie wychowywać syna? Najpopularniejszy polski dziennikarz i jego żona zdradzają nam swoje rodzinne sekrety.

Patent na szczęście? Praca w Warszawie, weekendy w Katowicach, długie rozmowy z żoną i pewność, że należy cieszyć się z każdej chwili, bo los potrafi nagle napisać cholernie trudny scenariusz. Od 11 lat żyją na dwa domy i dwa światy. On, gdy tęskni, potrafi przyjechać do domu w środku nocy i wyjechać o piątej nad ranem, ona znosi jego niełatwy charakter i ma w sobie nieziemskie pokłady tolerancji.

– Kiedy osiem miesięcy temu przechodził Pan z „Wiadomości” do „Faktów”, powiedział Pan w „Vivie!”, że myśli Pan, by sprowadzić rodzinę do Warszawy...
Kamil Durczok: Niech pani nie wraca do tego tematu, bo znowu dostanie mi się od żony... Deklaracja wydrukowana w gazecie zabrzmiała bardziej kategorycznie, niż wyglądało to w rzeczywistości. Może przeoczyłem coś przy autoryzacji, a Mariannę mocno to zabolało, bo nasza rodzina, póki co, nie ma planów przeprowadzkowych.

– Wielu ludzi ciekawi, dlaczego od lat żyjecie w ten sposób?
K. D.: Temat jest wałkowany w rodzinie tak naprawdę od 11 lat.
Marianna Durczok: Kilka razy próbowaliśmy zobaczyć, jak będzie wyglądać nasze życie w Warszawie. Przyjechałam z synem, zamieszkaliśmy w naszym warszawskim mieszkaniu. Jeśli był to weekend i coś się działo – było przyjemnie. Ale były też dni, w których Kamil pracował, a ja byłam sama z dzieckiem w domu.
K. D.: Nie w domu, tylko w mieszkaniu.
M. D.: Tak, tak, w mieszkaniu, dom jest w Katowicach. I wtedy było smutno, samotnie. Oczywiście w Warszawie też mamy fantastycznych znajomych, ale nie ma bliskich, z którymi jestem na co dzień. Nie ma mojej siostry, Joli, dziadków, nie ma przyjaciółek z pracy. Wspólnych tematów, spotkań, drobnych i dużych spraw, którymi żyjemy, i w tej Warszawie było mi po prostu źle. Kamil po powrocie z pracy był tak zmęczony, że od razu szedł spać. Więc co to za różnica, czy jestem w Katowicach, czy w Warszawie?
K. D.: Może wszystko to, co opowiadamy, jest po prostu przyznaniem się do braku odwagi podjęcia decyzji? Przez to, że nie jesteśmy na te przenosiny gotowi, wymyślamy sobie kolejne przeszkody. Co prawda pracuję w Warszawie od poniedziałku do piątku, ale jeśli tylko mam wolne okienko, potrafię przylecieć do Katowic późnym popołudniem i następnego dnia wyjechać do Warszawy przed piątą rano, by choć parę godzin pobyć we troje.
M. D.: W Katowicach mamy tę pewność, że od piątku do niedzieli Kamil jest naprawdę dla nas. Jeśli dzwoni telefon, to i tak od Warszawy dzieli go 300 kilometrów. Nie ma redakcji, nie ma ludzi, nie ma spotkań, nie ma pokusy, by zajrzeć do pracy choć „na kwadrans”. Prawdę mówiąc, to mnie jest trudniej przekonać do tej decyzji i to ja stawiam najmocniejszy opór.
– Co się zmieniło w rodzinie Durczoków, odkąd zmienił Pan pracę i przeszedł do prywatnej stacji telewizyjnej?
K. D.: Dużo więcej pracuję i mniej jestem w domu.

– Jeszcze mniej? Przeczuwaliście, że nowa praca będzie tak absorbująca?
K. D.: Pamiętasz, Marianna, rozmawialiśmy wtedy długo i powiedziałem, że może być jeszcze trudniej, ale warto.
M. D.: A ja nie starałam się tego sobie wyobrażać, bo od 11 lat jestem przyzwyczajona, że Kamil wpada i wypada. Trudniej byłoby mi pewnie wyobrazić sobie sytuację, że mamy siebie na co dzień. To byłoby dopiero wyzwanie dla nas obojga! Gdy Kamil zmieniał pracę, cieszyłam się, bo w telewizji publicznej doszedł do zawodowej ściany. Rozmawialiśmy, co może jeszcze zrobić? Poprowadzić kolejne „Wiadomości”, kolejny „Wieczór wyborczy”, własny program, zrobić kolejną rozmowę z politykiem i co dalej? W „Faktach” poprzeczka znów się podniosła.

– Gdy jesteście już razem w weekendy, próbujecie nadrobić stracony czas? Biegacie na koncerty, imprezy? Takie małżeństwo przypomina chyba niekończącą się randkę?
M. D.: Kamil nie wychodziłby z domu przez 48 godzin, bo jest stęskniony i zmęczony podróżami. Mnie w weekendy nosi, bo mam dom na co dzień. Zimą najczęściej wyjeżdżamy na narty do Szczyrku, latem siedzimy w ogrodzie u rodziców Kamila.

– Jak się wchodzi na szczyt, przyjaciół ubywa czy przybywa?
M. D.: Na szczęście przyjaciele od lat pozostali ci sami.
K. D.: Jest z nami dokładnie to samo wąskie grono ludzi od 13 lat, czyli od momentu, kiedy się poznaliśmy. Pewnie po drodze zawiodłem się na paru osobach, ale ci najważniejsi zostali.

– Mówi Pan o sobie: „Jestem trudny, apodyktyczny”. Rozumiem, że Pana żona jest śląskim aniołem?
K. D.: No jasne!
M. D.: Jakoś wytrzymuję. Jak się zsumuje lata spędzone razem, to z tych 12 lat małżeństwa robi się zaledwie sześć (śmiech).
K. D.: Śląski anioł potrafi być wymagający i stawiać warunki. Wie pani, jak to jest z aniołami. Nawet na niektórych obrazach przybierają postać wojowników z mieczami. A mówiąc poważnie, to jest chyba dobra strona tej dzielącej nas 300-kilometrowej odległości, że nie zdążyliśmy się do tej pory sobą znudzić. Nie siedzimy w kapciach naprzeciwko siebie i nie myślimy konfrontacyjnie: jak byłoby kapitalnie w innym życiu, i w innym związku. Bo jak widzimy się rzadko, to częściej za sobą tęsknimy.

– Powiedział Pan kiedyś: „Żona ma ode mnie znacznie twardszy charakter...”
K. D.: Bo tak jest. Marianna jest ode mnie znacznie bardziej konsekwentna także wtedy, gdy się pokłócimy. Ja już po 30 sekundach kłótni lecę za nią i chcę się godzić, a Marianna twardo nie odpuszcza. Musi minąć jakiś czas, by wyciągnęła rękę na zgodę. Mnie się wielu rzeczy nie chce robić, a Marianna mówi wtedy: „Obiecaliśmy, musimy, damy radę”. Żona jest też ode mnie bardziej oszczędna.

– Rozłąki, mijanie się, niedopowiedzenia – to wszystko może powodować kłótnie, nieporozumienia. Gdy przychodzi kryzys, jak go rozwiązujecie?
K. D.: Na szczęście nie mieliśmy przez te 12 lat żadnego poważnego kryzysu, choć oczywiście spieramy się, kłócimy, jak w każdym związku, ale to dotyczy najczęściej tego, co dzieje się wokół nas, na zewnątrz, co dotyczy pracy, relacji z ludźmi. Na pewno naszą terapią jest rozmowa. Niedawno ktoś bardzo się uparł, żeby mi zrobić krzywdę. Pamiętam, jak mi ulżyło, gdy powiedziałem o tym Mariannie. Od tamtej rozmowy zacząłem patrzeć na to wszystko kompletnie inaczej, nawet byłem zdziwiony, że jedna rozmowa tak dużo mi dała.
– Obawia się Pan czterdziestych urodzin?
K. D.: Pani Moniko, niech pani nie żartuje! Jak przeszliśmy niedawno czterdziestkę Marianny, to moja już nie będzie taka straszna. Aż się zdziwiłem, że Marianna tak to przeżyła. Co prawda trwało to krótko, ale moja pełna życia i energii żona nagle posmutniała. Dziś to z siebie skutecznie wyparła.

– Ale mężczyźni przeżywają to boleśniej.
K. D.: Nie ulegajmy stereotypom. Znając siebie, pewnie na czterdzieste urodziny kupię sobie jakiś miły prezent i to wszystko.

– Gdy żyje się na odległość, wiele domowych spraw nabiera kompletnie innego znaczenia i przewartościowania. Słyszałam, że w Państwa rodzinie mama jest od dyscyplinowania, a tata od rozpieszczania?
(Śmiech obojga). Tak, ta zasada jest od lat niezmienna.

– Ale istnieje niebezpieczeństwo, że Pani będzie się małemu kojarzyła z porannym wstawaniem, odrabianiem lekcji, zakazami, a tata z wesołymi, beztroskimi weekendami i prezentami?
M. D.: I tak na pewno jest, ale nie zmienia to faktu, że mały jest ze mną niesłychanie zżyty.
K. D.: Jak byliśmy niedawno na nartach, to oczywiście młody popisywał się przede mną swoimi umiejętnościami, ale potem wieczorem, gdy trzeba się położyć spać, pogadać przed snem, poczytać, to oczywiście wybór padł na mamę.

– Mały Kamil wyrósł już z dziecięcego terroryzmu? Jeszcze niedawno mówił Pan, że jest mocno rozpuszczony.
K. D.: Kamil dorasta. Razem z synem mojego brata są na etapie fascynacji serialem „Kryminalni”. Nasz Kamil jest Zakościelnym, drugi młody – komisarzem Zawadą. Biegają z plastikowymi pistoletami. Normalne dzieciaki, umorusane, szczęśliwe, mające tysiące pomysłów.

– Czego się obawiacie jako rodzice?
M. D.: Chyba tego, że wychowujemy nasze dziecko w świecie zbyt idealnym, zamkniętym. My, jako dzieci, chodziliśmy do osiedlowych podstawówek, rzucaliśmy tornister, biegliśmy na trzepak, podwórko. Nasz syn nie ma kolegów z piaskownicy. Staramy się go bardziej chronić, bo dookoła jest bardziej niebezpiecznie niż kiedyś. Dokładnie tak samo postępują nasi znajomi. A teraz coraz częściej zastanawiam się, kiedy go wypuścić spod skrzydeł, jak go przystosować do normalnego życia.
K. D.: Wyleczyliśmy się z Marianną z przekonania, że młody już powinien coś zrobić, że powinien już teraz być bardziej asertywny, eksponować swoje zdanie, być bardziej samodzielnym. Wierzę, że to u każdego dziecka przychodzi samo, w sposób naturalny.
– Syn interesuje się już polityką?
M. D.: Jest wobec polityków szalenie krytyczny i wygłasza kategoryczne sądy.
K. D.: Ale oczywiście jego dziecięce poglądy są kalką tego, co słyszy w mediach, w szkole, o czym rozmawiamy w domu czy czego słucha u dziadków. Póki co nie żyje jeszcze polityką i chwała Bogu! Mogę tylko ubolewać, niestety, że trafił na czas, gdy polityka zeszła na psy. Wolałbym, żeby pytał mnie, kim jest ten pan, który tak mądrze mówi w sejmie, a nie tłumaczyć mu jakąś kolejną aferę albo dlaczego nie powinno się używać knajackiego języka polskich polityków.

– No właśnie, jak wytłumaczyć dziecku świat, w którym ani Pan, ani ja nie chcemy żyć? Świat posłów Łyżwińskich, Filipków, Bestrych.... O tym też rozmawia Pan z synem?
K. D.: Mam z tym problem i bywam bezradny, bo nie wiem, jak mu powiedzieć, że normalny świat i świat polityki biegną trochę obok siebie. Że z jednej strony trzeba politykę traktować serio, bo ma to wpływ na to, jak żyjemy, jakimi drogami jeździmy, jak wysokie płacimy podatki, z drugiej strony muszę mu wyjaśnić, że zwłaszcza dzisiaj polityka to wielki teatr i populizm w najgorszym wydaniu. Próbowałem mu to tłumaczyć, pewnie mocno nieudolnie, i nie umiem pani powiedzieć, czy cokolwiek z tego zrozumiał. Ale czy on musi to rozumieć w wieku lat 10?

– Co Wam daje po 12 latach małżeństwa poczucie bezpieczeństwa?
K. D.: Ciężkie pytanie.
M. D.: Ja bym raczej powiedziała o poczuciu szczęścia, a nie bezpieczeństwa. Gdy obserwowaliśmy naszych młodszych znajomych na początku ich małżeństwa i zobaczyliśmy, ile trudu niosą pierwsze lata, żeby się poznać i dotrzeć, to się z Kamilem mocno przytuliliśmy i... odetchnęliśmy z ulgą, że mamy to za sobą.
K. D.: Poczucie bezpieczeństwa pryska w jednej chwili, gdy los zaczyna pisać kompletnie inny scenariusz i wszystko, co się tak misternie układało, bierze w łeb. Doskonale pani wie, o czym mówię, nie chciałbym już o tym opowiadać. Jedno jest pewne, bardziej doceniamy to, że dziś jest fajnie, świeci słońce, mamy fantastyczne dziecko, niż pielęgnujemy przekonanie, że to, co zbudowaliśmy, jest niezmienne, stałe, że tak już będzie zawsze. Poczucie bezpieczeństwa daje nam tylko to, że mamy siebie nawzajem! Wiem na pewno, że możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji. Gdy potrzebowałem pomocy, mogłem liczyć na żonę, choć był to w naszym życiu cholernie trudny czas. Marianna, choć mam nadzieję, że nigdy nie będzie musiała tego sprawdzać, może liczyć na mnie. I tylko to jest pewne.
Rozmawiała Monika Stukonis/ Viva!
Zdjęcia Rafał Milach
Stylizacja Jola Czaja
Asystentka stylistki Ania Zielińska
Makijaż Sergiusz Osmański/Sephora
Fryzury Rafał Żurek
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska
Sesja odbyła się w hotelu Monopol w Katowicach, ul. Dworcowa 5.





SKOMENTUJ
KOMENTARZE (7)
/4 lata temu
"jeśli coś kochasz, puść to wolno. jeśli wróci, jest twoje. jeśli nie, nigdy twoje nie było."
/4 lata temu
zaklamany bufon!!
/4 lata temu
no i jak to sie wszystko skonczylo. dziadkowie wychowuja syna, bo oni ....
POKAŻ KOMENTARZE (4)