Krzysztof Pieczyński - Samotność oswojona

Krzysztof Pieczyński fot. ONS
Jeden z najbardziej tajemniczych polskich aktorów porzucił granie i zajął się pisaniem. Teraz Krzysztof Pieczyński powraca na ekran!
/ 02.04.2009 08:32
Krzysztof Pieczyński fot. ONS
– Zniknąłeś. Nie bywasz. Gdzie Cię można spotkać?
Krzysztof Pieczyński:
W jednej z mokotowskich kawiarenek. Wstaję rano, zabieram duży notatnik, książkę i pióro i idę tam na pięć, sześć godzin. Czytam wiele, piszę dużo, przyglądam się ludziom. Uwielbiam tak spędzać czas. Mogę być z ludźmi i sam ze sobą jednocześnie. Czasami kogoś do siebie zapraszam, organizuję spotkania, a innym razem jestem tylko z książkami.

– Nie ciągnie Cię do grania?
Krzysztof Pieczyński:
W ubiegłym roku pracowałem przez siedem dni zdjęciowych.

– A poza tym tylko kawiarenka?
Krzysztof Pieczyński:
Tak. Ale mimo wszystko to był dobry rok. Miałem wiele spotkań, dużo się działo. Co prawda żyć nie bardzo miałem z czego, ale to nie najważniejsze.

– Nie brakuje Ci popularności?
Krzysztof Pieczyński:
Znam to doskonale i za tym nie tęsknię. Nigdy nie zależało mi na taniej popularności, uciekałem od niej. Kiedy rozpocząłem pracę w serialu, nie zdawałem sobie sprawy z tego, w jak wielkim byłem niebezpieczeństwie. Dziś wiem, że to mnie prawie złamało. Byłem wykończony, czułem, że jako artysta umieram. Źle znosiłem, kiedy ludzie zaczepiali mnie na ulicy i wołali „doktorku”. Czułem wtedy, że się zapadam w sobie, że dłużej nie wytrzymam. Miałem żal do siebie, że robię coś, czego nie kocham. Aż w końcu usłyszałem głos: „Co ty robisz, chłopie, uciekaj, zostaw to”. To był głos mojego serca. Rzuciłem serial i uciekłem do Krakowa. Postanowiłem wtedy, że już nie będę grać, że będę już tylko pisał i powoli umierał. Napisałem tomik wierszy „Świt” i poczułem, że znowu muszę zawalczyć o życie, o siebie, o sztukę. Wróciłem do Warszawy i powoli odnajdywałem harmonię.

– Głos serca okazał się ważniejszy od rozumu?
Krzysztof Pieczyński:
On zawsze jest ważniejszy. To jedyne miejsce we wszechświecie, które mnie nigdy nie ≠oszuka. Kiedy chcę podjąć w życiu jakąś decyzję, to pytam serca o radę, nie rozumu. Rozum to spekulant, jest zwodniczy.

– W ostatnich latach wiele pisałeś. Skąd się w Tobie wzięła potrzeba chwycenia za pióro?
Krzysztof Pieczyński:
Z potrzeby dzielenia się przemyśleniami z innymi. Czytanie to jak rozmowa z drugą osobą. To nie dziwne, że domy pisarzy pełne są książek. Żeby coś napisać, trzeba rozmawiać, przeżywać z ludźmi. Niedawno odkryłem, że zgromadziłem tak wiele cytatów w zeszycie, że z tego złożyłaby się cała niezwykle mądra książka. Ale jak mam złożyć książkę z cytatów? To bez sensu. Smutno mi się wtedy zrobiło, bo te notatki to 20 lat czytania. Notowałem wszystko z myślą o innych i nagle wydało mi się to tak zupełnie bezużyteczne. Ale znalazłem na to sposób. Napisałem książkę, w której ukochana głównego bohatera posługuje się cytatami po to, by dać innym dostęp do źródła wiedzy. Ci, których zainspiruje, będą mogli z tego skorzystać.


– Jakie książki czytasz?
Krzysztof Pieczyński:
Głównie o duchowości. Przez ostatnie lata przeczytałem większość pozycji, które ukazały się w języku polskim i angielskim. Niektóre są szalenie mądre. Pomagają zrozumieć, poszukać Prawd, których nie ma w naszych kodeksach, gdyż pochodzą z Kosmosu i są odbite w duszach. Niezwykle przemawiają do mnie słowa amerykańskiego mistyka Waltera Russella, który pisał, że jeśli człowiek żyje zgodnie z prawami boskimi, to tworzy piękny świat. Bóg chce współpracować z człowiekiem i tworzyć wraz z nim. Na tyle, na ile człowiek przestrzega Prawa, na tyle współtworzy z Bogiem. Na ile łamie Prawo Kosmiczne, na tyle będzie przez to Prawo złamany. Wszystko jest dwoiste, gdyż na ziemi przenikają się dwa światy, niewidzialny i widzialny.

– O tym teraz piszesz?
Krzysztof Pieczyński:
Właśnie kończę książkę. Nosi tytuł „Dom Wirgiliusza”. Rozpoczyna się krótkim wstępem. Wirgiliusz wyjeżdża w podróż i zostawia swoje mieszkanie. Muszę się nim zająć. Nie jest to zwykłe pomieszczenie. To swego rodzaju miejsce prapoczątku. I wiesz, co jest niezwykłe? Tę książkę rozpoczynają i kończą dwa fragmenty, które napisałem kiedyś w Krakowie. Pierwszy powstał między 4 a 7 rano. Wtedy przyszło natchnienie. Tak silne, że się przestraszyłem, że jeśli szybko mnie nie opuści, nie dam rady funkcjonować. Potem taki moment uniesienia przeżyłem po czterech latach. Trwał dwie godziny. Wówczas powstał drugi fragment. I teraz, niezależnie zupełnie od rozumu i jakichś planów, jeden z fragmentów umieściłem na początku książki, a drugim zakończyłem opowieść, gdyż zrozumiałem, że pochodzą z tego samego miejsca, od jednej istoty.

– Twoje pisarstwo jest niezwykle emocjonalne, szczere. Co mówią Twoi czytelnicy?
Krzysztof Pieczyński:
Kiedyś, po wydaniu którejś z książek, reżyser powiedział do mnie z kpiną: „Słyszałem, że wydałeś kolejną książkę dla kobiet”. Doceniłem to, że trafnie mnie ocenił. Czytelniczki „Listów z Ameryki” pisały, że tak dokładnie opowiedziałem sekrety ich kobiecych serc, że miały mi to chwilami za złe, gdyż przypuszczały, że nikt poza nimi o tym nie wie. Myślę, że to kwestia wrażliwości, która jest mieszanką elementów męskich i żeńskich w każdym człowieku. Każdy mężczyzna ma w sobie część kobiecą, a kobieta męską. Tak już jest i im szybciej człowiek zda sobie z tego sprawę, i przestanie z tym walczyć, tym szybciej stanie się świadomy. Wrażliwość to wielki skarb człowieka. Nie chciałbym jej nigdy stracić.

– Pisanie jest teraz Twoim głównym motorem działania?
Krzysztof Pieczyński:
Nie tylko. Od 10 lat marzę o tym, żeby zrealizować film. To jest teraz najważniejsze. Napisałem scenariusz i chcę go wyreżyserować. Nosi tytuł „Podgarbiony”. Nie wiem, do czego mógłbym ten film porównać. Najprościej mówiąc, to historia aktora, który ma głębokie poczucie niepogodzenia z otaczającym go światem. Przechodzi przemianę, dzięki której może zacząć nowe życie. To oczywiście ogromne uproszczenie, bo to także piękna opowieść o miłości, niespełnieniu, poszukiwaniu i znowu o łączeniu tego, co niewidzialne, z widzialnym. Marzę, żeby główną rolę zagrał wybitny angielski aktor. Widzisz, praca nad scenariuszem i przygotowania do realizacji trwają już tak długo. Teraz jednak czuję się bliżej realizacji niż kiedykolwiek wcześniej i to daje największą radość. Wcześniej pokazywałem scenariusz wielu ludziom. Raczej krytykowali. I wtedy nauczyłem się, że kiedy rozmawia się z mędrcami, to należy ich słuchać, ale jeśli serce mówi inaczej, trzeba słuchać serca. Ludzie zostali zdradzeni przez tych, którzy walczą o wpływy. Oszukały ich religie i Kościoły, politycy i media. Nie mają kogo zapytać o drogę. Dlatego trzeba pytać serca. Człowiek, który posiadł władzę i pokochał ją z powodu władzy, a nie służby, człowiek, który nie jest gotowy wyrzec się władzy dobrowolnie dla dobra ogółu, jest przez władzę skorumpowany. Dlatego zwykli ludzie, tak zwany naród, nie mają do kogo się zwrócić z pytaniem o kierunek. Tylko ich własne serce zna Prawdę, tam jej trzeba szukać.


– Główny bohater Twojego scenariusza to Ty?
Krzysztof Pieczyński:
On jest skomponowany z mojej wrażliwości, ale nie jest taki jak ja. Gdy byłem młodszy, zasypywany byłem scenariuszami, wybierałem to, co chciałem. Byłem niepokorny, arogancki. Pamiętam, kiedyś dostałem propozycję zagrania w „Wiernej rzece” na podstawie powieści Żeromskiego. Reżyserowi powiedziałem, że to wszystko trzeba zmienić. I wyobraź sobie, że nawet go przekonałem. Pamiętam, że nazajutrz mieliśmy jechać do Krakowa i pisać scenariusz na nowo. Oczywiście po zastanowieniu zrozumiał, że nie wolno zmieniać Żeromskiego (śmiech). Ale widzisz, mimo że byłem arogancki, nie odrzucili mnie. Moja miłość do filmu zwyciężyła wszystko. Zdarzali się oczywiście i tacy, którzy krzyczeli, że w żadnym filmie już nie zagram. Na szczęście okazało się, że nie mieli racji.

– Pewnie byli zdziwieni, kiedy w czasie swojej największej popularności postanowiłeś rzucić tu wszystko i wyjechać do Stanów. Kiedy patrzysz na to z perspektywy czasu, żałujesz, że tak zrobiłeś?
Krzysztof Pieczyński:
Nie. Życie nie było łatwe, ale nie zamieniłbym go na żadne inne. Przeżyłem wiele złych chwil, ale też tak piękne, że zapamiętam je do końca życia. Tylko że tam miałem poczucie wielkiego odizolowania. Czasem czułem się jak małpa. Ludzie patrzyli na mnie i widziałem, że są ciekawi mojej inności, nie mnie. Zagrałem tam w wielu wspaniałych sztukach teatralnych, wiem, że gdybym został, to na pewno uczestniczyłbym w projektach o wysokim poziomie, ale miałem dosyć dostosowywania się do Amerykanów. Miałem koleżanki z Polski, które, siedząc ze mną przy stoliku, były sobą, ale wystarczyło, że obok pojawił się Amerykanin, zaczynały zachowywać się inaczej. To było strasznie przykre. Zauważyłem, że i mnie to dotyczy. Nie chciałem skończyć jak one. Między innymi dlatego wróciłem.

– Szybko stanąłeś na nogi po powrocie?
Krzysztof Pieczyński:
To był chyba najtrudniejszy czas. Nie miałem siły stawiać czoła codzienności tutaj. Zacząłem pić. Nie chciałem mieć żadnego związku z rzeczywistością. Męczyłem się. Tak przeżyłem dwa lata. Daleko od siebie, zagłuszając uczucia i myśli. I nagle zrozumiałem, że umrę, jeśli będzie tak dalej. Postanowiłem znowu zacząć marzyć.

– Marzenia są najważniejsze?
Krzysztof Pieczyński:
Tak. Są jak modlitwa. Dzięki marzeniom człowiek uczy się powierzać swoje sprawy Bogu. Teraz mam po raz pierwszy w życiu świadomość, że muszę się spieszyć, że nie zostało mi już tak dużo czasu na realizację. Od dwóch lat mam poczucie przemijania.

– Są marzenia, na które już nie masz nadziei?
Krzysztof Pieczyński:
Są takie, z których można zrezygnować. Na przykład łysy może się modlić, żeby odrosły mu włosy, ale może lepiej zaakceptować to i skupić się na modlitwie o natchnienie. Innymi słowy, piękno modlitwy polega na tym, że prosimy o kształtowanie nas w taki sposób, byśmy uzyskali mądrość i miłość, by wykonać wymarzone zadanie, nie zaś o to, by wykonał je za nas Cudotwórca.


– A nie marzysz czasem o wspaniałej miłości?
Krzysztof Pieczyński:
Komu się nie marzy? Człowiek to dziwne stworzenie. Właściwie jedynym celem pobytu tutaj, na ziemi, jest miłość, gdyż sama siła życiowa jest miłością, więc bez niej nie ma życia, a jednak potrafimy nie kochać, potrafimy też odczuwać, że nie zasługujemy na miłość. To niezwykłe, co sobie robimy, gdy rozum jest przewodnikiem. Wiem dużo o realizowaniu marzeń i mądrości, którą dzięki temu człowiek odkrywa w sercu, ale bardzo mało wiem o życiu z kobietą w obopólnej miłości i zaufaniu. Nie rezygnuję z tego, być może dopiero teraz mogę wziąć na siebie odpowiedzialność za dwoje.

– A może polubiłeś już swoją samotność?
Krzysztof Pieczyński:
To nie tak. Oswoiłem ją. Ciągle jednak niedziele potrafią być druzgocące. To najgorszy dzień w tygodniu. Widmo niedzieli jest przerażające. Wszyscy są jakoś zorganizowani, zaplanowani, a ci bez rodziny i niekatolicy jak bezpańskie psy. Odosobnienie jest dla człowieka zabójcze. Zawsze uważałem, że najgorszych przestępców powinno się wysyłać na bezludne wyspy. To dla człowieka straszna kara.

– A czy nie jest tak, że mając marzenia, które ciągle nie są realizowane, człowiek czuje się coraz bardziej niespełniony?
Krzysztof Pieczyński:
Nie, nie, nie. Część z nich została zrealizowana, część zastąpiona nowymi. Doszły i te najważniejsze, przekraczające siły, które mamy. I to jest najcudowniejszy moment, gdy mały człowiek porywa się na „niemożliwe”. Patrzą na niego z ironicznymi uśmiechami, czasami traktują jak głupca, nawiedzonego. A on wie, że nie da rady sam, i zaczyna się najpiękniejsza nauka pod słońcem. Mały człowiek zaczyna prosić niewidzialny świat o pomoc, bo zadanie go przerasta. I zaczyna ćwiczyć mięśnie duszy, i uczy się codziennie w pocie czoła, że jeśli chce osiągnąć marzenie, nie wolno mu zrażać do siebie ludzi, którzy mogą mu pomóc. Potem uczy się, że nawet krytykowanie wytwarza złą energię, i musi zrezygnować z tego. Widzi, że musi trochę siebie pokochać, jeśli inni mają go też pokochać, i w końcu widzi, że i innych musi trochę pokochać, bo bez tego się nie da, i w końcu widzi, że ci, którzy mu odmawiali, nie robili tego ze złości, tylko dlatego, żeby zmusić go do zwiększenia wysiłków i starań. Aż nadchodzi dzień, w którym jego świadomość jest ukształtowana na tyle, że świat niewidzialny może powierzyć mu odpowiedzialność za wykonanie własnego marzenia. I wtedy... to jest ta najpiękniejsza sprawa... ludzie, którzy do tej pory nie widzieli w nim tego, co trzeba... widzą to. Widzą to natychmiast... i pomagają, bo ufają, że zrobi to, o czym mówi.

Rozmawiała Iza Bartosz
Zdjęcia Błażej Żuławski /GOOD IDEA
Stylizacja Izabela Cisek
Asystent stylisty Katarzyna Wieczorek
Współpraca Katarzyna Tykocka
Charakteryzacja Margo Węgierek
Produkcja sesji Maciek Bieliński i Elżbieta Czaja

Krzysztof Pieczyński w filmie „Generał. Zamach na Gibraltarze” i w serialu „Generał”, w reżyserii Anny Jadowskiej i Lidki Kazen, gra generała Władysława Sikorskiego. Obie produkcje zrealizował TVN. Premiera filmu – 3 kwietnia, emisja serialu – przełom maja i czerwca.

Redakcja poleca

REKLAMA