Jennifer Aniston i Brad Pitt

Rozstanie złotej pary Hollywood wkroczyło w ostatnią fazę. Trwa wyprzedaż rzeczy zgromadzonych w trakcie pięciu lat małżeństwa.
Oboje byli zgodni, że chcą się wszystkiego pozbyć. Nie tylko domu, lecz także jego wyposażenia. Jak ujawnił agent nieruchomości, który zajmuje się sprzedażą posesji, nawet półtorametrowe stylowe czarno-białe zdjęcie ze ślubu pary autorstwa przyjaciela Michaela Sanville'a, które wisiało w jednym z pokoi, prawdopodobnie pójdzie na licytację lub zostanie zniszczone.

Nic dziwnego. Zarówno dla Jennifer, jak i Brada wszystko związane z tym domem dziś przywołuje już tylko bolesne wspomnienia. Kiedy się tu wprowadzali zaledwie dwa lata temu, mieli tyle marzeń i planów.

Kwestia gustu
Wyszukanie odpowiedniego domu zajęło im blisko rok. W końcu zdecydowali się na bajeczną 1000-metrową rezydencję w stylu francuskim, zaprojektowaną w latach 30. przez znanego architekta Wallace'a Neffa dla aktora Frederica Marcha. Zapłacili za nią 13,5 miliona dolarów, ale warta była tych pieniędzy. Następne dwa lata trwała przebudowa domu. Pracami kierował sam Brad, od lat zafascynowany architekturą. Drewno na mahoniową podłogę sprowadził z Brazylii. Z całego świata ściągał krzesła, na których punkcie ma małego bzika. "Interesuję się architekturą w ogóle. A krzesło to dla mnie taki miniaturowy budynek. Projektanci ciągle wymyślają nowe, są tysiące modeli, coś ulepszają, żeby było ładniej, wygodniej. To pasjonujące", mówił w wywiadzie dla VIVY!
Podczas remontu między małżonkami dochodziło do spięć. "Mamy kompletnie różne gusta, więc na przykład sprzeczamy się podczas urządzania domu. »Brad, te kolory są za zimne, nie chcę takiej lodowatej kuchni!«, protestuję, na co słyszę: »To sama coś wymyśl! Te twoje nudne, staroświeckie rozwiązania - zero inwencji twórczej!«", opowiadała Aniston. Sprawa gustu wydawała się jednak nie aż tak istotna. Ostatecznie Brad postawił na swoim.
Na parterze rezydencji powstał ogromny living room z niemal czarnymi podłogami i ścianami ze szkła wychodzącymi na taras, w pełni profesjonalna sala kinowa do wyświetlania filmów na taśmie 35 milimetrów, stalowa kuchnia i jadalnia z kominkiem. Na dwóch wyższych poziomach znalazły się: bawialnia, pub-bar połączony z pokojem do zabawy i ścianami ze szkła otwierającymi się na ogromny kominek, basen i spa na zewnątrz, gigantyczna garderoba i cztery sypialnie z łazienkami (w tym jedna należąca do samych Pittów i trzy gościnne). U podnóża domu był też trawnik prowadzący do prywatnego kortu tenisowego. Brakowało tu wprawdzie pokoju dziecięcego, wszystko jednak wskazywało, że niebawem jedna z sypialni zostanie na taki przearanżowana.

A gdzie zupa?
O tym, że Jennifer i Brada różni znacznie więcej niż tylko gust, okazało się po przeprowadzce. Brad jako domator wolał większość czasu spędzać w domu. Bał się też powtórki dramatu, jaki przeżyli z Gwyneth Paltrow. Życie na świeczniku, pod obstrzałem paparazzi, w końcu zniszczyło ich uczucie. Od chodzenia na bankiety Brad wolał buszowanie po targach staroci, bywanie na aukcjach z antykami.
Jennifer udawała, że podziela te zainteresowania. "Jesteśmy domatorami. Rzadko gdzieś wychodzimy. Wskakujemy w pidżamy, zamawiamy jedzenie. A potem gramy w domino albo rozwiązujemy krzyżówki. Robimy też sobie pokerowe noce. Uwielbiamy wspólnie spędzać czas", mówiła. Już jednak wtedy z wypowiedzi Brada widać było, że jeśli nawet lubiła siedzieć z nim w domu, to zamiłowanie nie było aż tak silne, jak w jego przypadku. "Mieliśmy zamiar nauczyć się gotować. Ale w końcu się nie udało. Teraz jednak nadszedł najwyższy czas. Jen zapisała się na kurs, ma więcej czasu, odkąd skończyli się »Przyjaciele«", mówił Pitt. Ostatecznie ze wspólnego pichcenia w domu nic nie wyszło. Stalowa kuchnia zachowała swą sterylną czystość.
Jeszcze trudniej było Jannifer podzielać jego pasje. Na początku mówiła: "Brad wprowadził mnie w ten świat. Architektura i historia sztuki użytkowej to jego hobby. Sam zaprojektował nasz dom i pilnuje jego wykończenia. Zwozi z całego świata sprzęty". Coraz częściej wolała jednak wypuszczać się na zakupy do modnych butików niż oglądać starocie. A już po rozstaniu w wywiadzie dla "Vanity Fair" dała do zrozumienia, że było to męczące i bezowocne. "Brad i ja zwykliśmy żartować, że każdy kawałek mebla w tym mieszkaniu jest albo kawałkiem muzeum, albo jest zwyczajnie niewygodny", stwierdziła.

Siódemka, trójka czy zero?
Najpoważniejsza różnica dotyczyła jednak rodziny. Każde z małżonków miało zupełnie inne wyobrażenie o jej ostatecznym kształcie. "Jeszcze nie teraz. Zobaczymy, co będzie, jak skończą się »Przyjaciele« i zamknę już ten rozdział", mówiła na początku małżeństwa Jennifer. Marzenia Brada o dużej rodzinie z co najmniej siedmiorgiem dzieci już wtedy określała jako dziecinadę: "Miał takie plany, na szczęście z wiekiem przychodzi rozsądek. Stopniowo ograniczamy tę liczbę. Ostatnio jesteśmy na etapie: »Trójka byłaby idealna«". Brad nie przypuszczał jednak, że będzie musiał zejść w swoich pragnieniach do zera.
Kiedy Pittowie sprowadzili się do swojego domu marzeń, paparazzi przyłapali nawet parę na kupnie zabytkowej kołyski i w świat poszła wiadomość, że Jennifer jest w ciąży. Okazało się to nieprawdą. Z gwiazdki seriali zaczęła wyrastać na jedną z najbardziej wpływowych kobiet Hollywood, po latach oczekiwań dostawać wreszcie propozycje filmowe, i nie potrafiła powiedzieć "nie". Być może myślała, że Brad w końcu ustąpi?
"Wszyscy oczekują, że za chwilę będziemy mieć dziecko. Na szczęście nie daliśmy się zwariować i nie poddajemy się tej presji. Nasze rodziny też nie naciskają. Wyręczyły ich w tym gazety", mówiła Jennifer w wywiadzie z końca 2002 roku. "W końcu zwolnię, a wtedy przyjdzie czas na dzieci", zapewniała. Brad był jednak coraz bardziej zmęczony odkładaniem macierzyństwa przez Jennifer. Pytany o dzieci w 2003 roku, mówił jeszcze ze spokojem: "Czekanie, aż moja żona zdecyduje się na dziecko, jest bardzo frustrujące". W wywiadzie dla VIVY! z 2004 był już mocno podenerwowany pytaniami o ojcostwo: "Tak, ciągle jesteśmy razem. I tak, cały czas staramy się o dziecko". A jej wypowiedzi w stylu: "Brad będzie najlepszym ojcem. Jest miłym, ciepłym kolesiem. Mogę godzinami patrzeć, jak bawi się z dzieciakami naszych przyjaciół", tylko dolewały oliwy do ognia.

Bez odwrotu
Jennifer wierzyła jednak, że mimo tych różnic małżeństwo może funkcjonować nadal. Miała nadzieję, że szczerość i mówienie o problemach załatwi sprawę. On jednak bywał w pięknym domu w Beverly Hills coraz rzadszym gościem. Rzucił się w wir pracy. Przyjmował role w filmach takich jak "Troja", które wyrywały go z domu na długie miesiące. Zaczęto plotkować o romansach Brada, najpierw z jedną z producentek pracujących przy "Troi", potem z Angeliną Jolie. "Aktorstwo to dziwny zawód: żyjemy na walizkach, jak Cyganie. Naprawdę trzeba komuś bezgranicznie ufać, żeby nie zwariować, i wierzyć, że po zdjęciach ukochany wróci i wszystko będzie jak dawniej", mówiła Aniston.
W końcu stało się jasne, że Brad nie wróci już do domu i już nigdy nie będzie jak dawniej. Mimo że Jennifer była gotowa wybaczyć mu zdradę. To, że jej matka nigdy nie wybaczyła ojcu Jennifer skoku w bok i doprowadziła do rozwodu, aktorka uważała za błąd. Ale Brad nie chciał przebaczenia.
Z chwilą ogłoszenia separacji w marcu tego roku oboje szybko wyprowadzili się z domu w Beverly Hills. "Kilkakrotnie myślałam o tym, żeby uciec z Hollywood, bo nie chciałam ciągle słuchać o sobie w telewizji i oglądać swojej twarzy na billboardach i okładkach kolorowych magazynów", mówiła Aniston. Najbardziej dotknęła ją piękna sesja rodzinna Brada i Angeliny w magazynie "W". "Jemu zdecydowanie brakuje jakiegoś podzespołu odpowiedzialnego za wrażliwość. Jestem pewna, że Brad nie rozumie, dlaczego ludzie mogli być zbulwersowani tą sesją", powiedziała w wywiadzie dla "Vanity Fair". W końcu jednak kupiła wartą aż 13 milionów rezydencję w pobliżu domu swojej najlepszej przyjaciółki Courtney Cox, która pomagała jej pozbierać się po rozstaniu z Bradem. On najpierw zadowolił się domem za osiem milionów w innej części Beverly Hills, potem wprowadził się do Angeliny. Aniston wniosła pozew o rozwód.
Po wielkich marzeniach, oczekiwaniach, nadziejach zostało trochę cegieł, szkła, stali i bibelotów. I mnóstwo krzeseł. Każdy, kto ma 28 milionów dolarów, może je dziś nie tylko zobaczyć z bliska, lecz także pozyskać na własność.

Magda Łuków
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)