Anita Lipnicka i John Porter

Po trzech latach bycia razem opowiadają o dojrzewaniu w związku i dojrzewaniu twórczym. I o motylkach,które wciąż wokół nich fruwają.
/ 16.03.2006 16:57
Krystyna Pytlakowska: Jaki ten rok był dla Was?
Anita Lipnicka: Bardzo trudny, pracowity, ale owocny. Wszystko się dobrze skończyło.
John Porter: Musieliśmy podjąć wiele ryzykownych decyzji, włożyć kupę własnych pieniędzy w nagranie tej płyty.
A. L.: Zmieniliśmy też management, co zawsze jest trudnym krokiem. Przekonstruowaliśmy umowy z wytwórnią fonograficzną. Ja uwolniłam się z bardzo niekorzystnego kontraktu. Nasz prawnik miał co robić.
J. P.: Po prostu uporządkowaliśmy bardzo wiele spraw.

– Prywatnych też?
J. P.: Nie, nie…
A. L.: Prywatnych nie musieliśmy porządkować. Wszystko jest jasne.

– Kłóciliście się przy nagrywaniu tej płyty?
A. L.: Podczas każdego procesu twórczego są tarcia. Rozmawia się, dyskutuje, kłóci czasami, ale to jest ważne, potrzebne.
J. P.: To nie są kłótnie typu: a dlaczego to kupiłaś, cholero? My w ogóle jesteśmy ludźmi, którzy rzadko się kłócą. Nie o drobiazgi w każdym razie. U nas co w sercu, to na języku – od razu mówimy sobie wszystko.
A. L.: Nie zniosłabym tak zwanych cichych dni, tłumienia w sobie emocji, gromadzenia ich.
J. P.: A przy nagrywaniu płyty tworzymy wspólny front.
A. L.: Nauczyliśmy się czasami gryźć w język, żeby nie było dodatkowych komplikacji, na przykład w rozmowach z producentem. Kiedy w studiu jest kilka osób i widziałyby, że my się ze sobą nie zgadzamy, to powiedziałyby: „Aha, sami nie wiecie, o co wam chodzi”. To byłoby ze szkodą dla płyty.



– Wy dokładnie wiecie, o co Wam chodzi?
J. P.: Z reguły tak. I jesteśmy wystarczająco otwarci, by pozwolić sytuacji naturalnie się rozwijać.

– Kiedy porównujecie tę płytę z poprzednią, to...?
A. L.: Ta jest dojrzalsza. Poprzednią nagrywaliśmy bardzo spontanicznie, na fali własnego miłosnego uniesienia. Wszystko było takie…

– Feromonowe?
A. L.: Właśnie. Dokoła nas fruwały motylki i feromony.
J. P.: Nie bardzo wiedzieliśmy, co się wokół nas dzieje. To było trzy lata temu. Nasze początki.
A. L.: A tym razem mogliśmy już podejść do sprawy w bardziej dojrzały sposób.

– To znaczy, że feromony odpłynęły?
A. L.: Nie, ale są bardziej…
J. P.: Wiemy już, dokąd lecą.
A. L.: Po trzech latach związku możemy zdobyć się już na zupełnie inny rodzaj skupienia. I feromony już tak nie przeszkadzają. Bo gdy jest ich tak dużo, to nie wiadomo, jaka jest tak naprawdę rzeczywistość. One są zwodnicze.
J. P.: Teraz mieliśmy konkretny zamysł artystyczny. Bardziej spójną koncepcję, dokładnie przemyślaną.

– Wracając do feromonów, mój znajomy lekarz twierdzi, że w pierwszym roku miłości wydziela się enzym fenyloacetylocholina – odpowiedzialna za zakochanie. Po roku jej poziom spada o połowę, ale wtedy rodzi się trwalsza więź.
J. P.: U nas ta wielka fala, nazwijmy ją „surfingu”, nie zmieniła się. Tylko ważne stały się inne rzeczy. Czujemy się bardziej odpowiedzialni za nasze uczucie.
A. L.: Skoczyliśmy w nasz związek jak w głęboką wodę, nie wiedząc, co z tego wyniknie, jak to się ułoży. A teraz widzimy, że nasz związek się umacnia, rozwija. Jesteśmy w trakcie kupowania domu, nie zamierzamy się rozstawać, mamy plany na przyszłość.

– Właśnie plany są tym, co dopełnia uczucie.
J. P.: One nas łączą dodatkowo.
A. L.: I wielka przyjaźń. To bardzo ważne. Wiadomo, że fascynacja fizyczna nie trwa wiecznie.
J. P.: My mamy wiele szczęścia, bo jesteśmy zgranymi partnerami także w pracy.

– Jak się pisze wspólnie piosenkę?
A. L.: John ma taki dar, że piosenki wylatują mu z rękawa. A dla mnie to ciężka praca. Zawsze się boję, że nic mi nie wyjdzie.
J. P.: Niektóre powstają bardzo szybko, inne muszą się odleżeć, jak wino. Może dlatego nie piszemy często razem. Ale nawet jak piszemy osobno, to potem i tak wspólnie nad nimi pracujemy.

– A co jeszcze robicie wspólnie?
J. P.: Kochamy się wspólnie, wspólnie po prostu żyjemy.

– I wspólnie wydajecie zarobione pieniądze?
J. P.: Jesteśmy dość oszczędni.
A. L.: Nie uważam siebie za osz-czędną.
J. P.: A ja uważam, że jesteś bardzo oszczędna.
A. L.: Nie oszczędzam, ale nie jestem rozrzutna. Tak bym to nazwała.

– Co ostatnio razem kupiliście?
J. P.: Patelnię.
A. L.: John jest wspaniałym kucharzem.
J. P.: Banalne rzeczy smażę, jak każdy szanujący się kucharz. To, co mam pod ręką. Na przykład banany.

– No tak, przeszliśmy od sztuki do kuchni.
J. P.: Bo takie jest życie. Oprócz patelni kupiłem gitarę.
A. L.: Czarną.
J. P.: Mroczną.
A. L.: Jak John.
J. P.: I jak nasza nowa patelnia!
(Śmiech).

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Anna Włoch/EMI Music Poland
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)