„W sanatorium romansowałam na całego. Już planowałam ślub, gdy prawda o moim lubym pozbawiła mnie złudzeń”
„Nie nazywałam tego uczuciem. Mówiłam sobie, że to tylko bliskość w miejscu, gdzie wszyscy są bardziej otwarci. A jednak po raz pierwszy od dawna wyobraziłam sobie, że coś jeszcze może się przede mną otworzyć. Myśli same wybiegały w przyszłość”.

Przyjechałam do sanatorium z jednym celem: żeby na chwilę przestać się źle czuć. Po rozwodzie wszystko było we mnie zbyt głośne, choć na zewnątrz funkcjonowałam poprawnie. Pracowałam, odpowiadałam na pytania, uśmiechałam się w odpowiednich momentach. Dopiero nocami, kiedy przewracałam się z boku na bok, kręgosłup przypominał mi, że ciało nie zapomina tego, co głowa próbuje wyciszyć. Lekarz powiedział „rehabilitacja”, ja pomyślałam „ucieczka”.
Pierwsze dni były do siebie podobne. Zabiegi, kolejki pod gabinetami, rozmowy o pogodzie i godzinach posiłków. W stołówce siadałam przy wolnych stolikach, bo tak było najprościej. Obserwowałam ludzi z dystansu, jakby byli elementem krajobrazu, który mnie nie dotyczy. Czułam ulgę w tej anonimowości. Nikt tu nie znał mojej historii ani powodów, dla których nosiłam w sobie tyle ostrożności.
Karola zauważyłam dopiero po kilku dniach. Nie wyróżniał się niczym szczególnym – spokojny, raczej cichy, zawsze punktualny. Spotykaliśmy się na tych samych zabiegach, wymienialiśmy krótkie spojrzenia, czasem zdawkowe zdania. Wiedziałam tylko, że jest tu po czymś poważnym, tak jak ja byłam po czymś, co mnie połamało inaczej.
Nie szukałam znajomości. Tym bardziej nie myślałam o uczuciach. Chciałam tylko wrócić do domu ze zdrowym kręgosłupem i trochę lżejszą głową. Nie wiedziałam jeszcze, że to miejsce zacznie leczyć jedno, a boleśnie poruszy drugie.
To przyszło naturalnie
Zabiegi szybko narzuciły rytm dniu. Ta sama godzina, ten sam korytarz, te same krzesła ustawione pod ścianą. Siadałam zwykle na końcu, z torbą opartą o nogę, jakby to miało mi zapewnić dodatkowy dystans. Karol zajmował miejsce kilka krzeseł dalej. Zawsze przychodził chwilę wcześniej, czytał coś na telefonie albo po prostu patrzył w okno.
– Długo już pani czeka? – zapytał któregoś dnia, kiedy pielęgniarka się spóźniała.
– Jak wszyscy – odpowiedziałam bez większego zaangażowania.
Uśmiechnął się lekko, jakby to wystarczyło za całą rozmowę. Rzeczywiście, przez chwilę było cicho. Potem zaczął mówić o zabiegu, że podobno pomaga, że po kilku dniach jest lżej. Słuchałam go uważniej, niż planowałam. Nie miał w sobie tej nachalnej energii, którą znałam z dawnych rozmów. Mówił spokojnie, zostawiając przestrzeń.
Zaczęliśmy codziennie wymieniać krótkie uwagi. O tym, że dziś mniej boli. Że pogoda się zmienia. Że wczoraj kolacja była znośna. Nic osobistego, nic zobowiązującego. A jednak zauważyłam, że kiedy go nie było, coś w tym poranku było nie na miejscu.
Podczas ćwiczeń rehabilitantka korygowała moje ruchy, a ja łapałam się na tym, że zerkam w jego stronę. Karol poruszał się ostrożnie, jakby dobrze znał granice własnego ciała. Pomyślałam wtedy, że ja tych granic dopiero się uczę.
– Pani wygląda, jakby walczyła bardziej z myślami niż z bólem – rzucił po jednym z zabiegów.
Zaskoczył mnie.
– To aż tak widać?
– Tylko trochę. Ale ja mam wprawę – odpowiedział.
Nie zapytałam, co ma na myśli. Wystarczyło mi to jedno zdanie. Poczułam, że ktoś nie próbuje mnie naprawiać ani wypytywać. Po prostu jest obok. A to sprawiało, że ból pleców schodził na dalszy plan.
Coś mnie do niego przyciągało
To zaczęło się naturalnie, jakby samo z siebie. Po zabiegach nie rozchodziliśmy się już od razu w swoje strony. Najpierw była kawa z automatu, pita na stojąco, potem ławka przed budynkiem, gdzie dało się złapać trochę słońca. Rozmowy nadal krążyły wokół codzienności, ale coraz częściej zahaczały o coś więcej.
– Długo tu pani jest? – zapytał któregoś popołudnia, jakby dopiero teraz przyszło mu to do głowy.
– Pierwszy tydzień. A pan?
– Drugi. Czas płynie tu inaczej, prawda?
Kiwnęłam głową. Rzeczywiście, dni były podobne, a jednak każde spotkanie z nim wprowadzało drobną różnicę. Zaczęliśmy mówić o tym, skąd jesteśmy, czym się zajmowaliśmy wcześniej. Ostrożnie, bez wchodzenia w szczegóły. Ja wspomniałam o rozwodzie jednym zdaniem, rzuconym jak coś oczywistego.
– To musiało być trudne – powiedział cicho.
Nie dopytywał. Właśnie to sprawiło, że po chwili sama zaczęłam mówić więcej. O zmęczeniu, o poczuciu, że coś się skończyło bez wielkiego wybuchu. On słuchał uważnie, czasem tylko potakiwał. Kiedy przyszła jego kolej, opowiedział o tym, jak nagle wszystko w życiu potrafi się zatrzymać i przewartościować.
– Człowiek myśli, że ma jeszcze czas – dodał. – A potem okazuje się, że wcale nie.
Zaczęliśmy chodzić na krótkie spacery. Obok siebie, w równym tempie. Czułam się przy nim zaskakująco bezpiecznie, jakbym nie musiała niczego udowadniać. Wieczorami łapałam się na tym, że czekam na następny dzień. Na jego obecność, na rozmowy, które zostawiały we mnie coś ciepłego.
Nie nazywałam tego uczuciem. Mówiłam sobie, że to tylko bliskość w miejscu, gdzie wszyscy są trochę bardziej otwarci. A jednak po raz pierwszy od dawna wyobraziłam sobie, że coś jeszcze może się przede mną otworzyć.
Zapytał mnie wprost
Stało się to wieczorem, po kolacji, kiedy sanatorium powoli cichło. Siedzieliśmy w małej świetlicy, gdzie zwykle nikt nie zaglądał o tej porze. Telewizor był wyłączony, światło przytłumione. Przez okno wpadał zapach mokrych drzew po deszczu. Rozmawialiśmy o rzeczach błahych, ale między zdaniami pojawiała się cisza, inna niż wcześniej. Gęstsza.
– Myślała pani kiedyś, że takie miejsca potrafią mieszać w głowie? – zapytał nagle Karol.
– Raczej odsłaniać to, co i tak było – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się zastanowić.
Spojrzał na mnie uważnie. Nie odwróciłam wzroku.
– Dobrze się pani ze mną czuje? – zapytał wprost.
To pytanie zawisło między nami. Serce zaczęło mi bić szybciej, jakbym została złapana na czymś, czego sama przed sobą nie chciałam nazwać.
– Tak – powiedziałam cicho. – A pan?
– Też. I to mnie trochę przeraża.
Uśmiechnęłam się nerwowo. Powiedziałam, że nie szukam niczego na siłę, że jestem ostrożna. On przyznał, że dawno nie pozwalał sobie na takie rozmowy. Że zapomniał, jak to jest czekać na czyjąś obecność.
– Może po turnusie… – zaczął i urwał.
– Może się spotkamy – dokończyłam za niego.
Nie padły wielkie deklaracje. Raczej ostrożne „zobaczymy”, kilka niedopowiedzianych planów. A jednak wracając do pokoju, czułam lekkość, jakiej nie znałam od dawna. Jakby ktoś przywrócił mi wiarę, że jeszcze potrafię coś czuć bez strachu.
Zauważyłam też coś, co wcześniej umykało. Karol czasem nagle milkł, zmieniał temat, unikał pewnych pytań. Tłumaczyłam to sobie jego przeszłymi doświadczeniami. Nie chciałam drążyć. Wolałam wierzyć, że wszystko jest prostsze, niż się wydaje.
Kłamstwo wyszło na jaw
Wszystko się zmieniło w najmniej dramatyczny sposób, jaki można sobie wyobrazić. Bez krzyków, bez nagłych gestów. Stałam na korytarzu, czekając aż otworzą gabinet, kiedy usłyszałam jego imię. Wypowiedziane cicho, z wahaniem, jakby ktoś nie był pewien, czy powinien je przywoływać.
– Karol wraca jutro wcześniej, żona podobno już wszystko przygotowała – mówiła jedna z kobiet do drugiej. – Tyle przeszli razem, trudno się dziwić.
Poczułam, jak coś we mnie zastyga. Najpierw była myśl, że to musi chodzić o kogoś innego. Przecież nie pytałam, ale też nigdy nie usłyszałam, że ktoś na niego czeka. Stałam nieruchomo, słuchając kolejnych zdań, które układały się w całość, od której robiło mi się zimno.
Kiedy spotkałam go później, nie potrafiłam udawać. Usiadłam naprzeciwko, bez kawy, bez zwyczajnych wstępów.
– Karol, czy ty masz żonę? – zapytałam.
Zbladł. To wystarczyło za odpowiedź.
– Olga… to nie jest takie proste – zaczął, splatając dłonie. – Opiekuję się nią od lat. Po wszystkim… nie potrafiłem odejść.
– Ale potrafiłeś milczeć – przerwałam. – Potrafiłeś pozwolić mi myśleć, że jesteś wolny.
Mówił o strachu, o zmęczeniu, o potrzebie bycia kimś innym choć przez chwilę. Słuchałam, ale każde słowo oddalało mnie coraz bardziej. Nie czułam złości. Raczej coś na kształt pustki, która nagle zrobiła się ciężka.
– Powinieneś był mi powiedzieć – powiedziałam w końcu. – Wtedy sama zdecydowałabym, gdzie jest moje miejsce.
Nie odpowiedział. W jego ciszy było wszystko, czego nie chciałam usłyszeć.
Przygniatało mnie rozczarowanie
Przez kolejne dni sanatorium stało się miejscem, w którym każdy korytarz miał inny ciężar. Chodziłam tymi samymi ścieżkami, o tych samych godzinach, ale wszystko było jakby przesunięte. Karol siedział kilka krzeseł dalej, a ta odległość wydawała się większa niż wcześniej cała przestrzeń między nami.
Nie unikał mnie. To ja zaczęłam omijać wspólne chwile. Zmieniłam godziny spacerów, wychodziłam wcześniej ze stołówki, siadałam tam, gdzie nie musiałam patrzeć w jego stronę. A jednak widziałam go kątem oka. On jakby też się wahał. Jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie wiedział, czy ma do tego prawo.
Zatrzymał mnie pod koniec jednego z dni.
– Olga, możemy porozmawiać? – zapytał cicho.
Zgodziłam się, choć wiedziałam, że ta rozmowa niczego nie cofnie. Usiadłam naprzeciwko, z rękami splecionymi na kolanach.
– Nie chciałem cię skrzywdzić – powiedział. – To było… jak oddech. Jak przypomnienie, że jeszcze żyję.
– A ja? – zapytałam spokojnie. – Kim byłam w tym przypomnieniu?
Spuścił wzrok. Mówił o obowiązku, o lojalności, o tym, że nie potrafi odejść. Słuchałam uważnie, bo chciałam zrozumieć, ale z każdą chwilą coraz wyraźniej widziałam, że nie ma tu miejsca dla mnie. Byłam chwilą pomiędzy. Przystankiem, nie celem.
– Życzę ci, żebyś był uczciwy z tym, co wybierasz – powiedziałam na koniec. – Ale ja nie chcę być częścią cudzego wyboru.
Odeszłam pierwsza. Zabiegi kończyłam w milczeniu, licząc dni do wyjazdu. Kręgosłup rzeczywiście bolał mniej. Za to serce, choć ciche, nosiło w sobie nowy ciężar. I świadomość, że nawet w miejscu, które miało leczyć, można się zranić najdotkliwiej.
Nie żałuję tego
Wyjeżdżałam wcześnie rano, zanim sanatorium zdążyło się obudzić. Walizka była lżejsza, jakby część rzeczy straciła tu znaczenie. Kręgosłup dawał o sobie znać tylko przy schodach, ale był to ból znany, oswojony. Z tym drugim było trudniej. Siedział głęboko, bez ostrych krawędzi, bardziej jak ciężar niż rana.
Nie pożegnaliśmy się. Widziałam światło w jego pokoju, kiedy przechodziłam obok, i przez moment pomyślałam, że mógłby wyjść, powiedzieć coś, co nadałoby temu sens. Ale drzwi pozostały zamknięte. Może tak było lepiej.
W drodze powrotnej patrzyłam przez okno, jak krajobraz powoli się zmienia. Myślałam o tym, jak łatwo pomylić ciszę z wolnością, a czyjąś uważność z gotowością. Zrozumiałam, że nie każdy, kto wygląda na samotnego, naprawdę nim jest. Nie każdy, kto daje ciepło, ma prawo je obiecywać.
Nie wiem, czy to, co przeżyłam, było błędem. Nie sądzę. Może raczej przypomnieniem, że wciąż potrafię się otworzyć, nawet jeśli kończy się to rozczarowaniem. Że nie jestem tak zamknięta, jak próbowałam sama siebie przekonać.
Wysiadłam na swoim przystanku z poczuciem, że coś się we mnie zmieniło. Bez ulgi, bez triumfu. Z cichą decyzją, że następnym razem zapytam wcześniej. I że nie będę leczyć cudzych problemów kosztem własnych.
Olga, 56 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”
- „W Tatrach odnalazłam dawną miłość. Nie sądziłam, że spotkanie po latach rozgrzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”
- „Myślałem, że wyjazd do sanatorium będzie nudny jak oglądanie schnącej farby. Piękna kuracjuszka dała mi zajęcie”

